Słowo „siesta” brzmi w Hiszpanii
jak kołysanka, „echar la siesta”- czyli uciąć sobie poobiednią drzemkę to
rodzaj zaklęcia, któremu niezwykle trudno się oprzeć, KAŻDY zapada w środku
dnia w godzinny, dwu-godzinny, błogi…sen.
Czas płynie tutaj zupełnie inaczej,
niż my środkowo-europejczycy jesteśmy przyzwyczajeni. Przed 8 rano, trudno
spotkać na ulicy kogokolwiek. Pierwszego dnia, kiedy szłam na „egzaminem
wstępny”, byłam nieomal zupełnie sama, w całym mieście… Po drodze do szkoły nie
widziałam nikogo.
Po 8-ej, a
najchętniej po 9-tej Hiszpanie powolutku wynurzają się ze swoich norek i
zaczynają pracę, którą kończą z wielką radością i hukiem zatrzaskiwanych
żaluzji sklepowych, warsztatowych itd. o 13, no bardziej pracowici o 14.
Potem zaczyna się „siesta”. Czas
świętego odpoczynku, od goraca w lecie, od ludzi i pracy w zimie.
Druga część dnia zaczyna się, w
zależności od preferencji właściciela, od 17:00 do 18:30 i trwa do 20:00 lub
21:00 (za wyjątkiem banków i budynków użyteczności publicznej, których po
sieście nie otwiera się wcale, coby wszystkim ułatwić życie).
Potem jest czas dla rodziny a
następnie, ale nie wcześniej niż o 23:30 południowi sąsiedzi udają się na zabawę
– fiesta, proszę Państwa – fiesta! Do której? Jak Bóg da! Do 2-giej, do 5-tej (rano
oczywiście), zależy od kondycji, bo od wieku nie za bardzo, tu szaleją i
100-latkowie!
Pomiędzy momentem ukończenia
pracy i rozpoczęcia fiesty należy jeszcze pokazać się na chwilę na Plaza Mayor,
w odświętnym stroju, oczywiście i z uśmiecham na twarzy!. Nooo… może jednak
dzisiaj nie pójdą na zabawę, ale zaszyją się w przyjemnej knajpce, aby grać w
karty: pokera, brydża, uno, tysiąca e tam, tylko do fiesty, albo… aż do rana. I
tak codziennie:)
A następnego dnia trudno będzie
wstać wcześniej niż o 8-9 rano, a jeszcze trudniej zrezygnować z wytęsknionej
siesty. Bo wieczorem…