Ostatni wpis w tym roku, 2005. Data, którą muszę zapamiętać.
2 kwietnia o 21:37 umarł Papież.
Byłam zaskoczona jak wielkie wrażenie wywarła na mnie ta śmierć. Był papieżem całe moje świadome życie. Całe lata w Pradze przechodziłam koło Jego zdjęcia za szybą dużego dziennika i codziennie go pozdrawiałam i życzyłam zdrowia. Tak sobie rozmawialiśmy w myślach. Jak już było bardzo źle chciałam tylko żeby był szczęśliwy, gdziekolwiek.
Dziwne to, bo właściwie nie chodzę do kościoła, mam jakąś swoją wiarę, ale swoją prywatną, bo nie wszystko w instytucji Kościoła potrafię zaakceptować. Ale jak umarł nie umiałam się pozbierać. Nie tylko ja, znajazłam wtedy powierniczkę duszy, która czuła podobnie. Pewnie wiele osób czuło podobnie.
Wiem, że teraz jest mu lepiej, wypełnił misję do końca, więc uśmiecham się z dołu, tam do góry, że mnie tak ładnie potrafił zmanipulować, a to nie za łatwe. Do tego pozytywnie zmanipulować. Chciałabym być lepsza, żeby też miał powody do uśmiechu. Chciałabym wiedzieć więcej i być lepszym człowiekiem.
Category: PRAHA
POSTANOWIENIA NOWOROCZNE
Pisałam, że nie bedzie!
Sywestra spedzę z kuzynem, który mam nadzieję dotoczy się z Częstochowy przez zawieje i zamiecie (nawet w czeskiej telewizji mówią jaki to kataklizm w Polsce a to już jest coś!). Pisał, że się toczy. Będę (a nawet my) oczekiwać.
Pan Boski pojedzie do Drezna. Wykazywał oznaki zainteresowania zostaniem, ale nie chce potem słuchać jak to musiał „dla mnie”, więc niech jedzie… Wczoraj nawet sobie postanowiłam, że skończę z tym zgubym nałogiem, ale dziś jest milutki jak kotek i pewnie znowu nici z postanowień. A powinnam, co tak się tyoczyć przez życie z sobą a bez siebie? Ale w sprawach uczyciowych to jestem szybka jak błyskawica, wiec po 17 latach się z nim rozwiodę.
Oczywiście nie wierzy mi, że jestem chora, bo jeszcze mi nie wskoczyły plamy rozkładu. Humor mi się nie pogasza wprost proporcjonalnie do temperatury ciała (jak jemu), więc mi nie wierzy. On ma dwa stany: umiera albo idzie w góry. Ja mam jeszcze przechodni. Jestem troche chora, ale jak zaniedbam to bedę bardzo. A ja teraz nie mam czasu na chorowanie. Do wyjazdu zostało mi jakieś 30 dni, ma to być przyjemnych 30 dni. Wieczorem ma być –20C a oni z pewnością zapragną explorować Drezno, które już widziałam, co w kombinacji z autobusem, pociagiem, tramwajem tam i z powrotem już by śmiercią kliniczną groziło. A może tylko sama sobie tak gadam, bo nie chce mi się jechać? – tak twierdzi Pan Boski. Może. Ale w zeszłym roku chorowałam po Zurichu 2 tygodnie, bo musieli zwiedzać jak szleni, w tym nie mam czasu na takie fanaberie.
Tak więc jeśli „gdzieś idziesz” to baw się dobrze, jeśli zostajesz to baw się dobrze. A ja też będę.
A w Nowym Roku…. żeby było zaskakująco lepiej:)
PIESIA NIE BĘDZIE
Na Sylwestra chyba zostanę sama. Jestem trochę chora, kaszle jakaś drobna
gorączka itp. Postanowiłam więc, że nie pojadę do Drezna (autobusem, potem
pociągiem itd. przez śniegi przez pola pędzi fasola brrr), ale zostanę sobie sama w domu w Pradze i będę się kurować.
Była
drobna szansa, że Tajemnicza Pani porzuci Pieska u mnie w domu na weekend. Pan
Boski zaoferował, że zostanie, ale przypomniał by mi z 200 razy, że był tak
wspaniały więc zadowolę się własnym towarzystwem. Poza tym na początku był w
tym zostawaniu stanowczy a teraz już czuję, że chętniej nie.
Ale Piesek…już
sobie w myślach wyobrażałam jak oglądamy telewizję na niebieskim, rozłożystym
fotelu. Ja przykryta kocem, a obok mnie wielki, prawie 2 kg Piesio przykryty
mniejszym kocykiem (lub stojący na nim) i gapimy się…, tudzież pożywiamy
jakimś przyjemnym, słonym jedzonkiem. Czy to nie piękny obrazek?
Ale
Piesio jednak pojedzie na wycieczkę. Rada starszych zadecydowała, że jak cała
rodzina to cała. Rozumiem. Piesio też nie musiałby piać z zachwytu, że go tak
bestialsko zostawili ze mną. Ale ja bym chyba sobie sama zdjęcia zrobiła 3 ręką
z zachwytu.
P.S.
Wieczorem
myślałam jak wygląda Piesio. I wiem. Jest wielkości przerośniętego chomika
pokrytego sierścią długowłosego kotka, którego ktoś umył, rozczesał i wysuszył. Boski!
ZBIERAM ZAMÓWIENIA NA ZDJECIA
Jak ktoś
chce zobaczyć Pieska ze mną to proszę o posłanie maila albo wpis. Poślę link. Nie
zainteresowanych nie będę męczyć moją powalającą urodą, bo Piesek jest
fajniasek:)
TAJEMNICZA PANI
Poznałam
wczoraj tajemniczą Panią. Pierwszy raz w życiu znałam kogoś tylko przez
Internet, a wczoraj udało mi się poznać Ją
osobiście. Okazało się, że już ją właściwie znam, tylko głos sobie wyobrażałam inaczej.
Myślałam, że ma niższy niż ma. Bo generalnie jest zdecydowana i opanowana i
świadoma. Czyli spokojniejsza niż ja. Taka jak ma być kobieta w naszym wieku:) (ale to brzmi).
No i dlatego tak sobie sprytnie wymyśliłam, że będzie miała niższy głos a ona
miała swój. Dosyć wysoki, ale ciepły.
Rozmawiałyśmy
tak jak ludzie, którzy znają się już długo. Co w pewnym sensie jest faktem. Tyle tylko,
że nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy. Po prostu wsiadłam do auta i pojechałam jakby
to była najnormalniejsza rzecz na świecie, tak podejść, powiedzieć „cześć to ja”
i …kontynuować rozmowę. Fajnie jak tak człowiek czuje, że "musi" natychmiast
wszystko opowiedzieć, jakby ten drugi po prostu żyć nie mógł bez znajomości
jakichś faktów, albo myśli szalonych. Baby co się lubią, tak rozmawiają (no ja z moimi babami tak właśnie rozmawiam). I uważam to za niezwykle przyjemne.
Na
koniec popisałam się wychowaniem i wyniosłam 10 dużych, ślicznych pierogów w
pudełku, które skonsumowałam NATYCHMIAST po przyjściu do domu jeszcze zimne. No
co?! ręce mi się trzęsły z radości po pierwszym próbnym, więc musiałam
wypróbować pozostałe. Okazało się, że zachowały standard, tylko, że mało ich
jakoś było :))))
Poza
całą rodzinka (najmłodsza latorośl już spała) poznałam jeszcze psa. Zupełnie
niewielkiego. Pies był przezabawny. Mały, z 3 razy mniejszy niż sobie
wyobrażałam i zwinny jak kotek. Taki chudziak malutki. Bardzo sympatyczny.
Nigdy nie byłam fanatykiem maciupkich piesków, ale jak widać bywają wyjatki. Nie da
się nie uśmiechać jak się na niego patrzy.
Właśnie
tak spędziłam wczorajszy wieczór. I jeśli Tajemnicza Pani nie będzie (zbytnio;)
protestować, zamierzam męczyć ją regularnie.
SIMPSONOVÁ
Pamiętam
odcinek Simpsonów, kiedy Bart zrobił jakaś
totalną głupotę i obawiał się, że jego zdjęcie pojawi się w następnym
wydaniu Brytaniki jako przykład tłumaczący pojęcie „debil”. Od czasu piątkowej
podróży mam wrażenie, że w nowej edycji pojawią się dwa zdjęcia. To drugie
moje.
Ci,
który mnie od tego czasu widzieli już wiedza. Więc pobawią się tylko Ci,
których w czasie Świąt i okolicy nie męczyłam. Otóż. Kupiłam sobie w czwartek
bilet do granicy a dodatkowo przezornie
miejscówkę od Ostrawy, bo w Czechach nie jest, za to w Polsce jest obowiązkowa.
Kosztuje 30 CZK w Czechach lub 18 PLN w Polsce.
Byłam z
siebie bardzo zadowolona w ten czwartek.
Po
przypendolinowaniu do Ostawy, poczekałam z 20 minut i nadjechał pociąg z
Wiednia. Razem z nierozłącznym plecakiem wielkim i malutkim (tym razem
zostawiłam średni) oraz ciężkim pudełkiem z 2 winami dla Pana C. udałam się na
poszukiwanie „mojego” wagonu z miejscówką. Szukałam, szukałam, szukałam aż
zdałam sobie sprawę, że mojego wagonu nie ma, bo pani mi sprzedała miejscówkę
na pociąg, który jedzie 5h później. W tym momencie automatycznie zamknęły się
drzwi mojego pociągu, a mnie z wrażenia wypadło z rąk pudełko z winami… tuż
obok kół (spadły jakieś półtora metra, albo dwa, bo ja duzia jestem). No nie! Jedyny prezent
dla Szwagra musiałam uratować!!! Przycisnęłam guzik, drzwi jeszcze się otwarły.
Szup na kolana i wyciągać to pudło ciężkie jak skurczykrowa… wymyśliłam
sobie, że taki szalony pociąg nie odjedzie z otwartymi drzwiami. Jakby jednak
pojechał to chyba by już reszta też prezentów nie dostała… co wytłumaczyli mi
drukowanymi znajomi na urodzinach.
Abstrahując
od tego, że wina zwykle nie przeżywają upadków z 1,5 metra. Te przeżyły, chyba
z szacunku dla mojej głupoty.
Ale to
połowa sukcesu, bo drzwi znów się zamknęły. Więc ja znów na guzik i pcham się na górę, ale te drzwi już się
bardzo chciały zamknąć. Więc zamknęły mi plecak a ja zostałam w środku tylko
dzięki uprzejmości i usiłowaniom Austryjaków, którzy zaparci nogami wciągnęli
mnie do środka. No… a potem już dojechałam bez problemów. Austryjacy stali
tak jeszcze bez ruchu z 5 minut, bo ich strach zamurował. Ja nie miałam czasu
się bać, bo musiałam zrobić wszystko szybko, zaczęłam się bać dopiero w domu
jak mi znajomi łopatologicznie wytłumaczyli, że pociągi czasem jednak jadą, jak
nie mają. No więc miałam więcej szczęścia niż rozumu. Wieczorem samodzielnie
przyznałam sobie nagrodę Darwina, za najbardziej pomysłowe sposoby
odejścia z tego świata. Na szczęście nie udane.
Twoja
Simpsonová
I JESZCZE JEDEN
cytuje kawałek:
"swietnie Cito ktos obmyslil – wszystko w przeciagu dwoch dni, dobrze ze nie przesuneli Nowego Roku na 25-go ;)"
Ona, ta młodsza siostra, też jest genialna :))
DOSTAŁAM LIST
I usmiałam się jak norka:) Uwielbiam takie listy:))) Przed tygodniem napisalam mu, że myślę nad prezentem (co chce), więc mi teraz odpisał, cytuje:
"to chyba na przyszle urodziny, no nie????
i co jaaaa mam ci kuuupiiiccccc????
no co?"
XXX
No i jak takiego nie kochac?:))) (to mój kolega z ławki z liceum napisał tak dla informacji:)
ŚMIESZNY DZIEŃ NA URODZINY
Tak, tak, to dzisiaj wskazówki zegara posuną się o ząbek do przodu. O 19 coś skończę 29 lat.
Powinnam chyba zmienić adres strony na bardziej odpowiedni … z soltera (panna) na solterona (stara panna). Na szczęście się nie da, ktoś to dobrze wymyslił.
Jakoże dzisiaj wszystkie moje życzenia muszą się spełniać (Ten na górze jest, mam nadzieję, tego świadom :), życzę wszystkim żeby:
– byli zdrowi
– mieli dużo powodów do radości
– żeby na ich drodze stawali tylko ludzie warci ich uwagi
– byli szczęśliwi, w zrozumieniu, które osobiście uważają za najbardziej stosowne:)
no i żeby i mnie kapło coś z tych życzeń:) (samolub – jak zwykle, ale z tego się z wiekiem nie wyrasta, jak zaobserwowałam u siebie i w okolicy:).
Dziś wieczorem moje Polskie Misie przyjdą jak zwykle nie zaproszone, choć z całego serca witane na moje urodziny w domu Rodziców. Jak zwykle będzie coca-cola i mandarynki (napiszę jeszcze Mamie na wszelki wypadek:). Wszyscy już się przyzwyczaili do mojego wykwintnego menu, także grzechem byłoby coś zmieniać lub dopełniać :). [Tradition, tradition… tradition! (kto pamięta z jakiego filmu?)] Za to mandarynek jest tyle, że zawsze się nimi rzucamy. Lubie tych moich gości wszystkich, co zawsze przyjdą, choć wcale nie muszą.
Żeby ich spotkać popędzę, polecę dzisiaj Pendolinem przez całe Czechy (1 raz w życiu:), potem mam nadzieję przymknie połączenie z Wiednia i o 19:30 powinnam zostać odebrana przez Ojca.
Już się cieszę! Oby następnych 29 lat było przynajmniej tak udanych jak dotychczasowe. Były lepsze i gorsze momenty, wiadomo. Ale nie było źle! Z taką rodzinka i znajomymi … się nie da 🙂
P.S.
A jutro imieniny, których tradycyjnie nikt nie potraktuje poważnie i Wigilia, też piknie. Najem się pierogów tak, że pękne, tak właśnie zrobie! (jak co roku, żadne zaskoczenie:). A teraz jeszcze trochę popracuję…
UCZTA PRZY FILIŻANCE HERBATY
Całe wczoraj było zupełnie poplątane. Najpierw umówiłam się z Panem G. Ale miał mało czasu więc pojechałam z nim na drugi koniec Pragi, żeby czasu było trochę więcej. Wysadził mnie pod drzwiami najlepszej koleżanki to zadzwoniłam, że orbituje opodal. Zostałam (z radością) przekonana, żeby wejść i pograć w UNO. Po chwili zadzwonił Pan G., że jego spotkanie jest odwołane, więc może mnie odwiźć do domu. Zamiast do domu został wciagniety w wir bigosu, herbatek i UNO. Spadłam im na głowe i to jeszcze z nieznanym gościem a tam wszystko jakby na nas czekali. Jak za starych dobrych czasów, gdy nie trzeba było się umawiać z tygodniowym wyprzedzeniem 🙂
Potem Pan G. odwiózł mnie do domu, pooglądałam książki, które dostałam od koleżanki (Życiorysy Papieży i dłuuuugi życiorys Wojtyły, wiem, wiem to nie jest zupełnie normalne czytać takie książki, ale historia Kościoła, jak się człowiek troche zagłębi, jest ciekawsza niż powieści Chmielewskiej:).
Oglądałam sobie książki, potem jakieś stare odcinki Ally i było sympatycznie. Ok 21 przyszedł Pan Boski, zadowolony, bo dostał ładny prezent z jakiegoś Banku, którego jest klientem i miły, bo obwieścił, że będzie u nas spał jego kolega. Nawet sie ucieszyłam. Kolega jest genialnym fizykiem, jednym z najinteligentniejszych ludzi jakich znam. Pan Boski twierdzi, że generalnie jest małomówny. Także po tym jak poszedł spać po 23, gadaliśmy jeszcze do 2 nad ranem, a moglibyśmy i dłużej, ale musiałam jednak wstać do pracy. Strasznie dobrze mi się z nim rozmawiało.
Fizyk jest dobry i uczciwy poza tym, że genialny. Jego świat jest ciagle czarno biały – choć jak to czasem przymiotem geniuszy bywa jest tolerancyjny dla ułomności drugich. Widzi, ale nie mówi niczego co mogłoby kogoś zasmucić. On lubi ludzi z całym dobrodziejstwem inwentarza, z wadami, przywarami. Bo wie, że i on sam ma ich sporo. Jest chory, czasem tak bardzo, że nie można z nim komunikować, ale wczoraj miał dobry dzień. Miałam szczęście.
Powiedziałam mu chyba o połowie wesołych i smutnych rzeczy w moim życiu, a on ani słowem nie nalegał, abym powiedziała o słowo więcej, ale na każde rozważnie reagował. Nie wspomniał o swojej chorobie, choć wie, że ja wiem. Pewnie jakoś tam go boli. A ja nie chciałam go zranić. To taki ptaszek, nie chciałam, żeby rozmowa go bolała, żeby się zmuszał. Ja jestem durną, płaczliwą babą, ale jestem silna. On jest genialny, ale dlatego słabiutki duszą, choć silny umysłem. Taki prawdziwy człowiek. Choć złośliwy jak osa, jak ma dobry humor 🙂 Znam go już lata, lubię jak się przestawia na system „teraz bedę wymyślał głupoty, zobaczymy kto zauważy”. Mnie zazwyczaj zajmuje długo rozpoznanie, że z naukowej dysputy przechodzi w zabawę. Chyba, że widzę jego twarz jak zmienia „tryb” , wtedy wiem od pierwszej chwili. Jest powalająco wykształcony, dobry i przezabawny, jeśli ma siły. Wczoraj miał. Starałam się to wypić do dna. Mogłabym niespać wcale, ale nie chciałam go męczyć. Pan Boski dał mi prezent. Swojego przyjaciela, z którym myślę rzadko rozmawiają tak bardzo i tak o wszystkim jak my wczoraj. Szłam spać uśmiechnięta. Człowiek. Powalająco mądry a nie widzi niedostatków drugich, to nie jest takie częste. Dziś wstawało mi się trochę gorzej, ale po takiej uczcie było warto. Życzę mu, żeby jak najszybciej był zdrowy, albo choć zaleczony. Zasłuży sobie. Jest dobry, bez wysiłku, taki jest.