JUANA LA LOCA

Jeśli uda Wam się zobaczyć ten
film,
to go zobaczcie! (tytuł
oryginalny „Juana La Loca”,
czyli „Joanna Szalona”
2001, reż. Vicente Aranda, w roli głównej Pilar López de Atala) Mnie zwalił z nóg.

Powalająco piękna, siedemnastoletnia
Juana, córka Izabeli i Fernanda – Królów Katolickich w 1496 r. wyrusza w daleką drogę,
aby poślubić Filipe de Asturia (Filipa Pięknego).
Przyszła młoda para spogląda na
siebie, po czym Filip zwraca się do stojącego obok księdza, z rozkazem, że „chcieliby wziąć
ślub już teraz, prawda Księżniczko?”, surowo wychowana córka Izabeli Katowickiej nie wyraża
sprzeciwu. Ksiądz przypomina, że oficjalna ceremonia ma się odbyć za 11 dni.
„No to się odbędzie, a my weźmiemy ślub teraz”. Konsumpcja właśnie zawartego
związku następuje jakieś 16 sekund później.
Joanna zakochuje się w swoim
mężu do szaleństwa. W ciągu 8 lat małżeństwa, rodzi 6 dzieci z czego jedno w
przerwie między jednym a drugim tańcem, bo mąż był poniekąd niewierny, więc
wolała
mieć go na oku.

Dlaczego Joanna Szalona? I czy
szalona?
Film zainteresował mnie do tego
stopnia, że przekopałam Internet poszukując źródeł bardziej historycznych niż
romantyczna, filmowa opowieść. Powiem więcej, wszystko było po hiszpańsku, ale ja
MUSIAŁAM wiedzieć czy ona była szalona. Albo inaczej w jakim sensie była
szalona?
Bo szalona była. Kochała swojego
męża do szaleństwa, do bólu, po mimo wszystko, do końca swych dni. Choć
małżeństwo miało być tylko polityczne. Obydwoje się kochali, byli chorobliwie
zazdrośni, ale Filip nie mógł zrezygnować z długiej listy kochanek, mimo iż dla
niego Juana była nieomal nimfomanką, czekała na słowo, gest, każdą zachciankę.
Dla niego najważniejszym było stać
się królem Castylli i Leon, bo to ona była Królową, a on tylko  Królem – małżonkiem, więc
przekonał „panów”, że jest szalona. Dlaczego? Bo go całowała jak wracał z
podróży, bo wypatrywała go z murów, bo karmiła dzieci piersią, a przecież żadna
Królowa tego nie robi! Bo dostała szału jak dowiedziała się, że umarła jej
Matka i wchodząc do komnat męża, żeby mu o tym powiedzieć, po raz pierwszy zobaczyła
jak zabawia się z jedną z dwórek. W amoku ryczała i darła się na cały zamek: „moja
Matka umarła!, mój Mąż mnie zdradza!” Tak, szalona. Jemu udało mu się dokonać dzieła
i przekonać władze królestwa, że jest wariatką jak była w ciąży z jego 6
dzieckiem. Przekonał, „przejął” królestwo i… umarł.

A wtedy ona oszalała naprawdę. Nie
chciała ruszyć się od jego martwego ciała. Kiedy w tajemnicy pochowali Filipa,
kazała go ekshumować i wyruszyła w 3 letnią, makabryczną podróż do Grenady,
podróżowali tylko w nocy. Po drodze urodziła ostatnią córkę. Następnych 46 lat
spędziła w klasztorze z którego okien widać było grób ukochanego męża. Czasem
kazała otwierać sarkofag, żeby go pogłaskać, przytulić. Już zawsze ubierała się
na czarno, nie chciała się przebierać, myć. Tak, po jego śmierci zwariowała. I
to jest już prawda historyczna, film opowiada głównie o miłości.

Czasem wydaje mi się, że kobiety
nie potrafią kochać do końca, do krwi. Że są silniejsze. Zawsze i wszystko
przetrwają.Tak też twierdzi Pan Boski, wielu panów, może
trochę mnie zmanipulowali. Zaczynałam
myśleć, że tylko facet jeśli już się zakocha, co zdarza się – jak mi się wydaje
– bardzo rzadko, to kocha bez końca.
Okazuje się, że nie. Piękność,
Królowa, bo w końcu po jego śmierci mogła dalej pełnić swe funkcję,
żyć dla dzieci, które potem, chyba wszystkie,
zasiadły na europejskich tronach,
zdecydowała
się umrzeć za życia. Dla niego, dla miłości. Szalona. Juana La Loca

SZCZĘŚCIE I MIŁOŚĆ

Dawno, dawno temu, na planecie
Ziemia spotkały się wszystkie ludzkie uczucia i troski.
Kiedy NUDA zaczęła się nudzić po raz trzeci z rzędu, SZCZĘŚCIE, jak zwykle niezwykle szczęśliwe, zaproponowało: „A może
pobawimy się w chowanego?”

INTRYGA się zaintrygowała, a CIEKAWOŚĆ,
bez zwłoki zapytała się „o co chodzi?”
 „To taka gra – wyjaśniło SZCZĘŚCIE – ja zakryję oczy i zacznę liczyć do miliona a wy się
szybko schowacie a kiedy skończę liczyć, pierwszy kogo znajdę zajmie moje
miejsce i tak się będziemy bawić” . No to się zaczęło!

ENTUZJAZM zaczął tańczyć razem z EUFORIĄ, a ZABAWA fikała
koziołki tak długo, że zdołała przekonać WĄTPLIWOŚCI,
a nawet APATIĘ, której nigdy nic wcześniej
nie zainteresowało! PRAWDA wolała nie
grać w chowanego. O i po co by miała? I tak zawsze w końcu wyjdzie na jaw. I
ona poddała się po przekonywaniu, ba dołączyło nawet SAMOLUBSTWO, które uważało, że to głupia gra (a tak naprawdę
złościło je tylko to, że to nie ono ją wymyśliło), jeszcze STRACH, bał się trochę …ale ciszzzaaa. Zaczynają!

 "Raz, dwa, trzy…” zaczęło liczyć
SZCZĘŚCIE.
Pierwsze ukryło się LENISTWO, które z próżniactwa położyło
się zaraz za pierwszym zakrętem. WIARA spojrzała
z nadzieją w niebo, ZAWIŚĆ znalazła
swoje miejsce, w cieniu TRIUMFU, jak to
bywa w jej zwyczaju, a ten starał się schować za baaaardzo wielkim drzewem. WSPANIAŁOMYŚLNOŚĆ jak zwykle nie mogła
się zdecydować, każde miejsce wydawało jej się odpowiedniejsze dla jednego z
wielu przyjaciół. Kryształowo czyste jeziorko? Piękne miejsce dla PIĘKNOŚCI! Szczelina w drzewie – akurat
dla NIEŚMIAŁOŚCI! Może skrzydło
motyla? Nie! będzie lepsze dla KRZTAŁTNOŚCI!
Co z powiewem wiatru? Doskonały dla WOLNOŚCI.
W końcu schowała się za promykiem słońca.

EGOIZM, znalazł miejsce bardzo ładne, pierwszorzędne i wygodne…,
że tak powiem – domowe, JEDNOuczuciowe.

KŁAMSTWO schowało się hen za oceanami (ale to kłamstwo, bo tak
naprawdę gdzieś miedzy lipami). NAMIĘTNOŚĆ
i PRZEZNACZENIE
ukryły się we wnętrzu wulkanu.

ZAPOMNIENIE… zapomniałam, ale co to ma za znaczenie?
Kiedy SZCZĘŚCIE kończyło liczyć 999 999, MIŁOŚĆ ciągle się decydowała.
Nagle zobaczyła wspaniały ogród kwiatowy
i skryła się pomiędzy nimi.

"¡Milion!” – krzyknęło SZCZĘŚCIE i zaczęło szukać.
Jako pierwsze znalazło LENISTWO… leżało trzy kroki od niego.
Potem WIARĘ, która ciągle jeszcze dyskutowała
z Niebiosami na tematy, hmm teologiczne, NAMIĘTNOŚĆ
I PRZEZNACZENIE
otrząsały wulkany. Potem znalazła się zawiść ZAWIŚĆ, więc TRIUMF był tuż za nią.

EGOIZM musiał wystawić nosek, żeby go nie pogryzły osy.
Ale co dalej?
Po pracochłonnej wędrówce SZCZĘŚĆIE zaczęło się smucić, ale
znalazło jeziorko w którym ukryło się PIĘKNO.
Z WĄTPLIWOŚCIĄ problem rozwiązał się
sam, siedziała przy bramce i nie mogła się zdecydować po której stronie ukrywać
się dalej.
Potem znalazło TALENT w świeżej, zielonej trawie, TRAGEDIĘ w głębokiej ciemnej jamie, KŁAMSTWO
miedzy lipami (ale to kłamstwo, bo schowało się daleko za oceanami), następnie ZAPOMNIENIE, które dawno zapomniało, że się
w chowanego grało. Tylko MIŁOŚCI nie można było znaleźć nigdzie. 

SZCZĘŚCIE szukało wszędzie; w głębokim lesie, na wszystkich
planetach, na szczytach gór, na wsi i w mieście i kiedy już chciało ogłosić
przegrana, zobaczyło przepiękną łąkę, pełną róż. Rzuciło się jak burza miedzy
kwiaty w poszukiwaniu MIŁOŚCI,
biegało, szukało, krzyczało, odginało róże a wtem… usłyszało cichy okrzyk
boleści. Kolce pięknej róży wykoliły oczy MIŁOŚCI.

SZCZĘŚCIE nie wiedziało co ma zrobić, żeby ją przeprosić,
płakało, błagało o przebaczenie i w końcu obiecało, że już zawsze będzie jej towarzyszem.
I tak od dnia, kiedy po raz
pierwszy na Ziemi w chowanego się grało, po łąkach i polach, po miastach i
wioskach spaceruje para, którą dobrze znamy:


¡¡¡MIŁOŚĆ, KTÓRA JEST ŚLEPA I
SZCZĘSCIE, KTÓRE JEST JEJ OCZAMI !!!


/
legenda hiszpańska w moim (do tego
szybkim, bo z zajęć wieczornych) tłumaczeniu, także lekki horror w trampkach,
ale na razie lepiej nie umiem, a lepiej tak, niż po hiszpańsku, co nie?:)/

ZIELONE BUTY

Nie kupie. W końcu poszłam sama.
Są bardzo piękne, ale bardzo chybotliwe. W związku z tym, że buty na takim
obcasie (no dobrze wysokim, ale szpilka to to nie jest), nie muszą być aż tak niestabilne,
podjęłam męską decyzję: będę je kochać dalej, ale na odległość! Ale jakieś
buty sobie tutaj przed wyjazdem kupie! O, taka jestem 🙂

 

ANEKS DO WCZORAJSZEGO WPISU

Jak go teraz czytam to wydaje mi
się, że można odnieść wrażenie, że jestem niezadowolona, albo smutna. Nie, nie
jestem. Wszystko dzieje się raczej zgodnie z oczekiwaniami. Fakt, nie
wiedziałam, że jadę do szkoły dla młodych, głównie holenderskich i
szwajcarskich snobów, ale poza tym jest tak, jak miało być. Przyjechałam tutaj,
żeby się uczyć, a nie prowadzić deliberacje. No dobrze, może jestem trochę
zaskoczona okolicznością, że znam konstytucję francuską lepiej od Francuski, albo, że mój
bardzo sympatyczny nauczyciel hiszpańskiego, wykształcenie wyższe, nigdy nie
słyszał o tym, że autostrady mogą być nie tylko asfaltowe ale też i betonowe. I
mało się posikał z radości z takiego nowatorskiego odkrycia. Ale u mnie to jest
wynik tego nieustannego patrzenia, a on może do życia podchodzić inaczej.

Naprawdę uczę się języka,
nieomal bez uczenia. Czyli tak jak lubię.
To jest ważne. Jak to zwykle ze mną, piszę
beznadziejnie, mieszam czasy jak mówię, robie błędy w końcówkach, ale po 8
tygodniach nauki potrafię się rozsądnie dogadać. Na przykład właśnie wróciłam z
kina, w którym byłam na hiszpańskim, trudnym, zakrawającym na psychologiczny,
filmie. I rozumiałam nieomal wszystko. I o to właśnie mi chodziło. (Nawiasem
mówiąc polecam, tytuł oryginalny „Princesas” – Księżniczki. Nie jest przesadnie
ciężki, nie jest tkliwy, raczej w nowoczesnej konwencji takiej akurat pasującej
do problemu prostytucji, narkomanii, AIDS, ale sympatyczny, pogodny, bez
ronienia łez, choć smutny. Taki film, który się pamięta).
Zmieniałam grupę i
muszę się nauczyć 9 w sumie nowych czasów + wszystkie kombinacje, mowy zależne
itd. więc będę miała co robić jeszcze z półtora tygodnia albo i więcej. Ale
cieszę się, bo lubię mieć coś do roboty.

Ten wczorajszy wpis wynikał również
z tego, że
jestem raczej pracoholikiem, zwykle spędzam w pracy dużo godzin i to powiedziałabym z radością, więc to co tu się dzieje to taki lekki szok kulturowy. Poza
tym już trochę tęsknię.

Reasumując, pobyt w Salamance z
pewnością nie jest stratą czasu, wyjazdy polecam wszystkim, którzy
muszą szybko nauczyć
się jakiegoś języka, ale inna sprawa, że w porównaniu do dnia mojej Siostry nie
robie nieomal nic. I to głównie chciałam napisać wczoraj.

P.S.

Butów ciągle niet. Chyba będę musiała
kupić sama, bo się rzeczywiście nie doczekam stanu, w którym ktoś rozsądny będzie
mógł mi poradzić. A buty nie są zimowe więc mogą zniknąć. Także może jutro…przed wieczornymi zajęciami?:)

MÓJ DZIEŃ W SALAMANCE

Wczoraj Siostra opisała mi jak
wyglądają jej dni. Zapracowane co najmniej od 5:30 do 22:00.
Z 2 godzinami drogi do i z pracy. Pełne obowiązków,
dzieci, pracy, radości ale i okropnego zmęczenia.
Mój dzień tutaj wygląda inaczej,
w porównaniu do jej dnia jest stratą czasu,
przeczekiwaniem
.
A żeby było śmieszniej jest inny niż moich współmieszkańców.

Wstaje późno, bo o 8:00 rano,
szybko się ubieram, jem jakieś śniadanie, pije herbatę. To wszystko odbywa się
w towarzystwie koleżanek, które piją kawę i palą pierwszego papierosa. Dalszych
kilka wypalą w drodze do szkoły.
Ok. 8:45 lecimy do szkoły,
zawsze wychodzimy trochę za późno. Po drodze panny wypalają kolejne papierosy i
mówią jak źle się czuja po wczorajszej imprezie.
Od 9:00 do 10:45 jest pierwsza
lekcja – raczej gramatyka
10:45 – 11:15 przerwa, którą
wszyscy (poza mną) spędzają w kawiarni. Ja zazwyczaj nie spędzam przerwy w
kawiarni, bo jestem skąpa i nie chce mi się wydać 1 EURO na herbatę + 2 EUR na
ciastko… total mogę mieć po drodze za 50c
(pamiętaj, że jestem tutaj ok. 90 dni). Kawiarnia strasznie śmierdzi. Każdy
tutejszy 18 latek czuje się w obowiązku nieustannie palić, jak tylko ma okazję.
Przepraszam, że to ciągle powtarzam, ale już mnie męczy, że każda moja rzecz
śmierdzi. Tolerancja jest niezwykle istotna, szkoda, że działa tylko w jedną
stronę. Poza tym przerwę poświęca się na obgadanie wczorajszej imprezy, kto
gdzie rzygał itd., a mnie to interesuje umiarkowanie. Więc sobie czytam.
11:15 – 13:00 druga lekcja,
raczej konwersacje.

Potem idę do sklepu na zakupy i
do domu.
Ok. 14:00 jem obiad i oglądam
Simsonów po hiszpańsku, bardzo śmieszne.
A potem jest różnie. Pomiędzy
19:00 a 20:00 mam zajęcia dotyczące kultury hiszpańskiej, malarstwa,
literatury, filmu, muzyki na które staram się chodzić regularnie. Nikt z domu
nie chodzi na te zajęcia – część z obawy, że jeszcze by się czegoś dowiedziała,
druga cześć, bo jeszcze nie rozumie hiszpańskiego na tyle, żeby to miało sens. Jakąś
godzinę przedtem lub potem poświęcam na zadanie domowe. Poza tym czytam – mam
już przeczytane prawie wszystkie hiszpańskie książeczki, które wzięłam, dziś
zaczęłam 5 poziom (najwyższy). Z innej literatury zostały mi jeszcze książki
dotyczące marketingu, czyli prawdopodobnie wystarczy mi czytania tak akurat na
cały mój pobyt w Salamance.

Po szkole nieomal nie mówię.
Wszyscy idą spać, bo są zmęczeni po wczorajszej imprezie do bardzo późna, albo
mają zły humor bo ta czy tamten spojrzeli się nie tak jak mieli. Potem nie
mówią, bo maja kaca, albo mówią o następnej imprezie, na którą ja znów nie
pójdę, bo nie chodziłam jak miałam 18 lat to teraz już o wiele za późno.
Zwłaszcza, że średnia wieku to 20 jak liczyć przychylnie. Idę spać ok. 1:00 w nocy, po odpowiedzeniu na
maile i odesłaniu bloga.
Generalnie jestem sobie sama ze
swoimi myślami. Czasem spędzam czas rozmawiając z kimś na YM lub ICQ, czasem
spaceruje, czasem odwiedzam „mój kościół”. W piątki chodzę do szkolnego kina. Tam
też czasem jestem zupełnie sama.
Zdarza się oczywiście, że z kimś
porozmawiam, ale raczej staram się słuchać. Na aktualnie modnej muzyce
dyskotekowej się nie znam, więc nie ma sensu się wygłupiać.

Nie nudzę się, bo Salamanka jest
przepiękna, mam Internet, książki itd.
Ale czasem czuję się samotna.
Jak każdy chyba, taki „sto mil od brzegu, sto mil przed brzegiem” jak przypomniała wczoraj Pani A.. Pan Boski
nie rozumie dlaczego te maile i smski są dla mnie takie ważne. Odpowiedź jest
nadspodziewanie prosta: bo czuję się mniej sama jak ktoś do mnie pisze.
Moja Siotra jest chyba bardzo zmęczona obowiązkami. Ja żyję w trochę nierealnym świecie w którym człowiek męczy
się głównie na własne życzenie, albo jak musi się akurat naprawdę dużo uczyć,
co czeka mnie w tym tygodniu, bo zmieniam poziom i trochę się cieszę z tego MUSZĘ.
Także nie mam się czym chwalić.

Teraz już czekam na Pragę. Licząc z dniem dzisiejszym 24 dni. Tak. Nie mam dziś najlepszego dnia, kolejny nieomal bez słowa. Tych pustych nie liczę.

TAKI ZWYCZAJNY MAILIK… A TYLE MYŚLI

W niedziele wieczorem dostałam
miły e-mail z Pragi. Taki normalny, ciepły e-mail opowiadający o
tym co się dzieje u tej osoby, która pisała, u wspólnych znajomych, na co powinnam się cieszyć, co mnie może zaskoczyć. Bardzo sympatyczny.

I zaczęło mi się tęsknić. Za
Panem Boskim, rodzinką tuż za granicami, wszystkimi znajomymi, moimi Polkami i znajomymi
z pracy. Nawet za pracą – nieomal już nie moją.

Znów zaczęłam się zastanawiać „co
ja tutaj właściwie robie”? Już za późno na takie wygłupy! Już powinien być dom,
może dziecko, albo choć jakieś konkretne plany. A ja nie umiem przestać szaleć,
szukać, błądzić, przestać być ciekawa co jest za tym i tamtym rogiem. Po co mi
doktorat? Nikt normalny nie pisze doktoratu dla przyjemności i to z dziedziny,
której raczej nie będzie wykorzystywał w życiu zawodowym. A mnie się wydaje, że
przyda
się wszystko.

Tak jak niektórzy chomikują
różne rzeczy, ja zbieram doświadczenia, znajomości, dziwne odczucia, krajobrazy,
reakcje, spostrzeżenia, doświadczenia, myśli. I wszystko ma mi się kiedyś
przydać. Zawsze myślę, jeszcze ten jeden jedyny raz, ostatni. A potem będę jak
wszyscy, będę mądra, zacznę żyć jak Pan Bóg przykazał, na jednym miejscu, w
jednym kraju, w jednym mieszkaniu. Zacznę myśleć o rodzinie, przestanę
oczekiwać, że w życiu ciągle coś się zmienia. Tylko, że jak przychodzi nowe
wyzwanie, nowa zabawka – jak teraz stypendium, znowu nie umiem powiedzieć: dość! Zacznę?

A wczoraj ten mailik, taki domowy,
spokojny uświadomił mi znowu, że mimo iż z pewnością poznając nowe miejsca i
światy wiele zyskuje, sporo
też tracę. Że bardzo, ale to bardzo chciałabym mieć
jakieś miejsce na świecie, które byłoby MOJE. Oczywiście myślę o tym nie po raz
pierwszy, właściwie całe moje życiowe wiuchanie po świecie jest w pewnym sensie
substytutem tego swojego miejsca. Ale już czas. Bardzo bym chciała, żeby się
udało. Żebym po raz ostatni była daleko i jechała jeszcze dalej, bo czeka mnie Sewilla, tak trochę bez głowy, w poszukiwaniu szczęścia, w
oczekiwaniu co przyniesie następny dzień. Tylko czy nie wydawało mi się/ nie
marzyłam podobnie przed każdym poprzednim wyjazdem?

Wydawało, marzyłam. Czas pokaże.

SIEDMIODANIOWA KOLACJA

Niedziela. Czyli znowu kobiety
postanowiły zrobić wspaniałą kolację.
W związku z tym, że jest nas
dużo a ja w niedziele wstaje jakieś 7 godzin wcześniej niż wszyscy (bo i idę
spać o 2 nie o 6), postanowiłam wykorzystać czas wolności i przygotować moją
cześć rano.
Panny lubią moje pierożki serowe
więc od rana (no rana, od 12) zajęłam się produkcją. Teraz pracują one, ciekawa
jestem co wymyślą, ale będzie tego dużo. Jak zawsze.
Zainteresowanym podaje przepis
na pierożki, bardzo łatwe, zawsze się udają i raczej wszystkim smakują:)

SKŁADNIKI:
250 dkg mąki (jakiejś zwykłej i
nie ziemniaczanej)
250 dkg białego sera
250 dkg masła (czyli jedna
nieoszukiwana kostka)
szczypta soli
trochę oleju
Marmolada – jakaś ciemna –
jagodowa, jeżynowa na przykład, gęsta jak się tylko da.

JAK SIĘ TO ROBI?
Miesza się pierwsze 4 składniki,
aż będą rozmieszane dokładnie. W razie potrzeby należy dodać troszkę mąki.
Potem należy ulepić z tego kulkę i włożyć ją na godzinę do lodówki.
Po godzinie godzi się wyjąc
ciasto z lodówki, rozwałkować i ulepić pierożki dowolnej wielkości, średniej najlepiej.
W charakterze farszu występuje marmolada.

Już w czasie lepienia podgrzać
piekarnik do temperatury 230 – 250
C.
Po ulepieniu blachę posmarować
olejem, a przy układaniu na blasze każdy pierożek z góry.
Piecze się ok. 10-15 min.
Ciasteczka powinny osiągnąć złoty kolor, czas ma mniejsze znaczenie.

Są świetne! SMACZNEGO!
No to ja idę przygotowywać się
do baaaardzo późnej kolacji!

KSIĘCIUNIO

Książe na białym koniu – polski
Princ na bílém koni – czeski
Principe azul – hiszpański
Prince charming – angielski
Princ na bielom koni – słowacki

Herceg fehér lovon – węgierski
De prins op het witte paard – holenderski, belgijski (to samo,
tylko trochę inny akcent)

[Pringipas] – fonetycznie grecki
Traumprinz – niemiecki
Tyle języków udało mi się zebrać
w najbliższej okolicy.

A teraz uwaga: znalazłam tylko 1 (słownie: jedną) Księżniczkę.
Diabeł twierdzi, że po węgiersku mówi się „Álmaim királynője
” – Królewna moich snów. Powiedzmy, że mu wierzę, że rzeczywiście
wykorzystuje się to sformułowanie równie często jak to z Księciem.

Myślę, że nad kwestią Księciuni
w naszym życiu powinnyśmy się poważnie zastanowić! Tutaj jakieś Jarugi –
Nowackie itp. walczą o równouprawnienie w życiu politycznym, a tymczasem nawet
język dyskryminuje Księżniczki i to w zasadzie w całej Europie, ba nawet
wspaniałej Unii Europejskiej! No nie wiem, nie wiem…

Bardzo mnie ubawiło całe to
odkrycie.

Paniom pozostawiam kwestię do
przemyślenia. Można by takich zignorować, ale jednak mają pewne zalety i można
ich wykorzystać w czysto utylitarnych lub przyjemnych celach. Ja na przykład
nie jestem specjalnym fanem partenogenezy, ciężkie przedmioty ktoś musi nosić,
czasem można fajnie pogadać.

No, ale mimo wszystko, trudno nie
wołać o pomstę do nieba!!!

P.S.
Proszę nie traktować wpisu śmiertelnie
poważnie ;))))

FAJNY DZIEŃ

Dzisiaj (w piątek) miałam
naprawdę udany dzień. Szkoła była koszmarna, same testy, z których większość
wypadła nie tak jak chciałam. Ale potem było fajnie. Najpierw byłam w szkolnym
kinie „Abre los ojos” czyli pierwotna wersja „
Vanilla Sky” ponoć
nawet z tymi samymi aktorami tyle, że po hiszpańsku. Potem poszłam na godzinkę spać.
Siesta, zwłaszcza po nieprzyjemnym dniu w szkole, to jednak fajna sprawa.

Więc wyspałam się jak norka. O
19:00 byłam już znowu w szkole na zajęciach z kultury hiszpańskiej, które
bardzo lubię, bo w końcu coś wiem o co chodzi w tym kraju, ludziach, historii.
Totalnie inna perspektywa. Dzisiaj oglądaliśmy film o Gali – żonie Salvadora
Dali, na temat którego mamy zajęcia cały tydzień. Bardzo ciekawy układ. Gala
była 10 lat starszą od Dalkego Rosjanką z Turkmenistanu, która absolutnie
kontrolowała go pod każdym względem. Od uczuciowego po finansowy. Obydwoje
mieli kochanków, Pan Salvador, lubił „kupować Panienki”… za które płaciła jego
żona… „chcę, aby był szczęśliwy”.

W ostatnim okresie jej życia
Gala często mieszkała oddzielnie, bo miała słabość do młodych mężczyzn – a
przypominam była 10 lat starsza od S. Dali. Pomyleni. W ogóle prekursorka
operacji plastycznych zwłaszcza operacji piersi i twarzy. Itd. itd.

W domu szaleństwo, nowa gra w
karty. Bardzo to śmiesznie wygląda jak 7 osób (do koleżanki przyjechał chłopak)
siedzi sobie na głowach i krzyczy „Once cheater always cheater!”, bo ciągle
ktoś oszukuje. Świadomie, albo mniej.
Porobiliśmy sobie głupie
zdjęcia. Avory kupiła dwie pary nowych butów, więc wszyscy krytykowali, albo
się zachwycali. Oczywiście jeden przez drugiego. Jednym słowem: fajnie.

Teraz, około 23 przyszło dużo
imprezowych znajomych, Miguele itp., których ja nie muszę znać, więc się
ewakuowałam i czekam aż pójdą na imprezę – wtedy będę miała wolny pokój „z
falami internetowymi” (Miguela akurat w końcu poznałam i naprawdę jest
sympatyczny, tak 10 lat młodszy, pół metra niższy niż ja, ale będzie z niego
fajny człowiek).

O! i w szkole jest jeszcze jedna
Polka. Magda. Jest tylko na 2 tygodnie, generalnie przyjechała do Salamanki na
Internship, ale wydaje się być bardzo sympatyczna.

No a dzisiaj (teraz myślę już o
sobocie) pójdę chyba kupić te buty zielone, co mi się podobają od początku.
Wezmę sobie jakiegoś krytykanta, w celu wyrażenia opinii i jak dostanę zgodę to
kupię. Taka jestem. Ale żyje oszczędnie (choć staram się jeść dużo, bo ja
bardzo chce choć trochę grubnąć), więc mi się należy. To tyle apropos udanego
dnia. Czego i Wam życzymy.