10.4, w sobote w Pradze pozarlismy sie jak psy. Mialam pisac artykul do szkoly a on mial sie zajmowac Gocha. Zajmowal sie tak, ze ja bylam caly czas na pograniczu zawalu (ze mu spadnie zlozka, ze sie rozpadnie krzykiem zanim ja wezmie na rece, ze jest cala mokra z pozygania czego nie zauwazyl). Oczywiscie musial sie zajmowac dzieckiem w tym samym pokoju co siedzialam ja. Do tego caly weekend chodzi, gledzil poprawial poduszeczki. Standard, nic nowego pod sloncem.
Tym razem wkurwilo mnie to jednak bardziej niz przecietnie. Zwlaszcza, ze artukul konczylam do 1:30 w nocy jak oboje spali w najlepsze.Jeszcze ta katastrofa, ktora jednak wywarla na mnie ogromne wrazenie…
No, ale o czym chce napisac…
Drugiego dnia zastanawialam sie dlaczego pozarlismy sie az tak bardzo. O co sie klocilam tak na prawde? I juz wiem…
czulam sie jakby moj komputer pokladowy w koncu wyplul z siebie karteczke z lakoniczna odpowiadzia.
Odpowiedz byla zupelnie nie na temat. Klocilam sie…
bo ja juz nie chce sie przeprowadzac. Nie chce mieszkac w Blavie, Londynie, Zurichu. Chce mieszkac w Pradze. Prage sobie wybralam i tam mi dobrze.
no moze z malym wyjatkiem dla Nowego Yorku albo Sevilli na jakis czas.
Moge pojechac dookola swiata, moge skoczyc na linie, ale dom chce miec w Pradze, bo lubie byc na jednym miejscu. Houk!