Mala educación – czyli zboczeniec po hiszpańsku

Miejsce czynu: Ogrody Jezuickie, Salamanca

Czas: Niedziela, ok. 14:30

Podszedł do mnie piękny (to mu trzeba przyznać) młodzieniec, śniadej karnacji, wysoki, ubrany w czerwono – granatowy dres.

Miło zapytał się po hiszpańsku,

– czy nie przeszkadzałoby mi gdyby usiadł naprzeciwko i zrobił „to” w mojej obecności?

– (????????) Odpowiedziałam, ze przykro mi, ale nie znam hiszpańskiego.

Rezolutnie przeszedł na angielski i powtórzył swoje pytanie.

– Odpowiedziałam, że owszem przeszkadzało. BARDZO.

– Zaczął mnie przekonywać, że dla niego to niezwykle ważne, że nie chce mnie przestraszyć, dlatego się pyta, ale bardzo lubi widzieć jak młode dziewczyny patrzą się na niego jak to robi.

– Wykazałam zrozumienie dla jego problemu i zasugerowałam, żeby może spróbował video, albo spotkanie z odpowiednim doktorem, albo Internet, bo ja z całym szacunkiem, nie jestem zainteresowana.

Wydawało się, że zrozumiał, bo odszedł.

Ale tylko wydawało.

Po kilku minutach powrócił,

zaczął mnie przekonywać, że niestety w parku nie ma żadnych pięknych dziewczyn a on ma wiele do zaoferowania… tu nastąpiła komercyjna prezentacja elementu, który jest przedmiotem jego zainteresowania… w pełnej gotowości, że się tak wyrażę ( ja narzuciłam wyraz twarzy pod tytułem „z czym do ludzi?”)

Ale już mnie to trochę zdenerwowało, więc

– poprosiłam żeby jednak odszedł, bo ja mam swoje zajęcia i nie jestem zainteresowana jego problemami. Że nie będę krzyczeć, ani uciekać bo to nie ma sensu, wiem, że jest sympatycznym człowiekiem (byłam sama szeroko daleko, w niedziele o 14 Hiszpanie mają sjestę), ale że wyświadczyłby mi wielką przysługę gdyby jednak odszedł. W innym wypadku odejdę ja.

Bawiliśmy się w takie dyskusje ze 3 razy. Potem zmieniłam park, na inny, bliżej domu, było w nim więcej ludzi.

Leave a comment