Wrocilismy o 11:15 akurat na narade produktu. Bylo w zasadzie … fajnie. Bo wielki szef powiedzial tak ogolnie, ze sie beda redukowac koszty a ludzie nie chcieli zrozumiec, ze niektorzy z nich sa kosztem. Wiec placzu nie bylo.
A potem byla impreza. Szef komunikacji tanczacy na stole razem, handlowy spiewajacy morawskie piosenki na pelne gardlo, silna grupa pod wezwaniem szykujaca sie do skoku do jeziora (do tego nie doszlo).
W ramach zaklinania koni udalo mi sie powiedziec jakies dziwne pozytywne zdania, ktore pozniej w kuluarach wzbudzily dziwnie wielki entuzjazm szefow firmy. Mile. Zadziwiajace, ze moge kogos zachwycic z moim “ruskim” akcentem.
Handlowy ktorego wszyscy (komplet) boja sie jak ognia, powiedzial, ze powalaja go ludzie, ktorzy sie nie obawiaja mowic otwarcie co mysla i trwac na swoich pogladach. No chyba jakos tego nie przejawia bo nawet moj szef sie go boi (a sa na tyn samym poziomie, teoretycznie)