Zachorowala mi klawiatura i jakos tak dziwnie przeskakuje. Pisze, pisze i nagle odkrywam, ze ciagle pisze ale juz w srodku jakiegos innego zdania, niespodziewanego slowa. Jeszcze nie wpadlam na to co biednej klawosi dolega, ale jesli nie wpadne szybko, to ja rozsiekam lopata, bo polowe czasu spedzam na wracaniu na wlasciwe miejsce i poprawianiu slow, ktore mi wskoczone literki zdezorganiozowaly.
Przed chwila mi tak bardzo skoczyla, ze skasowal sie wpis. Ale coz.
Chcialam pisac o tym, ze jestem zawalona szkolna praca choc nie wiem dlaczego, skoro w zasadzie mysle o tym, zeby nidgy szkoly nie skonczyc (po kiego mi doktorat w dziedzinie, ktora nigdy nie bede sie zajmowac?). Aktualnie praca sprawia mi jednak sadystyczna przyjemnosc.
Dla odmiany w pracy pracowej jest tak jakos sennie i bezporadowo, ze czuje sie jakby niepotrzebna. Mnie nie mozna dogodzic, ja wiem. Pewnie to cisza przed burza 🙂
Zrobilam sobie dzisiaj zurek. Kolezanka przywiozla mi z Bytomia zakwas na zurek i ugotowalam. No nie byl tak dobry jak zurek mamy, ale nadawal sie, wiec w ciagu wieczora zjadlam jakies 6 talerzy. Nadmienie, ze gdyby to byl zurek mamy to by ich bylo duzo wiecej (az do nadpekniecia), ale ten moj jest taki normalny. Kiedys tak sie napchalam zurkiem, ze w nocy myslalam, ze umre – lezalam z goraczka a przy mnie siedzial ojczym i zalowal mnie, ale smial sie przy tym zalowaniu od ucha do ucha, bo tak glupiej sztuki dawno nie widzial. Ja tez sie smialam, bo to sie nie mozna bylo nie smiac, nawet na lozu smierci. Jak dostane cos co lubie, to serio zachowuje sie jak labrador – jem do pekniecia. Dobrze, ze slodycze nie robia na mnie wrazenia, bo zamiast 55 kg wazylabym ze 150.
Â