W pracy regularna wojna, nawet nie podjazdowa. Musze przyznac, ze ciezko to znosze psychicznie. Nie za te kase. W srode jade do centrali na Slowacje. Najchetniej bym tym rzucila w cholere. Pytanie czy ma sens poddawac sie tak szybko? Moze moge przesunac granice mojej odpornosci na ignorancje, chamstwo i klamstwa odrobine dalej? Na pewno trzeba ustalic jakis ostateczny termin, bo nie moge nie jesc i na zmiane nie spac, albo spac bardzo dlugo, bez konca. Jestem zmeczona, mam kluche w zoladku. Dobrze, ze na kazdym kroku Pan Boski jest po mojej stronie, albo z rada, albo z upewnieniem, ze jesli chce, moge odejsc z pracy, bo problem utrzymania nie istnieje.
Pozytywne jest to, ze pracownicy sa po mojej stronie. Bardzo bezwarunkowo.
Wiem, ze do czasu, ale dobrze, ze ten czas jeszcze trwa.
Wazne jest to, ze kazde rozwiazanie jest dobre. Nie chcialam z nim wojny. Bylam wybrana z lapanki. Nie jestem latwym przeciwnikiem, ale nie znize sie do jego metod. Mam mniejsze doswiadczenie. Ale jezyk coraz bardziej precyzyjny. Slowa bardziej wywazone.
Widac, ze jestem zmeczona. Bardziej chyba skupiona, ale ludzie obok nie potrafia tego rozroznic. Ja nawet nie wiem, czy ma sens zbierac sily? Na wszelki wypadek jem, zapisuje wszystko co robie i otrzepuje sie z jego obslizglych klamstw.
Wpadlam jak sliwka w kompot.