TAJEMNICZE ŻYCIE SŁÓW

„La vida secreta de las
palabras” (The Secret Life of Words), 2005, scenariusz i reżyseria Isabel
Coixet.
Na polskich stronach
internetowych nie znalazłam żadnych informacji dotyczącej powyższego filmu,
więc przypuszczam, że jeszcze nie wszedł do kin. Mam nadzieję, że się pojawi.
Smutna perełka. Kolejna dobrze wykorzystana godzina z kawałkiem.

Akcja filmu toczy się powoli, na
początku nieomal bez słów, momentami przypomina obrazy Larsa von Triera
(„Tańcząc w ciemnościach”), ale nie ze względu na szalejącą kamerę czy muzykę,
ale raczej szarość, codzienność opisywanych dni. Momentami ma się wrażenie, że
są czarno-białe choć kolorowe.
Główne postacie to: Hanna (Sarah
Polley), której historie poznajemy małymi kroczkami, bo ona te słowa bardzo
oszczędza, żyje tak jakby jej, w jej życiu, właściwie nie było i Josef (Tim
Robbins), którym Hanna opiekuje się w ramach „wakacji”. Josef, który uległ
wypadkowi, bo chciał uratować przyjaciela, którego w pewnym sensie zgubił, jest
przejściowo niewidomy, więc chce mówić, żartować, słyszeć, może usłyszeć, że
nie jest winny. Hanna nie może mówić, bo wydaje jej się, że milcząc ucieknie
przed wspomnieniami, przed przeszłością, dlatego odzywa się tylko wtedy, kiedy
uzna to za absolutnie konieczne. A wszystko to dzieje się na wymierającej
platformie wiertniczej, w warunkach nieustannego szumu maszyn, pustki, morza, z
gęsią w tle.
Główni bohaterowie powoli
znajdują nić porozumienia, jaką tajemniczą empatię, pomimo tego, że ich
przeszłość jest skrajnie inna, krok po kroku zdradzają temu drugiemu, co tak
bardzo ich boli, że obojgu wydaje się, że dalej nie mogą żyć.

Być może nie było to zamiarem autorów, ale na mnie największe wrażenie
zrobiło te niewiele słów, które mówiły o wojnie na Bałkanach. O tym co czują
ludzie, którzy przeżyli. Bez najdrobniejszej drastycznej sceny nauczyłam się
więcej niż z wszystkich reportaży czy dzienników, jeszcze w czasie trwania wojny.
To jest tajemnica, która film wyjaśnił mnie.
Chociaż myślę, że „La vida secreta de
las palabras” spodoba się każdemu, kto nie oczekuje w kinie fajerwerków. Na
filmie byłyśmy cztery: Agnes – 18 letnia Francuzka, Christie – 19 letnia
Niemka, Rosa – 27 letnia Brazylijka i ja. Młodsze dziewczęta były po wyjściu z
kina były trochę zawiedzione, że nie „działo się więcej” . Dla Rosy i dla mnie
żadne „więcej” nie było potrzebne. Więcej każdy musi znaleźć w sobie.
Następnego dnia w szkole Agnes i Christie opowiadały jak film wieczorem rósł w
ich głowach. Bardzo nas to ucieszyło. Także chyba jest dla wszystkich, choć dla
niektórych dopiero po chwili. Myślę, że warto zobaczyć.

Leave a comment