GOSCIE, GOSCIE

To byl weekend! Boski zawsze marudzi, ze weekendy ze mna w miejscie sa nieaktywne, ze nic sie nie dzieje. Nie? Try me, baby, one more time!

W sobote rano, ku mojej ogromnej radosci, Boski rozwiazal mi jedna matematyczna zagadke z ktora meczylam sie w pracy. Dla mnie wspolpraca z jednym operatorem sieci telefonow komorkowych to nieprzyjemny temat a on zabral sie do tego jak do krzyzowki i pomogl. Alleluja. Zostalo jeszcze x razy tyle, ale choc ten kawalek jestem do przodu.

Nastepne byla wystawa Czech Press Photo. Niektore zdjecia byly powalajace, sporo zaskakujaco przecietnych. Mimo wszystko polecam. Kazda osoba, ktora fotografuje moze podpatrzec pare dobrych pomyslow. Nieskromnie napisze, ze nie nabawilam sie kompleksow.

Po wystawie nastapil kulminacyjny punkt programu: obiad z Ksiezniczka. Boski bardzo lubi Ksiezniczke a mysle, ze vice versa, wiec i obiad byl bardzo przyjemny. Moze bylam troche zbedna :)) ale jakos ciagle jeszcze toleruja moja obecnosc:)

Po obiedzie poszlismy do kina na Vymenu (Oszukana) Changeling. Bardzo silny emocjonalnie film. Niby wszystko toczy sie pomalutku, jak to w filmach Clinta Eastwooda, ale po jakims czasie zdajesz sobie sprawe, ze zaladek masz scisniety do wielkosci orzeszka. Warto zobaczyc chocby dlatego, zeby zrozumiec, ze wiekszosc naszych problemow jest nieistotna … i dlatego, zeby na wlasne oczy przekonac sie, ze Angelina jest niezla aktorka. Ciekawostka: muzyke skomponowal… Clint Eastwood. Niezly gosc. 

Ale to wlasciwie byla tylko rozgrzewka.

Najciekawszym punktem weekendu mial byc dzisiejszy obiad. Zaczelo sie spokojnie. Wstalismy o 9:30, o 10:15 wykopalismy sie do sklepu. I tak ok… 11:20 zdalam sobie sprawe, ze  jezeli nie wrocimy do domu NATYCHMIAST to nie bede miala zadnych szansporzygotowac czegos rozsadnego.

Wpadlismy do mieszkania o 11:40 i zaczela sie jazda. Staralam sie jednoczesnie robic zupe, smazyc kotlety, robic salatke i dyrygowac Boskim asytstentem ktory byl odpowiedzialny za sprzatanie. Musze go pochwalic bo poodkurzal, przygotowal stol (pieeeknie poukladal sztucce, ale nie mialam serca ich przestawiac;;;).

Kiedy o 13:25 zadzwonil dzwonek w wyciagnietym podkoszulku konczylam salatke. Polecialam ubrac "chociaz cos" – co AW okresila mianem kurtki i w zasadzie mozna powiedziec, ze zdarzylam z obiadem. Gdyby przyszli 10 min wczesniej to by zastali mieszkanie w stanie jak po wybuchu bomby, a tak tylko posprzatalam zlew. Krolikowscy milosciwe spoznili sie 5 minut.

BTW zupe robilam w zasadzie glownie dla meza AW, bo on zupy uwielbia. Jak juz przyszli uswiadomilam sobie, ze jednej zupy nie uwielbia…jakiej? POMIDOROWEJ czyli tej, ktora jakby zrobilam…

Poza wyborem zupy obiad (zwlaszcza w sensie spotkanie) byl bardzo udany. Zarowno Krolikowscy jak i AW z mezem zjedli wszystko co uwazam za potwierdzenie, ze bylo choc tak dobre, ze nie musieli szukac wymowek dlaczego nie zjesc :))  Krolikowska zrobila pyszne tiramisu (nawet mnie sie uszy trzesly a zwykle nawet nie zahacze okiem). A potem odpoczywalismy jak baki. 

Panowie tak zaciecie omawiali rozne bardzo wazne ekonomiczno-spoleczno-historyczne tematy, ze ewakuowalysmy sie z dziewczynami na kanape. No w kazdym razie w zyciu nie widzialam, zeby Krolik tyle gadal. Boski i maz AW tez byli bardzo zaaferowani. Cuda panie!

A teraz mi Boski odjechal w sina dal i zobacze go dopiero w piatek. Obiadem byl zachwycony i uznal, ze weekend w miejscie moze byc fajny. Ciesze sie bardzo. Koniec sprawozdania.

MOZESZ, WIEC WPLYN NA BIEG LAWINY

Jest jeszcze sroda, zrobilam sobie wieczor bez internetu dlatego  pisze na domowym laptopie, wkleje jutro. To sie nazywa uzaleznienie.

Mam wymowke, jestem poslem dobrej wiadomosci: Udalo mi sie zmienic bieg wydarzen! Da sie!

Moje samopoczucie to taka przedziwna sinusoida, czasem mam dobry dzien, jestem zupelnie happy i mam wrazenie, ze moge zmienic swiat z fundamentami, od reki. Sa inne dni, kiedy placze mi sie jezyk, najchetniej bym siedziala kacie, plakala…czasem  wydlubala komus oko, dla rozrywki.  Kto czyta ten wie.

Dzisiaj mial byc ten zly dzien, nadchodzil juz z tydzien wielkimi krokami i byl absolutnie nieuchronny. Tyle, ze ustalilam, ze dzisiaj bede miala dobry dzien i tyle. Taki z gatunku boskich, kiedy slowa same ukladaja sie w madre zdania a mysl jest elastyczna jak gumka w majtkach. I udalo sie!

Przygotowania zaczelam w poniedzialek. Bylo ciemno, zimno a baromert twierdzil, ze mam sie powiesic.  Dobra, dobra. Rano wstalam, zafundowalam sobie 3 minuty podskokow i wymachiwania konczynami , wypilam tez magnez dla poprawienia humoru (ponoc dziala jak czekolada, ja wierze, wiec dziala) Powiedzmy, ze poniedzialek byl jeszcze raczej kiepsciejszy. Nie poddalam sie, usmiechalam sie jak glupi do sera po drodze do pracy i przynajmniej moje cialo twierdzilo, ze jestem szczesliwa.

We wtoreczek przydarzyl mi sie niedowlad angielskiego mozgu,  I to sie zdarza w lepszych rodzinach (pocieszam sie).We wtorek i srodek  powtorzylam manewry z 3 minutowa rozgrzewka i usmiechami, dowalajac trening w postaci tlumaczenia samej sobie, jak krowie na zakrecie, ze skoro postanowilam, ze sroda bedzie dobra, to bedzie i moje drugie ja mi w tym nie bedzie przeszkadzalo.

Oglaszam uroczyscie, zyczenie stalo sie rozkazem! Nie twierdze, ze teraz juz zawsze bede miala maniakalna faze.  Niemniej jednak jest to wazny precedens. Chcialam miec dobry dzien i choc wszystkie znaki na niebie I ziemi mowily, ze bedzie, uparlam sie, ze bedzie dobry i byl.

 Wniosek: jak sie czegos bardzo chce a nie da sie, to mozna.

————-

dawno nie bylo zdjecia, wiec jedna optymistyczna krowa (V/2008)

JAK DEBIL :)

mam takie dni kiedy nie potrafie jasno formuowac mysli. Mowie jak idiota. Teraz mowie o jezykach, ktore znam czyli nawet po polsku. To samo tylko w skali marko zdarza mi sie z angielskim. Dzisiaj o 13:47 przylazlam do komputera i zobaczylam, ze Izrael zarzadzil confcall na 14. aaaaaaaaaaaaaaaa zaczelam szukac numeru telefonicznego pokoju konferencyjnego, potem rzucilam sie w poszukiwaniu czynnego telefonu z firmowa siecia i fizycznego miejsca gdzie bym mogla w spokoju gadac. Podlaczylam sie o 14:07. Przeprosilam i zaczela sie jazda.

Gadalam jak potluczona. Po pierwsze w zadnym jezyku nie mialam pojecia o czym mowie (na przyklad przekierunkowanie domeny DNS albo zmiana serweru wykorzystywanego przy autentyfikacji uzytkownikow, wkladanie domeny 3 stopia do iframu), jak mowili to kumalam, ale to co ze mne wypadalo to byla tragedia. Po drugie mialam zly dzien na jakiekolwiek mowienie:)

Teraz musza myslec, ze mam lekki autyzm i bardzo mierna znajomosc jezyka angielskiego. Musze sie postarac i za 2 tygodnie przygotowac sie powalajaco bo na mnie zakibluja, ze debila dostali Izraelcy biedni.  Po rozmowie napisalam im (ladnie) podsumowanie, zeby chociaz wiedzieli, ze rozumialam jesli juz gadalam bez sensu. W kazdym razie dobrze, ze znowu musze gadac po angielsku, bo zapomnialabym jak nic!

Pozytywna wiadomosc jest taka, ze wczoraj pisalam kawalek textu informacyjnego dla prasy (tiskova zprava – nie potrafie sobie przypomniec jak sie to nazywa po polsku, zabijcie mnie)  po czesku i 1. zaakceptowali mi ten moj kawalek bez mrugniecia okiem 2. widzialam juz 4 czy 5 informacji prasowychi kazda pisze o tym moim kawalku albo nawet cytuje.

Byla Krolikowska i najadlam sie suszonymi owockami.

Kolejna kolezanka powila dzidziusia a nastepna okazala sie byc w ciazy. Caly swiat ciazy albo wije a ja nic. Hmm

Fantastyczna wiadomosc jest ta, ze spodziewalam sie nadejscia zlego humoru w tym tygodniu, ale porozmawialam z nim i zmienil sie na dobry. I to by bylo na tyle.

Twoja uposledzona Agradabla

ZMIERZCH / ROOK 2008 / FASOLE

twilight …

Bylysmy z AW w kinie. Na Stmivani, wg ksiazki "Zmierz" Stephenie Meyer. Zgodnie (niestety) z oczekiwaniami film byl ponizej wora. To mial chyba byc taki lightovy horror, ale wyszedl niezabardzo udany komedio – dramat. Postac Edwarda – wampira, w ktorym mozna sie zakochac czytajac ksiazke, byla niezwykle zabawna z pomalowanymi ustami, twarza i w zasadzie calym pomalowanym Edwardem. Bella – nie byla znowu taka Bella. A postac postac Ojca odegrala duzo wieksza role niz w ksiazce a Mame wyobrazalam sobie zupelnie inaczej. Ale w zasadzie to wszystko nie mialoby znaczenia gdyby nie fakt, ze caly film byl nakrecony troche jak kino moralnego niepokoju (jak to fajnie ujela AW) jakies niedokolorowane przestrzenie, drzaca kamera, czarno biale wstawki a wszystko w szkole sredniej, czyli tematy -jakby – juz – troche- za -nami. Przynajmniej sie usmialysmy.

rok…

Przeczytalam podsumowanie roku Polaquity. Tyle zmian. 

Myslalam o swoim roku. Przyznam sie. Ja go nie lubilam.  Licze lata od wrzesnia do wrzesnia – jakas taka pozostalosc z okresu szkoly. Roku wrzesien 2007 – grudzien 2008 nie lubilam. Nie chodzi o Bratyslawe, czy jakies konkretne zdarzenia, bo przeciez dzialo sie wiele fajnych rzeczy, wyprawa do Argentyny, do Stanow, lenistwo w Blave. Ale ten rok – jako calosc nie byl dobry. Poznalam ludzi, uczucia i sytuacje, ktorych nigdy nie musialam poznac. Jeszcze jakis czas bede sie leczyc z mysli, ktore przelatywaly jak huragan przez moja glowe, zlych mysli i niewlasciwych ludzi. Ja wiem, takie lata tez musza przyjsc. Dobra, byl, skonczyl sie i niech idzie w cholere. So far so good w 2009 wkraczam z nadzieja. 

nalesniki…

Nalesniki z fasolami. No to nie jest zaden cud, ale mam smakuje. Przepis: robisz takich 8-10 nalesnikow (ja robie zawsze z ksiazka kucharska, bo na oko to ja zupy moge robic a nie nalesniki:) odkladasz na bok i czekasz az sie zrobi nadzienie (licz tak 15-20 min)

na nadzienie potrzebujesz:

– 3 zabki czosnku

– 1 srednia cebule

– 2 puszki fasoli czerwonej

– przyprawy: kostka rosolowa z kurczaka, sol, pieprz, papryka, curry i inne co wpadna pod reke.

– oliwa (ja uzywam z oliwek)

rozgrzewasz oliwe, wrzucasz pokrojony czosnek, jak sie troche podsmazy dorzucasz pokrojona cebule, pieprzysz, solisz. Jak jest ladna zolta wlewasz fasole razem z mniej wiecej polowa wody z puszki. I to tak bulgocze. Wsypujesz curry i polowe kostki rosolowej i inne przyprawy, mieszasz. Gotujesz na papke a jak nie to to rozpapkuje widelcem. I farsz gotowy. Mozna ladowac do nalesnikow. Na srodeczek a potem zlozyc w kopertke. I jesc. Palce lizac.

Ale jesli… mam dobry dzien to jeszcze … po rozlozeniu farszu na nalesniki daje jeszcze na kazda gorke farszu duza lyzke wczesniej pokrojonego w mala kosteczke i posolonego pomidora z cebulka i lyzke kwasnej smietany oraz lyzke potartego sera. 

Czyli jak zwykle takie nic, ale my to uwielbiamy. 

SNIEG….

Siedze przed komputerem i zastanawiam sie: co teraz? Mam taka fure rzeczy do zrobienia, ze troche sie w tym gubie. Zaraz jak dopise ten wpis zamierzam sie znalezc.

Zasniezona Praga jest przepiekna. Snieg sypie jak szalony a to znak, ze nie jest zbyt zimno.  Poza tym mam na sobie nowa kurteczke, ktora jest zaskakujaco ciepla. Przyznam sie: ma kolnerz z lisa, innymi slowy oficjalnie jestem stara, ale przynajmniej nie marzne.  

Juz dawno nie widzialam w Pradze takiej fury sniegu. Sypie, sypie, sypie. Kto mnie wezmie na spacer?

Wczoraj wieczorem odwiedzila mnie Ksiezniczka. Jak zwykle nienaganie (czytaj modnie i bardzo kobieco) ubrana i pelna pomyslow. Ona ma tyle energii, ze czuje sie przy niej jak slimak. Poza praca zajmuje sie (razem z mezem) kilkuletnim synkiem, chodzi na angielski i czeski a teraz planuje “jeszcze cos” bo sie nudzi.  Uff strus – pedziwiatr.

SIE MAM

Na kolacje napchalam sie tak fantastycznymi roslinami, ze az mi sie uszy smieja. Uwielbiam dobre jedzenie, cieplo praskiego mieszkanka i absolutnie najpiekniejszy gwiazdkowy telewizor z 11 programami (byly 3!) w kazdym razie…skoro juz nie moge byc z Boskim (jutro ide do pracy a on MUSI byc w gorach)

Sylwester byl bardzo przyjemny. Upieklam Boskiemu babeczki, bo sobie zyczyl na rano (byl na biegowkach). Robilismy bardzo duzo przyjemnych rzeczy, ktorych tutaj opisywac nie bede. Dla przykladu ja dokonczylam gwiazdkowa ksiazke a Boski czytal/ogladal katalog aut Auto Moto Swiata. Takze ogranicz prosze swoja wyobraznie…:))

Pierwsza czesc Nowego Roku spalam do 11 (a Boski byl na biegowkach), potem marzlam (bo elektownia wylaczyla ogrzewanie, swinia)  i robilam te nalesniki z fasola i cebula (ktore Boski zjadl az mu sie uszy trzesly i ja tez sie milo najadlam) a potem znowu spalam (bo mi Boski napalil w kominku wiec walnelam 40 min kota na kanapie) no i juz musialam na autobus…

A teraz sobie pisze, mam sie dobrze i w tym stanie zamierzm pozostac conajmniej kolejnych 354 dni…

 

HULAK

Harrego Pottera czytalam po czesku, wiec dla pewnosci wytlumacze. Hulak – to taki list, ktory po otwarciu drze sie niemilosiernie na adresata, bardzo expresywnie tlumaczac swoj punkt widzenia.

Dzisiaj dostalam w pracy hulaka. Otwarlam mail, przeczytalam i zostalam siedziec. 

Siedzialam siedzialam i nie wierzylam oczom. Gosciu napisal mi, ze umowa ktora mu poslalam jest absolutnie do dupy a ja nie mam prawa wyznaczac mu terminow do kiedy ma poslac dodatek dotyczacy jego dzialu. Napisal to tak, ze za kazdym razem jak to czytam czuje jak wyskakuje z ekranu i daje mi w pysk.

Tylko, ze … termin ustalil moj (i jego w zasadzie tez) szef a umowa trafila mi sie jak slepej kurze ziarno, ktos sie nia musial zajac, padlo na mnie.

Przez chwile rozwazalam mozliwosc, ze polece po bandzie i odpowiem gosciowi w podobnym stylu. Potem zaczelam gleboko oddychac i na spokojnie wylumaczylam mu, ze termin jest jakby dany z gory, a z jego uwagami co co umowy zgadzam sie calkowicie, ale moze lepiej zabic autora a nie poslanca. Kosztowalo mnie to BARDZO DUZO sily woli. Jak sie wydaje zrozumial, bo napisal dosyc mily mail w odpowiedzi.

Drugi mail napisalam mojemu szefowi (ktory byl biernym adresatem wszystkich wiadomosci), napisalam, ze nie lubie jak ktos zwaraca sie do mnie w ten sposob. BARDZO nie lubie. Szef odpisal, ze " nie wydaje mu sie, zeby tamten facet chcial to napisac arogancko, albo myslal zle i dlatego nie reagowal". Mam wielka chec napisac mu, zeby przestal myslec a zaczal czytac. Powstrzymam sie. Wdech, wydech. Debilna sytuacja, bo nieomal sie okazuje, ze to ja jestem ta zla i delikatniusia. Oj nie jestem nie jestem, ale TAKIEGO mailu i to NIEWINNEJ osobie (przypadkowej do ktorej pisze 2 maila w zyciu) to bym sie nie odwazyla napisac. A jak wiadomo specjalna delikatnoscia nie grzesze. Dobra szkola:)

 

Drugi interesujacy element dzisiejszego dnia to przygotowania sylwestrowe. Mialo nas byc siedmioro: AW z mezem, Krolikowscy i jakis znajomy Krolika no i my z Boskim. Zakupilam 7 puszek fasoli, zeby zrobic nalesniki z fasola. 3 ciasta na rolady, duzo makaronu i sosow, chipsy i jakies inne glupoty. 

Najpierw zadzwonila Krolikowska, ze Krolik bardzo zachorowal i nie moga przyjechac, zwlaszcza, ze AW ma w brzuszku czlowieczka, wiec nie ma mowy zeby stwarzali zagrozenie. Potem zadzwonila AW, ze maz jakis chorawy i ma duzo pracy, wiec nie przyjada.

Dobrze, ze Pan Boski uwielbia nalesniki z fasola, bo mialabym klopot.

Na powaznie, jakos to bedzie. Moze ktos zmieni zdanie, albo zostaniemy sami z Boskim. Lubie Boskiego bardzo, wiec z przyjemnoscia spedze z nim Sylwestra. 

Takze lekko zbity pies jestem. Ale co tam.

 

Krolikowska jakos tam obliczyla, ze konczy sie dla mnie rok nr 8 a zaczyna nowy 8 letni okres. Takze teraz zamykaja sie jakies relacje z ludzmi, sytuacje itd. Jest pare rzeczy, ktore rzeczywioscie koncza sie dla mnie w jakis sposob. I ALLELUJA! Ciesze sie na Nowy Rok i okres, nowe hulaki i fure dobrych rzeczy.

Szczesliwego!

ZAMIESZANIE

Lubie takie dni jak dzisiaj, ze musze doslownie ukrasc chwile, zeby cos napisac albo poslac smsa. Na razie jest pewne, ze nudzic sie w pracy nie bede:)

Odpowiadajac na komentarz: juz od dluzszego czasu nie moge sie skarzyc na Boskich starszych, bo bardzo sie staraja. W tym roku mieli zostac na Swieta sami i zgrywali twardzieli, ze wcale im nie przeszkadza, ze Bosciunio bedzie ze mna a Corka ze swoim Szwajcarem. Zaproponowalam, ze raz zrobie wyjatek i nie wprowsze sie Siostruni na swieta. Ucieszyli sie, ale powtarzali, ze to tylko nasza decyzja i ze sie dostosuja. Dopiero jak zobaczylam ta furgonetke prezentow pod choinka a potem sporo mniejsza ilosc upominkow dla Siostry i jej meza, zrozumialam, ze tak zupelnie obojetne to im nie bylo.

Nawiasem mowiac na temat innego traktowania mnie i Szwajcara odbyla sie dosyc niespodziewana rozmowa. Siedzialysmy z Boska i gadalysmy o jakichs aspektach dziecinstwa, ktore maja na mnie wiekszy wplyw niz bym chciala. Mowilysmy o tym, ze tak chyba ma kazdy, ze nauczy sie jakiegos zachowania a potem wykorzystuje schemat niekoniecznie we wlasciwym momencie. Po jakims czasie przyszedl Pan Boski starszy i nawiazujac do jakiejs rozmowy stwierdzil, ze “no wlasnie co by to bylo gdyby inaczej zachowywal sie w stosunku do mnie i do Szwajcara?”.

Wiec zaczelam sie smiac i powiedzialam mu prosto w oczy prawde oczywista dla kazdego poza nimi, ze cala rodzina wie, ze tak wlasnie jest. Ze wszystko co szwajcarskie jest najlepsze a Szwajcar przyniesie mu najtansze czekoladki Lindta i pada na twarz. Ja moge skakac na uszach, dla nich to bedzie oczywiste i nie warte uwagi.

Pytanie “czy nie przeszkadza mi, ze Boscy Starsi maja do mnie inny stosunek niz do Szwajcara?” przerabialam z kilkoma osobami z Boskiej rodziny. Oni sie pytali nie ja chcialam mowic. Co mam niby zrobic? Boski Starszy znalazl w Szwajcarze syna – ambitnego tak bardzo, ze graniczy to z chamstwem, ale na razie idacego przez swiat z sukcesem. Ja jestem tylko Polka, nie dbam o swoje PR, nie nosze im tandetnych prezentow i jestem szczera. Inna sprawa, ze przez te lata wiele sie zmienilo. Kiedys to byla tragedia, teraz Pani Boska Starsza  juz nie robi miedzy nami roznicy a Pan Boski Starszy tylko czasem cos walnie. O paru pierwszych latach wole nie wspominac.

Okazalo sie, ze Pan Boski starszy nie zdawal sobie z tego sprawy. Siedzial jak wryty i powtarzal, ze nigdy sie tak nie zachowywal a jesli to nie specjalnie. Wiem, ze nie specjalnie, dlatego nigdy tego tematu nie poruszalam. Caly wieczor byl smutny. Nie chcialam sprawic mu przykrosci. Aktualna sytuacja jest fajna. Jest mi z nimi dobrze, lubie ich i akceptuje nawet z ta miloscia do nadetego Szwajcara. Ale jak wyjechal z ta mowa to jakos nie potrafilam sie powstrzymac.

/wpis pisalam na 3 razy:)/

PRZECIAG

Tesciowe staraja sie wygrzac dla mnie dom jak wsciekli. Z mysla o Swietach zaczeli juz tydzien wczesniej. I rzeczywiscie temperatura dochodzila do 23C. Chyba, ze akurat stwierdzili, ze w domu juz zupelnie nie ma powietrza i robili przeciag. A ten robili nieustannie. Jak gotowalam otwierali drzwi na taras, jak siedzialam przy kominku wpuszczali tlen, bo ponoc juz nie bylo powietrza. Krotko mowiac: znowu sie popsulam. Mam katar z czerwonym nose, boli mnie glowa i gardlo. Wykazuje cudowna pieknosc. A jutro do pracy.

Nie mam do nich pretensji bo wiem od zawsze, ze sa opetani czystoscia powietrza i okolic, tylko troche to meczace. 

VANOCE, VANOCE

Przezylam pierwsza w moim zyciu czeska Wigilie.

Bylo fajnie, choc troche bez sensu, co co za Wigilia bez Siostry i dzidziusiow. Dobrze, ze byli chociaz telefonicznie i smskowo.

 Boski zawsze z dzika radoscia czepia sie naszych 8 rodzajow ryb albo innych dziwow na naszym Wigilijnym stole. Usmialam sie jak norka, bo ta idealna z opowiadan Wigilia u Boskich zaczela sie o 18:45… momimo iz byl tylko jeden rodzaj ryby a ta sie jakos nie chciala upiec.

Czeskiej Wigilii nie da sie zaliczyc do wydarzen kulinarnych. Byla zupa rybna (dla mnie grzybowa z ziemniakami) a na drugie danie smazony karp z ziemniakami. Po prezentach ciasteczka (cukrovi – 7 rodzajow) i kanapki. Koniec.  Czeskie gospodynie nie nagotuja sie przesadnie z okazji Swiat, ale biedne sie napieka. Pani Boska starsza spedzila – biedaczek- na pieczeniu 2 weekendy. Wyniki sa imponujace – cukrowi bardzo dobre. Za to wigilijne jedzenie to jak widac smiech na Sali:) Nigdy nie widzialam tak pustego stolu Wigilijnego. Nawet na mojej rosyjsko-litewsko-polsko-mexykanskiej wigilii w Lake Tahoe w 2002 roku bylo duzo wiecej pysznosci.

Jednak nie tylko zradlem Wigilia stoji. Przed rozpoczeciem jedzenia byl oplatek. Pan Boski starszy byl zachwycony faktem, ze bedzie wyglaszal przemowienie I jak zwykle mowil bardzo dlugo i zagmatwanie, za to z taka radoscia, ze i my bylismy radosni. Potem Pani Boska starsza zarzadzila, ze bedziemy sie modlic. Oni mnie zawsze  zaskakuja z ta swoja wiara-niewiara.Po posprzataniu ze stolu (jakzeby inaczej) zaczelo sie rozdawanie prezentow. Za kazdym razem wyciagalismy po 1 prezencie, delikwent rozpakowywal a reszta sie gapila i piala. Dostalam fure rzeczy: od Boskiego buty i kurtke (sliczne) poza tym: 4 ksiazki, swieczki, deske do ktojenia, kosmiczny walek do walkowania, tluczek do miesa, bielizne poscielowa itd itd… a razem z Boskim kupilismy sobie nowy telewizor, bo na starym dzialaly juz tylko 3 programy. Jak zwykle bylam zaskoczona subiektywnymi zachwytami osob, ktore dostawaly prezenty. Boski starszy zachwycil sie lyzeczka do jedzenia jajek na twardo (bardziej niz wielkim expresem do kawy). Pani Boska 3 razy mierzyla nowa bluzke, Pan Boski wyrazil zachwyt nad podejrzanie normalnym swetrem i caly wieczor (nawet przed komunkiem) nie dal z siebie zedrzec mega –cieplych papuci w ksztalcie kaczorow – jego zdaniem to sa lwy – tak jak on i dla tego sa najlepsze.

Ostatnie 2 godziny odpowiadalam na maile moim starszym w wiarze braciom (wczoraj byli bardzo zdziwieni, ze sie nie rzucilam do komputera w drodze ze Slaska w Gory Izerskie) a za chwile bede robic obiad. Rodzila Boskich wyruszyla na 10km wycieczke a ja proboje uchwycic siec, ktora non stop znika i wylosowalam sie na kucharke. Czego to czlowiek nie wymysli, zeby nie musial isc na mroz.

Wesolych Swiat!