Pan Boski kontratakuje. Caly weekend mendzil. Nie wiem czy uslyszalam od niego jakiekolwiek normalne slowo poza marudzeniem.
Przede wszystkim wszystko robie zle. Albo sie darl albo chodzil i poprawial.
Miedzy moje najwieksze przewinienia nalezy zaliczyc:
– nieskladanie kocyka na sofie i zostawienie go rozwalonego po tym jak napr szlam sie wykapac. O wyjsciu z domu bez poskladanego kocyka nie moze byc mowy!
– zostawilam gazete w lazience
– buty polozylam krzywo (bo na miejscu na buty przeznaczonym walnal 3 swoje pary i nie bylo wcale miejsca)
– nie wsadzilam talerza do zlewu (i tak do zmywarki wkladam ja a nie lubie wkladac mokrych naczyn, fuj!)
– poskladalam kocyk, ale niebieskie poduszeczki zostaly krzywo
no i rozne takie.
jestem balaganiarzem. Jestem. Moge isc na kolanach do Czestochowy za kare, ale i tak jestem. Jeden jest dysgrafikiem inny jest leniem patentowanym i tyle. ja tych nieposkladanych kocykow NIE WIDZE – nie postrzegam ich jako balagan ale jako czesc zycia, ktore lubie wlasnie takie – rozwalone. Zadziwia mnie, ze nieustannie chce mnie zmienic.
Poza kwestiami porzadku mam rowniez braki w pracy. Na przyklad zdaniem Boskiego, mam zbyt malo przedsiebiorcze spojrzenie na swoje obowiazki. Hmm… nie wiem tak do konca jest z tym podejsciem, ale wiem, ze Boski nie ma pojecia co wlasciwie w pracy robie wiec skad te wnioski?
Za szybko sie mecze – bylo bardzo duszno a ja nie chcialam na dluzszy niz 2h spacer i juz tylko z tego powodu powinnismy zlozyc wniosek o rozwod. Taka jestem leniwa swinia (jestem)
Poza tym wszyscy zdrowi.