o 17:40 dotarla jedna kolezanka, potem ok 18 druga, jadlysmy arbuza i pilysmy herbate. O 19 wyruszylysmy do pizzeri, bo w domu nie bylo nic fajnego do jedzenia. Wrocilam dokladnie o 21 z pizza w reku.
I co? obraza oczywiscie! po pierwsze wrocilam za pozno (nie wiem jak dlugo jest wg niego normalnie), po drugie on juz jadl a ja o nim nie pomyslalam (alez pomyslalam, ale wolal isc na spacer a chinskiego jedzenia z rogu nie chcial, wczesniej meczylam sie ze szkola) a przede wszystkim!!!! po tym naszym balaganie on musial sprzetac pol godziny! 3 talerzyki, 3 kubki, 3 widelce, talerz z arbuzem, i podloge, bo ponoc pokapalo przy krojeniu. Prawde mowiac mysle, ze te talerzyki poskladalam, bo blat wytarlam na 100% wlasnie po to zeby nie medzil.
Nie wiem co mialam zrobic? Przeprosic kolezanki i zrobic mala przepierke, zeby byl szczesliwy? Jak dlugo spodziewal sie, ze bede w pizzeri? No w kazdym razie ten gosc mnie nie przestaje zaskakiwac!
O! wstal i drze sie, ze nie wsadzilam kurtki do szafy. Ja chyba oszaleje jak znowu bede z nim mieszkac.