WYPŁATA

Bardzo jestem
ciekawa ile mi dzisiaj zapłacą. Bo dziś dzień wypłaty w naszej firmie, który
zazwyczaj przypomina dzień egzekucji. Zwłaszcza dla ulubieńców Wielkich wodzów
do których bez kokieterii mogę zaliczyć siebie. Za 2 tygodnie odchodzę, więc jak
wiadomo nie trzeba mi płacić pełnej pensji. Ale to wiedziałam już dawno, wiec
nawet nie powinnam się  wpieniać, a
jednak… No zobaczymy, na miłe zaskoczenie daje sobie tak 10% szans.

Abstrahując od
różnych machlojek, o których jednak nie powinnam pisać miastu i światu,
oficjalny system płac wygląda w naszej firmie następująco: Jest kwartalny. Na
wstępie ustala się jakaś średnią miesięczną wypłatę. A potem 2 razy dostaje się
90% tej sumy, a raz 120%. W pierwszych 2 miesiącach ta średnia płaca może być podwyższona
lub obniżona o 15% a w ostatnim o 45%. Czyli na wakacje nie opłaca się jeździć
w marcu, czerwcu, wrześniu i grudniu. Chorować nie opłaca się nigdy, bo mogą,
ale nie muszą zapłacić całości. Do tego przy podpisywaniu umowy wartość stała
jest na jakąś śmieszną sumą a ruchoma to reszta. W ten sposób przy odejściu
większość ma szanse tylko na tę stałą część, bo o ustalonej średniej
miesięcznej wypłacie jakoś się często zapomina. Do tego ja jestem
niekwestionowaną ulubienicą bogów. Bo… 1. jestem kobietą – co w zasadzie samo
o sobie jest obelgą  2. cytuje (co chyba
miało być obraźliwe): „jestem zbyt inteligentna jak na kobietę” – czym pewnie
deprymuje ich niekwestionowaną dotąd boskość 3. śmiałam samodzielnie podjąć
decyzję o odejściu a nie czekać aż kaprys boga, który preferuje mężczyzn,
zmiecie mnie z powierzchni małego, firmowego globu. Teraz czekam, aż wybije
dzwon.
To tyle o pracy z
pracy.

Prywatnie:
Sielanka trwa (Dzień 13 – piątek!). Wczoraj Pan Boski spędził CAŁY WIECZÓR z
moją koleżanka (i ze mną, ale to nieistotne). 
I sam zaproponował, że z nami pójdzie!
Koleżanka jest
piękną, wysoką, kształtną, długowłosą blondynką do tego ma w głowie poukładane,
wykształcenie wyższe techniczne. Szafa i warunki doskonałe. Ja też nie ułomek,
ale nie powalam. Chuda brunetka w okularach…od razu można sobie wyobrazić.
No, nie straszę, ale zdecydowanie nie rzucam na kolana (albo inaczej, może bym
i mogła, ale musiałabym się trochę postarać, a jestem zbyt leniwa:).
No więc wczoraj
jakoś tak naturalnie ;)) wpadłam na pomysł, że mogły byśmy wspólnie z koleżanką
otworzyć dom uciech (z myślą, że takie inne – więc dla każdego coś dobrego) .

A ona natychmiast
wypaliła: „To Ty byś się starała o finanse a ja o gości.”

Obydwoje z Panem
Boskim położyliśmy się na stół ze śmiechu. Oczywiście pięć godzin tłumaczyła,
że chciała powiedzieć coś innego… dobra, dobra:) Ale ma racje. To ja już
lepiej te finanse. Zawsze wiedziałam, że to dobrze, że pracowałam w radiu nie w
telewizji, bo by musieli puszczać napis: „proszę nie regulować odbiornika, ta
Pani naprawdę tak wygląda”. Od razu mi się humor poprawił jak to napisałam 🙂

P.S.
Szefik z
handlowego znalazł mi rękawiczki, te za 25 CZK, były u niego w aucie. Mówiłam,
że zła passa przełamana!

RĘKAWICZKI

Ostatnimi czasy
gubię rękawiczki, dosyć namiętnie. Zaczęło się od przesympatycznych rękawiczek
od AW w Hiszpanii, na szczęście na samym końcu, bo bym uświerkła. No więc w
grudniu rękawiczki Agnieszki. Zaraz po przyjeździe, z przejęcia, że poznałam Tajemniczą
Panią zgubiłam jedną historyczna windstoperową rękawiczkę, która bardzo
kochałam, ale i tak już była leciwa. Wtedy postanowiłam obniżyć koszty zakupów,
bo jednak tamte były kosztowniejsze. W sklepiku obok pracy znalazłam rękawiczki
po rozsądniejszej cenie. Zakupiłam te droższe za 25 CZK (cieplejsze), licząc na
to, że może z miesiąc przeżyją. Tak się nie stało. Ciućka je papła. Teraz
chodzę w rękawiczkach, które za 19 CZK (2,4 PLN?) zakupiłam dla Pana Boskiego
(trochę cieńsze).

I już bym je
dzisiaj znowu zgubiła, ale na szczęście uświadomiłam sobie gdzie mogą być i
wróciłam w podskokach a one już na mnie czekały. Ha.. może to dobry znak i na
przykład przestanę je gubić? (Tak często:) Rozumiem, że 2,5 PLN to nie jest
przytłaczająca suma, ale i tak rozważałam możliwość przytwierdzenia do
rękawiczek sznurka – takiego jak mają dzieci, bo 3 pary w ciągu miesiąca to
jednak przesada, choć wierzę, że to objaw szczęścia niezmiernego, które ma
nastąpić po rękawiczkowym kryzysie.

W pewnym sensie
znajduje to potwierdzenie w wydarzeniach aktualnych. Otóż. Dostałam z Sevilli
„acceptation letter” na którym nawet łaskawie napisali moje imię i nazwisko.
Ale nie datę, kiedy mam przyjechać. Bo oni daty nie mogą … ale Uniwersytet
Karola bez daty nie może. Paragraf 22. Więc im napisałam DRUKOWANYMI, że ja jeszcze proszę tę datę. Więc
oni mi napisali, że mi daty nie napiszą, bo nie wiedzą kiedy będę a taki
Erazmus to potencjalnie lata tam i z powrotem i „się nie wie” . Nie licząc na
duże szanse na sukces udałam się do koordynatora na Uniwersytecie Karola czy
może jednak zechciałby pobrać ten list w takiej formie w jakiej go przysłali…
spodziewając się, że jeśli nie pocałuję klamki to przynajmniej wyrzuci mnie za
drzwi. A on go … przyjął. Jednocześnie okazało się, że wystawi mi jakieś
papierki, które mam zanieść do dziekana (czego się nie spodziewałam), potem
znów przynieść do niego z czerwoną pieczątką (CZERWONĄ) a potem już mogę pobiec
do rektoratu jojkać o stypendium. Dostanę 1920 EUR na 6 miesięcy. Ciekawa
jestem czy umrę z głodu, a właściwie czy wystarczy choć na czynsz, ale Pan
Boski vel Gołąb (12 dzień!!!) twierdzi, że kasą mam się nie przejmować. I że
kupi mi w Sevilli grzejnik!!! Także jeśli nie zawiedzie Pani z dziekanatu, Pan
koordynator nie zachoruje, w rektoracie zaakceptują dokumenty jest szansa, że
zdążę skompletować wszystkie dokumenty na stypendium jeszcze przed odjazdem. To
by było fajnie..(Pan B się pyta czy na uniwersytecie nie używają faksów?…
Głupie pytanie?! Po co? Mają studentów!). No nadmienię, że mam 2 tygodnie,
dziekanat, koordynatora, rektorat a do tego wyjazd do Polski + nieomal na 4 dni
robocze na Węgry. Hop siup zwariowałam. Do tego muszę załatwić ubezpieczenie,
skopiować potwierdzenie, że płaciłam podatki itp., znaleźć nie wiem gdzie milion
biurokratycznych papierków które muszę ze sobą wziąć. Kupić sobie okulary i tu
już pikuś… spakować się. Uff. Zawsze wszystko na ostatnią chwilę, ale ja mam
chyba taki system. Kciuki tudzież inne elementy w zależności od kraju proszę
trzymać, żeby się udało.

Książkę
skończyłam. Romantycznie… jak ja to lubię:)

Nie mam nic przeciwko zakładom dotyczącym gołębiowania z Panem Boskim. Może
jest naprawdę chory? Albo ukrywa kochankę w piwnicy (nie mamy). Hmmm

BOJKOT

Postanowiłam
zbojkotować moje miejsce pracy. Powiedziałam, że komputer, który tam stoi po
Diable jest za wolny a ja nie mogę na takim żółwiu pracować i poczekam na
technika aż przeniesie mój od prawników. Tak naprawdę nie chce mi się oglądać
tego Misia – Patysia, który robi za mojego szefika. Liczę na to, że do powrotu technika mi przejdzie. Przed ponad
rokiem przynieśli mi gościa w teczce – znajomy z klasy właściciela.
Sympatyczny, ale zero pojęcia na czym polega praca u nas. Wczoraj w drodze z
Budapesztu inny szefik twierdził (choć jest prawdą, że on rzeczy widzi po
swojemu), że jak mnie nie było mój Szefik nastawiał wodzów przeciwko mnie, że
niby trudno nawiązać współpracę z moimi partnerami, bo ja wszystko zawsze
załatwiałam sama i wszystko jest oparte na osobistych kontaktach a on nie ma
informacji. K.. a na jakich kontaktach chce opierać współprace??? Ja tych ludzi
znam 5 lat, on przez te 1,5 roku nie spróbował ich poznać to czego się
spodziewa? Mamy w firmie świetny system zarządzania wewnętrznego, po dwóch
latach w dziale Rozwoju (informatycznym + ja) nauczyłam się wkładać tam
najdrobniejsze informacje. Wiec jakby chłopak chciał to wiedziałby wszystko. A
że niektóre informacje wkładam w tajemniczym języku brytów? Może wydaje mu się,
że miałam całe lata tłumaczyć korespondencje na czeski?? Wiem, że to tylko taka
wojna obronna, nie ma pomysłu jak ugryźć prace, której po 1,5 roku nadal nie
opanował to zwala na mnie. Ale co niby powinnam zrobić? Nie pracować? Mówić
Wielkim wodzom jak się nazywają psy, żony, kochanki, dzieci kontrahentów?
Przecież moja praca polega na tym, żeby to wiedzieć!!! Właściwie to nie wiem
czemu mnie to denerwuje, skoro i tak odchodzę? Chyba najbardziej dlatego, że
nauczyłam go wszystkiego co umie, bo jedyne co miał to dobre plecy, do tego
uważam go za sympatycznego a tu taka wpadka. Dysonans poznawczy się to nazywa.
No wygadałam się, już mi lepiej.

Właśnie
przyleciał, że nie działa podłączenie do internetu w Budapeszcie a on nie
rozumie jak coś jest techniczne i żebym to jakoś załatwiła. Ha ha ha. Ja jestem
informatykiem jak wiadomo! A potem powie, że nie wiadomo dlaczego ja to
załatwiałam, mógłby się gość walnąć w czajnik.
I jeszcze ktoś
nam chce sprzedawać dane z giełdy w Budapeszcie. Też niby ja miałam to
załatwić. I również gościa straszy. Teraz ma się tym zajmować ktoś inny, a że
nie umie? Sorry, nie od razu Rzym zbudowano… ja się tez z rok uczyłam. Żeby
coś załatwić trzeba te osobiste kontakty niestety! Czasy wieloczynnościowego
robota kuchennego odchodzą do przeszłości Mój Drogi. Musisz spojrzeć prawdzie w
oczy – nauka matką postępu!

W Budapeszcie
było sympatycznie. 2 Telewizje, 16 czy więcej dziennikarzy, więc nie wyglądało
to źle. Groziło katastrofą, bo Diabeł był pierwszy raz w życiu na konferencji
jako prelegent i nie miał prezentacji w komputerze. Liczył na to, że ściągnie z
firmowej sieci, a informatyk jakby zawiódł, ale udało się ją dosłać mailem
jeszcze przed początkiem imprezy. Ubawiłam się jak norka. Diabła nie winię, bo
był zestresowany i pierwszy raz, ale Szefik powinien to przewidzieć, ale wolał
zwalić odpowiedzialność na Diabła. Jemu się wydaje, że doświadczenie wyssawa
się z mlekiem matki. Nie wyssawa. On nie wyssał, to pewne.
Podróż też była
spokojna. Szefik z handlowego nawet nie próbował nas zabić szybkością, więc się
nie skarżę. Bo u nas w firmie lata się samochodzikiem i to najlepiej prywatnym,
co chyba zapomniałam jakoś wyraźnie stwierdzić.

W domu byłam o
20, czyli ok. Ale…no właśnie. Dostałam od AW książkę na urodziny."Niania w
Londynie". Żadne arcydzieło literatury, ale czyta się doskonale. Przykleiłam się
tak dokładnie, że potrzebowałam dużej siły woli i argumentów rozumu, żeby
odlepić się o 1 a.m.. Zostało mi z 50 stron. Oczekuję szczęśliwego
zakończenia… ale nie wiem czy nie zrezygnować z obiadu, żeby przeczytać
wcześniej:)))

Pan Boski nadal
ma humorek więc gołębie trwają. 11 dni!!! A łyżka na to: nie możliwe!

LATAWICA

Zanim o lataniu, chciałabym spóźnienie, ale szczerze pogratulować Młodszej z okazji Jubileuszu Ćwierćwiecza. Lulu, nie płacz, wbrew powszechnym oczekiwanim ludzie po 30 też ludzie, więc z obstalowaniem trumienki masz jeszcze czas! Wszystkiego Najlepszego!

Dzisiaj i jutro Budapeszcik. Jutro otwieramy “centrum kontaktowe”, bo nie oddział!!! na to jest potrzebna licencja! Ma być konferencja prasowa, telewizja się nawet zapowiedziała. Ale generalnie dziennikarzy mało, będzie śmiesznie jak przyjdzie na przykład 10 sztuk a nas bedzie 5 :)))).
Gołębie ciagle kontratakują, choć wczoraj Pan Boski nie pozwolił mi wziąć swojej walizeczki na kółkach, bo…nie chciałam wyprostować przekrzywionego rządka teczek i zeszytów. Przyznaje, nie chciałam z głupoty. A konkretnie z jego głupoty, bo nie rozumiem problemu, więc może jednak mojej?? No w każdym razie obraził się i kazał się przepakować do swojego, co uczyniłam bez słowa. A rano jak się kąpałam ładnie mnie przepakował do walizeczki, przyjęłam również bez słowa.
W sobotę była Praska impreza urodzinowa Pani AW i moja. Już drugi raz razem, tym razem u niej. Mieszkamy tak blisko, że wędrowal stół, krzesła talerze itp. Było bardzo fajnie, choć zabrakło paru osób. Z tego co wiem wszystkie było chore 😦 Niesprawiedliwość losu! Oni fajni i było fajnie. Szkoda. Musze pochwalić Pana Boskiego bo nawet się zachowywał jak człowiek. Napiszę wiecej! rozmawiał z MOJĄ koleżanką do 8:30 rano a to już wyczyn najwyższej klasy!!! Czyżby zaczynał się przyzwyczajać?

GOŁĘBIE

Dla zainteresowanych, ze szczególnym uwzględnieniem zmartwianych sytuacją, informacja prasowa 
(przygotowuje się do konferencji w Budapeszcie, więc też mam objaw(y) choroby zawodowej):

„Dnia 1.1
zamieniliśmy się z Panem Boskim w gołębie. Objawy trwają”

Miłość taka, że aż się oczom wierzyć nie chce. Powalona jestem. Chyba uwierzę.
A to go miałam w sobotę rzucać nieodwracalnie. Chyba cynk dostał od kogoś,
bo już dawno nie widziałam takiego kryzysu zasad! Od poniedziałku nie mył podłogi w kuchni!!!
No... przetarł wczoraj rano, ale bez gadania.
Muszę uwiecznić ten stan czarną kredą na kominie, bo już tak długo trwa,
że pewnie się niedługo skończy.
No dobra ustosunkował się parę razy negatywnie co do naszych zdolności prowadzenia domu,
ale tak jakoś przyjaźnie, że nieomal nie zauważyłam (co oczywiście promieniuje...
przekształcając sięw niemożność zakupienia mieszkania, ale to drobnostka).

Więc, żeby nie było, że tylko na niego narzekam!!!:) Żadnych problemów nie zanotowano! 5 dni!!!

(NIE?)SFRUSTROWANI W SŁUSZNEJ SPRAWIE


Zacznę
od cytatu:

Czy
ten kompromitujący artykuł jest konsekwencją braku pomysłu na artykuł? Czy
raczej próbą poszukiwania rozgłosu przez rozpowszechnianie absurdalnych
poglądów? A może był potrzebny, aby pomóc w realizacji interesów kogoś, komu działalność
organizacji XXX jest nie na rękę?”

Kto to
mógł napisać? No, tak na pierwszy rzut oka? Dlaczego? I do kogo?

Do
kogo
odpowiem
szybciutko: do p. Jana Winickiego – stałego współpracownika WPROST. Biorąc pod
uwagę nakład i prestiż tygodnika osoby, która ewidentnie musi szukać taniego
rozgłosu. I jest znana z nieposiadania poglądów, dlatego pewnie go zatrudnili.

Dlaczego? Odważył się jednak mieć własne
zdanie .

No więc
jeszcze pytanie, kto? Bingo! Osoby jak widać już na pierwszy rzut oka
pozbawione kompleksów i przekonanych co do racji swych przeświadczeń oraz
sposobu wprowadzania w życie wyznawanych idei. A więc kto? Moja
ulubiona grupa zawodowa! Pracownicy NGO*

Czytając
artykuł zastanawiałam się nad wielkodusznością WPROST, które wydrukowało stek
obelg pod adresem p. Winieckiego. Zrozumiałam po odwróceniu strony i
przeczytaniu odpowiedzi „winowajcy”. Ten kulturalnie, ale dosadnie ustosunkował
się do półprawd i osobistych wycieczek przedstawicieli zbawców świata. W tym
wypadku; Greenpeace, Amnesty International i WWF.

Nie
umiałabym tego ująć tak zgrabnie jak autor odpowiedzi, więc powtórzę za nim: „miałki dysputant z braku
argumentów ad rem stosuje argumenty ad personam.” Jak ja to
dobrze znam …

Dlaczego
ten temat mnie tak męczy? Bo nie lubię zbawiania świata gwałtem i manipulacja.
Nie cierpię wtrącania się w sprawy innych kultur i nawracanie na jedyną słuszną
– naszą. Nawet jeśli z punktu widzenia Europejczyka jest lepsza. I do tego mam
odwagę o tym mówić i dostawać po uszach.
A
najbardziej martwi mnie to, że statutowo w/w i wiele innych NGO zajmuje się na
prawdę poważnymi i wartymi uwagi problemami.
Niestety
każdy kolejny artykuł, raporcik, ulotka, które przeczytam utwierdzają mnie w
przekonaniu, że niestety wielu (bo nie ma co generalizować i krzywdzić tych
którzy tacy nie są) z pracowników tych organizacji to osoby zacietrzewione i
sfrustrowane a przede wszystkim absolutnie zamknięte na poglądy innych. Gdyby
więcej działali a mniej piali z zachwytu nad własną działalnością oddałabym
konia z rzędem.
Ale
jakoś dziwnym trafem często widzą i słyszą tylko to co im się opłaca, albo co
będzie dobrym powodem do ataku. I znowu cytat, tym razem sowieckiego pułkownika
po olimpiadzie w 52’ (za Winieckim): „Obiektywnie prawdziwe jest to, co zgodne
z interesami ZSRR” – to historia na szczęście, teraz mamy obiektywne i jedynie
słuszne prawdy NGO.

Jak ostatnio
próbowałam polemizować na temat praw człowieka do własnej kultury to
dowiedziałam się, że jestem ignorantem… tu już cytat z prywatnej
korespondencji: ”pracujesz w ekonomii, ale przeciez swietnie znasz się na
prawach człowieka
(tego nie twierdziłam, tylko miałam zdanie, prip. autora),
nigdy nie bylas w kraju
postkonflikotowym (tu bym się nie zgodziła,
koleżanka ma słabą pamięć, prip. autiora) ale dokladnie wiesz jak tu jest,
co do krajow odmiennych kulturowo to nigdy nie bylas dalej niż w turstycznej
Tunezji
(i znów mnie nie docenia… bo trochę jakby widziałam i to na paru
kontynentach, ale pasowało i ad personam:)) ale znasz na wylot problem
roznic kulturowych
(tego nie twierdziłam, tylko miałam zdanie, prip.
autora). No i ocziwiscie majac taki bagaż wiedzy MUSISZ się wypowiedziec. W
zasadnie nie ma w tym nic zlego – swiat pelen jest ignorantow mówiących o tym
na czym się zupełnie nie znaja.”
I dużo więcej i dosadniej…

Czy to
przypadkiem nie podobne do wypowiedzi z pierwszego cytatu? A też NGO, choroba zawodowa?
Taaa, jestem
ignorantem. Cieszę się, że w dobrym towarzystwie!

Na list właściwie
nie odpowiedziałam, bo tym razem za Słonimskim „napisze Ci taki jakieś brednie
czy łgarstwa w jednym akapicie, a ja to muszę potem prostować na sześciu
stronach”

A Winicki zyskał
fana:) Chylę czoło, ja tylko rozmawiałam z koleżanką, on odważył się
wypowiedzieć publicznie! Grabiami go! 😉
____________________
*NGO –
non-governmental organizations (organizacje pozarządowe)– ten skrót musisz znać
rozmawiając z członkiem, bo uznałby Cię za debila.

Jeśli
ktoś ma archiwum to polecam WPROST nr 45, 13.XI.05 str. 60-62

SŁONECZKO

Nie
było go dzisiaj za oknem, ale w środku dużo. W pracy byli wszyscy jacyś mili, Pan
Boski na obiedzie; Koleżanki z Pragi, jakoś ciągle były w okolicy; kolega z
klasy napisał miły list; Pani "może – Wymyślona", choć zachorobowana biedulka, miała dobry humor
(jak zwykle), choć dużo pracy!

Świat
oszalał, albo cisza przed burzą? Napiszę sprawozdanie jak się wyjaśni.

PS
ooo już marudził
Pan Boski, że nie może na mnie 14 minut poczekać. Liczył pewnie, że się katapultuje z
pracy nie wyłączając komputera, więc stawiam na ciszę.
Dlaczego ja nie umiem robić
takich fajnych ankiet jak oholismic? Sio Lulu! Uczyć się!:)

LEW i GAZELA

Jedno afrykańskie
przysłowie mówi:

„Każdego ranka w Afryce
budzi się lew. Wie, że musi biec szybciej niż gazela, aby zdołać ją chwycić, bo
jeśli nie uda mu się ta sztuka, umrze z głodu. Każdego ranka w Afryce budzi się
gazela. Wie, że musi biec szybciej niż lew, bo straci życie.
Każdego dnia otwierając oczy
nie pytaj się czy jesteś lwem czy gazelą, ale biegnij, tak szybko
jak potrafisz.”

Nigdy nie trać nadziei,
cokolwiek dzieje się wokół ciebie. Działaj!

Příběhy pro potěchu duše“ BRUNO FERRERO

Miłego dnia:) A.

KAMPANIA

Jak bym
miała krótko napisać co od lat robię w pracy stwierdziłabym, że spełniam
życzenia wodzów oraz mniejsze marzenia własne lub okolicy. System działa
następująco: jakieś tam władze wyższe wpadają na ten czy ów genialny pomysł, a
ja mam sprawdzić czy się da, a jak się da to za ile. Jak to już moja sprawa.
Jak się zdecydują to to coś załatwiam. W wolnych chwilach wprowadzam w życie to
co sama uważam za sensowne dla firmy + utrzymują kontakty z kontrahentami, co
czasem bardzo pomaga jak przyjdzie kryzysik:). W związku z tym, że jestem „ni
przypiął ni przyłatał”  w swojej ha ha
„karierze” w szanownej firmie przeleciałam już przez działy: Marketingu (a
właściwie asystentkę Dyrektora Generalnego, czytaj męża szefowej działu M),
Rozwoju (który nazywał się tak ze względu na mnie, po poza mną zawsze byli tam
tylko informatycy) no a teraz dział Zagraniczny.
W
między czasie siedziałam w 5 różnych pokojach na ok. 14 możliwych, licząc z
sekretariatem itp. … aktualnie w Dziale Prawnym :)))).

Będąc:
w
Marketingu zajmowałam się głównie -> tłumaczeniami i rozwojem,
w Rozwoju -> negocjowaniem umów i prawem,
w
Zagranicznym -> umowami i marketingiem.

No a
niedawno byłam 3 miesiące w Hiszpanii, no i odchodzę, więc przed odjazdem
rozdzieliłam pracę między krewnych i znajomych królika, czyli miedzy wszystkich
i nikogo. Bo nikt się nie chce przyznać do umów w barbarzyńskich, dla Czechów,
językach ani zajmować czynnościami detektywistycznymi, które zawsze miałam na
porządku dziennym, jak odkręcałam dobre pomysły i nieumyślne wpadki tych czy
owych. Słabe to jest bardzo, że już niedługo porzucę pracę i pojadę w nieznane
a co gorsze w bardzo nieznane powrócę. Bo niby do Pragi… ale jakoś tak
dziwnie będzie być bez pracy, w każdym razie tuż po powrocie. Zwłaszcza jak jest
się radosnym pracoholikiem:)

No ale
z firmy już trzeba się było ewakuować. Za feministkę się nie uważam, ale tutaj
jednak panują pół-arabskie układy jeśli chodzi o podejście do kobiet, więc
trzeba było znaleźć sensowny powód żeby odejść. Nauka hiszpańskiego i
stypendium wydawały mi się dostatecznie sensowne:)

Ostatni
miesiąc pracy (po 5 latach, sic!) zaczynam ciekawie. Właśnie oddałam propozycję
rozwiązania Kampanii Reklamowej na najbliższe pół roku w północnym kraju. Na
przygotowanie miałam całe 2,5 dnia (pewnie to nowość, że jest potrzebna strategia:) a nad głową bat w postaci sumy, którą
wodzowie dali mi do wykorzystania a z drugiej strony dobre chęci kolegów,
którzy chcieli wprowadzić jakieś ciekawe elementy w marketingu w swoim kraju.

Wiekopomne
dzieło oddałam dyrektorowi działu handlowego, który mnie sobie na te 2,5 dnia
wypożyczył, a zaraz muszę zacząć czytać 
pasjonujące wytwory wyobraźni polskich ustawodawców… w końcu jestem
z działu Zagranicznego ;)), więc muszę wymyślić dopuszczalne konstrukcje
prawne na polskim rynku. A aktualnie już nawet siedzę w dziale prawnym, to
takie zadanie jest pestką!!! Za tydzień przesiądę się do działu Rozwoju i
będę tworzyć strategię wejścia na rynek niemiecki (akurat niemieckiego nie
znam, ale cudowna stronka http://babelfish.altavista.com/ pozwala mi nie robić
z tego problemu:). Już nawet zarys mam, Wielki Szef był zachwycony. Ale to mało,
muszę uzupełnić, w końcu ktoś to będzie musiał załatwiać… będzie zabawa, życzę szczęsliwcowi dużo szczęścia:)

Strasznie
lubię swoją pracę (tu z wyłączeniem niektórych elementów firmowego krajobrazu
pojawiających się w dwutygodniowych interwałach), ale czasem jestem tak
zamotana, że – tak jak dzisiaj – nie mam pojęcia jaki dzień tygodnia właśnie
mamy…ale przyznaję, że to może być dlatego, że ciągle jestem trochę chora a
może nawet mam gorączkę, bo tak mi dziwnie :)))

Myślę,
że samo pisanie w pracy o pracy jest objawem umiarkowanej poczytalności
umysłowej. Z tym, ze ja i tak aktualnie nie myślę, więc nie będę zbytnio
roztrząsać.

Muszę
czytać te ustawy brrrrr

SYLWESTER

Szczyt spokoju. Kuzyn i ja :). Przystroilimy sobie duży pokój, zrobiliśmy jakieś jedzonko i czekaliśmy z „szampanem” w ręku aż wybije 24:00.  Pan Boski spędzał ten miły wieczór wraz ze znajomymi w Dreźnie.
Dobrze, że nie chciałam jechać, bo w nocy miałam goraczkę i takie-tam, więc decyzja była słuszna. Było spokojnie i sympatycznie, zwłaszcza, że z kuzynem widzimy się raz na ruski rok.
Wczoraj wieczorem uczta dla oczu „Želary”. Przepiękny film o wojnie bez wojny, jak to w Czechach bywa. W 2003 nominowany do Oscara. Rezyseria Ondřej Trojan, w rolach głównych grają Czeszka -Aňa Geislerová i Węgier – György Cserhalmi. Kuzynowi najpierw opowiedziałam o czym mniej – więcej bedzie film a potem chwilami tłumaczyłam jak już widziałam, że zupełnie nie wie, która bije. W końcowym efekcie jemu też się podobał. A nawet Panu Boskiemu i to już drugi raz (byliśmy w kinie). Pewnie nawet nie pojawił się w polskich kinach, ale może będzie w jakiejś wideotece. Na prawdę świetny. Czesi mają dobrą kinematografię, ale ten film jest na światowym poziomie!.
A przed filmem przeczytałam jeden fajny artukuł w jakimś starym "Wprost", które przywiozłam od Siostry. Tak fajny, że dziś nie napiszę ani słowa więcej, ale wkótce wiele. Na prawdę warto… hi hi:)