Do konca tygodnia mamy na goscinnych wystepach sekretarke, ktora odchodzi. Przeprowadzke spedzila na chorobowym, potem dala nam tydzien na rozpakowanie, a teraz cudownie wyzdrowiala, powinna przekazac prace nowej i odejsc.
Ta biedna istota mnie nienawidzi. Zostalam kozlem ofiarnym, bo przeciez ktos musi byc winny, ze ona nie poradzila sobie z praca. Szefem jestem ja, wiec jestem winna. Do tego jak wiadomo, "jeszcze nikomu nie udalo sie sprostac moim wymaganiom". Oj, strasznie mi psuje krew ta kobieta. Mam taka fanaberie, ze chce aby pracownicy wykonywali swoja prace!
Efekt jest taki, ze boje sie zrobic herbate, bo to by oznaczalo wycieczke w rejon sekretariatu i koniecznosc wymiany nieszczerego usmiechu z mej strony i ogladania skrzywionej buzi naszej spadajacej gwiazdy.