RELATYWNIE

Mam wrażenie, że z wiekiem się łagodnieje. Jak miałam 18 czy 20 lat wszystko wydawało mi się czarno – białe, dobre albo złe, rozwiązania były oczywiste. Nie było zbyt wiele miejsca na kompromis. Istniały tylko rozwiązania moralnie właściwe, albo nie (oczywiście zupełnie subiektywnie i egoistycznie jak to u bardzo młodych ludzi bywa). Teraz wszystko zaczyna nabierać kolorów. Każdą rzecz oglądam z uwzględnieniem uwarunkowań. Kiedyś taka zdrada to było coś absolutnie niedopuszczalnego. Teraz gdyby któryś/aś z moich znajomych przyznał/a się do kradzieży albo nawet zdrady nawet nie starałabym się jej oceniać. A jeśli oceniać to po bardzo wnikliwej analizie uwarunkowań. No bo co ja wiem? To co widać jest czasem tak dalekie od tego co ukryte. Czym jestem starsza, tym częściej chodzę za sobą i powtarzam „nie oceniaj, nie rozumiesz, nie masz prawa, zostaw”. Oczywiście nie zawsze wychodzi. Tylko czasem się uda, trudno pozbyć się złych nawyków.

Czasem tesknie za takim ostrym spojrzeniem nastolatki, za dziecięcą prawdziwością, bezwzględną (choć subiektywną) czystością działań i poglądów, ale już nie bezwzględnością sądów, bo do tego nie powinnam dawać sobie prawa, choć czasem daje…
Świat "teraz" jest jakby trochę rozmyty. Kiedyś był ostry jak brzytwa. Lepiej mi, w środku, teraz niż kiedyś, ale trochę żal ideałów. Tej świadomości, że idealny czarno – biały świat (ciekawe, że ciagle sądzę jest bardziej idealny niż ten kolorowy) istniał tylko w mojej wyobraźni. Bo świat jest kolorowy.
Nie, nikogo nie zdradziłam nawet w myślach, nie, nie znam nikogo, kto zdradził.
Tylko tak, dorastam przed urodzinami:)

ROZWIJĄCE CZYNNOŚCI

Dzisiaj wiekszość mojego dnia pracy poświęcę (am) na niezwykle rozwijającą czynność a mianowicie kopiowanie i wklejanie adresów, nazwisk i podobnych danych dotyczących osób, którym będę w tym roku posyłać świąteczne życzenia. Dlaczego? Ponieważ Wielki Szef postanowił wytworzyć swoją listę a w ten sposób zmienił format w jakim zapisywane są adresy. No i pięknie. Wielki Szef adresów ma 19, bo jest poniękąd niekontaktowy, a ja się właśnie kontaktami zajmuję więc kopiuje 45: imię, nazwisko, nazwa firmy, ulica, inne informacje, nazwa miasta, nazwa kraju, kto ma kartkę podpisać. Kto ma doświadczenie w kopiowaniu z wykorzystaniem Excela, ten pewnie podzieli mój entuzjazm. W normalnej firmie zapewne robiłaby to sekretarka. Ale u nas to robi Wielki Szef, szefowie działów… ja itd. No ja się nie skarże, specjalnie mnie ta praca nie przemęczy, tylko trochę czasu stracę, niepotrzebnie.

W ramach innych rozwijających czynności bawiłam się dzisiaj (właściwie od wczorajszego wieczora) w detektywa. Przed końcem radosnej działalności w firmie powinnam zakończyć parę drobnych projektów. W tym celu muszę się dowiedzieć na jakim są etapie, bo kto wie, może coś się przez 3 miesiące zmieniło. Wydawało by się, że pójdę, zapytam się, dowiem. Oj, nie nie! Tak łatwo nie będzie. Chodzę sobie pomiędzy działami i pytam się szefa danego działu, co o danej sprawie wie i on mi mówi. A nastepnie udaję się do kolejnego gościa a ten przedstawia mi swoją wersję wydarzeń, odmienną. W końcu dowiaduje się, że każdy z nich myslał, że sprawą zamuje się ten drugi/kolejny. W ten sposób zaplanowałam Panom jutrzejszą poranną naradę, bo poniekąd się chłopcy pogubili w drobiazgach. Już się nawet nabijaliśmy z moim starym szefem z działu Rozwoju, że jak mnie nie było to nie było problemów. Jestem to NAGLE są. Dwa dni a już parę ładnych trupów z szafy wyciagnełam! Sprytna dziewczyna, widzi! Zawsze mnie zastanawia, dlaczego im się wydaje, że da się dokończyć jakiś projekt bez koordynacji? + osoby odpowiedzialej za całość??? Moim zdaniem nie da. Każdy udaje, że nie wiedział, że ma coś robić. Wie oczywiście, ale po kiego ma się przyznawać, jak nie musi? Ale oni głęboko wierzą, że załatwi się samo. Ciekawe kiedy wpadną na to, że samo robi się nie za często.

Aaa, jeszcze mam poprawiać broszurkę na słowacki rynek, po słowacku napisaną, też piknie. Ale może literackie piękno chociaż docenię… bo z literówkami to bym się nie przeceniała, nawet po polsku.

W domu spokojnie. Wczoraj wróciłam o 22:30, Pan Boski już spał. Zobaczyłam jakiś głupi filmik wojenny (ten był wyjatkowo głupi, ale jakoś mnie przykleiło do telewizora). I poszłam spać. Dzisiaj spotkam się z kolejnymi koleżankami. Też bedzie fajnie. Świat jest radosny. To lubię:)

PIERWSZY DZIEŃ W PRACY

Przeżyliśmy drogę, (choć tak powolną odpawę na lotnisku widziałam pierwszy raz w życiu) i dotarliśmy do Pragi. To w piątek o 23:10.

W sobotę Pan Boski miał lekki kryzys osobowości związany, jak sądzę, z wieczorną Polska Wigilią. Zdołał wstać, dojść do miasta i kupić choinkę. Ale chodzace nieszczęście.
Ta (Wigilia) była bardzo fajna, nawet on to przyznał. Poznaliśmy sporo nowych sympatycznych ludzi, niektórych bardzo zagramanicznych (Francuz i Kolumbijczyk) i dostałam świetny prezent! (On również) Ja poduszke – Kota, ale bajerancką.

W niedziele Pan Boski… zachorował. Ciężko. Może nawet naprawdę. Ok. 17 zdołał wstać, nie udało się wsadzić choinki do stojaczka, więc wyruszył kupić nowy. Wsadził choinkę. Ubraliśmy ją, ale nieomal musiałam skończyć rozmawiać z koleżanka, bo trzeba było ją ubierać NATYCHMIAST. I to tyle. Potem już zupełnie się popsuł. Jak jest chory to skaranie boskie. Wtedy już wszystko robię źle. Także czekam do szcześliwego wyleczenia. Intensywnie czekam. Przed wyjazdem pochorowywał 3 miesiące, teraz mnie nie było to szalał (narty, sklipky, wyjazdy, imprezy itp) I najprawdopodobniej mu się baterie wyczepały. No, nawet wyglada na chorego… ale niestety zawsze ma słaby humor jak jest chory. Jak jest chory robię źle absolutnie wszystko. Więc trzymaj za mnie kciuki, brrr
No a w pracy, dostałam 2500 maili + jakieś 2200 spamów. Jest sympatycznie. Szkoda, że już niedługo. Szkoda i nie szkoda. Wiadomo. Decyzji nie podejmowałam ze dnia na dzień. Ale grupy szkoda, bo fajna.
No a na uniwersytet nie udało mi się dodzwonić, więc na razie nie powiedziałam nikomu, że ciągle nie mam potrzebnych diokumentów. A muszę powiedzieć szybko, bo bilety kupione na 28.1. Ale w Sevilli już Świeta.Mają czas. Fajnie:)