KIEDY TRACIMY NIEWINNOŚĆ

Jeden z hiszpańskich filmów,
które widziałam w Salamance, a który podobał mi się najbardziej nazywa się: „Lengua
de las mariposas” – „Język motyli”. Opowiada o małym, 8 letnim chłopcu, który
znalazł w swoim starym nauczycielu przyjaciela, przewodnika i wychowawcę. Ale
tak naprawdę ważniejsze jest tło bajkowej opowieści – wojna domowa w Hiszpanii
w latach 1936-39 – z pewnością najważniejsze wydarzenie w nowoczesnej historii tego
kraju (zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, żeby nie przynudzać:). Dużo
ważniejsze niż II Wojna Światowa.

Chłopczyk kocha swego
nauczyciela taką niewinną, chłopięcą miłością, ten jest jego obrońcą i mistrzem.
Małym Bogiem. Wie nawet to, że motyle mają język w kształcie trąbki. Profesora
lubią i szanują również rodzice chłopca. Jest ich dobrym znajomym i cenionym
wychowawcą dzeciaka.

Historia kończy się smutno. Mimo
całej tej bajkowej, ciepłej scenerii, żeby przeżyć, rodzina chłopca musi stanąć
po przeciwnej stronie i patrzeć jak
ulubionego Profesora wiozą na egzekucję, ze względu na poglądy polityczne. I
krzyczeć, że jest „czerwony” i „podły” itd…. W ostatniej scenie dzieciak biegnie za
ciężarówką w której wiozą „jego Profesora”, rzuca w niego kamieniami i krzyczy
„Dranie! Czerwoni! Świnie!”. Musi, chce, nie wie co robi? Chyba musi, żeby
podobny los nie spotkał jego ojca. Z resztą musi, bo kazała mu matka. Nie widać jakiegoś wewnętrznego
rozdarcia. W końcu chłopiec ma 8 lat a wybór Profesor vs. Ojciec to jednak wybór oczywisty.

Film, włącznie z tą ostatnią,
strasznie brutalną przecież sceną był niezwykle malowniczy, pogodny i dobry. I
mimo iż wiesz jak się skończy, naprawdę warto zobaczyć go na własne oczy. Czuło
się w nim klimat polskich „Marcowych migdałów” albo czeskich „Pelíšek”, gdzie
wszystko jest niby ok., ale w tle czuje się groźbę, jakąś nieuniknioną
tragedię, która musi nadejść, nie da się jej zatrzymać, odwrócić ani zmienić.
Można poczuć drżenie nadchodzącego małego końca świata…świata
pełnego niewinności i marzeń. Tego chłopca w 36’ w Hiszpanii, tych Czechów w 68’ w Pradze, tej młodzieży w 68’ w Polsce. Wszystkie filmy
gorąco polecam.

SZUKANIE (nie mylić z „šukáním“)

Chciałam poinformować, że
cierpię na chorobę zwaną SZUKANIE. Zabawa polega na tym, że jakaś niezwykle
istotna lub drogocenna rzecz np. dzisiaj klucze do mieszkania, a tydzień temu 1
szkło z okularów, które zapadło się pod… o tym za chwilę…, ginie w
niewyjaśnionych okolicznościach.

Ja wiem, że jej (tej rzeczy) nie
zgubiłam w mieście ani w szkole, ani nigdzie daleko, a ona wie, że ją muszę
znaleźć bo inaczej będę szukać aż do śmierci. Pan Boski powiedziałby, że to
kwestia mojego wrodzonego bałaganiarstwa, ale to nie prawda, bo bez okularów
jestem ślepa jak kura i niezwykle dokładnie pamiętam gdzie je położyłam (zwłaszcza, że z zasady kładę oba szkła razem połącząne takimi metalowymi obrączkami:). A
klucze też ZAWSZE daje na to samo miejsce, więc jeśli tak się nie stanie to
oznacza to tylko jakąś wiekopomną katastrofę, albo wyjątkową złośliwość rzeczy
martwych.
Proszę bardzo, wszystkich zainteresowanych zapraszam na inspekcje!
NIKT w mieszkanku nie ma takiego porządeczku jak ja, ponoć bałaganiarz
największy! Inspekcje można przeprowadzać kiedykolwiek, przypuszczam, że nawet
w środku nocy wypadłabym najlepiej. Ale już się tutaj nie będę tłumaczyć. W
każdym razie. Dziś mi zginęły klucze. Po przekopaniu całego domu, oczywiście,
znalazły się (mną) obok plecaka za łóżkiem (plecaczek „do szkoły” leży pod z braku
miejsca gdzie indziej i w nim powinny być klucze), a wpadnięte szkło spokojnie czekało aż je
wyciągne… z szalika do którego zechciało się i alleluja! zamotać i nic mu się
pupusiowi malutkiemu nie stało, na szczęście. Najlepsze jest to, że poszukiwane
rzeczy zazwyczaj leżą lub są schowane w bardzo podręcznych miejscach a czasem
nawet leżą na wysokości moich oczu i śmieją się do rozpuku. A ja szukam.
One się, te rzeczy, ze mną drażnią po prostu. Tak
jest, serio.
Dobrze, że choć się znajdują. Dzisiaj niezwykle cieszę się, ze znalezienia kluczy
na przykład, o czym tą skomplikowaną drogą informuję:) Kropka.

TRAFIŁ SWÓJ NA SWEGO

„Moja Amerykanka” ma problemy z
nauką hiszpańskiego. Jak większość przeciętnych Amerykanów zna tylko
angielski i jej mózg nie chce przyjąć do wiadomości, choć bardzo się stara, że
wyrazy się odmieniają, mają liczbę i rodzaj, a forma czasowników zależy od
osoby, liczby i rodzaju a to wszystko zmienia się w zależności od miliona powodów. A do tego większość
najczęściej używanych czasowników
odmienia się nieregularnie.
Wszystkie „r” aż
dźwięczą, „ll” wymawia się jak coś pomiędzy „j” i „dż”, a generanie
wyrazy brzmią inaczej niż powinny i do tego hiszpanie mówią o wiele za szybko.

Jest załamana, krótko mówiąc.
W Hiszpanii jest już co najmniej
7 tygodni, a w szkole nie potrafi skończyć 4-tego.

Z drugiej strony, sympatyczni
skądinąd wykładowcy, mówią w większości przypadków TYLKO po hiszpańsku, bo niby
dlaczego mieliby znać jakiś inny język, no i kółko się zamyka. Są jeszcze
zabawne przypadki nauczycieli, którzy mówią Spanglish – bo do English to
jeszcze daleko i jak to tylko możliwe powtarzają, że byli w USA.

W związku z tym, że jestem
również w pewnym stopniu antytalenciem językowym, postanowiłam pomóc amerykance,
przy okazji ćwicząc mój mizerny (ale jednak) hiszpański. I juhuuu, udało się. Będzie miała
za darmo (a to bardzo drogie) kilka dni prywatnych lekcji z jakimś Spanglishem.
Cieszę się niezmiernie, bo już i tak była smutna z powodu rozstania z chłopcem
ta moja Amerykanka a stawała się jeszcze smutniejsza. A co ma być smuciak jak nie musi.

A tak patrząc z boku, to ciekawe
socjologicznie zjawisko. Dwa światy: anglojęzyczny i hiszpańskojęzyczny – czyli
po chińskim, dwa najczęściej używane języki, przedstawiciele obu głęboko
przekonani, że jak będą mówić GŁOŚNO i P O W O L I, to ten co z nimi rozmawia, na
pewno
zrozumie. No na 100%. ¡BUM! Nie zrozumie! Jak przyjdzie co do czego,
prosta rozmowa staje się niemożliwa. Problem nie do rozwiązania.

Patrząc z tego punktu widzenia,
w sumie dobrze jest być z Polski i mieć świadomość, że z 1 językiem to się
jednak świata nie zawojuje. Choć z drugiej strony… jak wskazują moje (ha ha)
wieloletnie doświadczenia zawodowe, Polacy są wszędzie! Giełda Frankfurcka –
Polka, Deutsche Bank – Polka, Reuters Praga – Polak, Giełda Chicagowska –
Polka. To może będzie łatwiej jak oni się douczą polskiego, a my będziemy mieć
spokój? Niemniej jednak w oczekiwaniu
powrócę do czasowników nieregularnych w presente de subjuntivo 🙂 Dobranoc!

CISZA

W piątek w nocy, 5 osób z mojej
szkoły wybrało się na wycieczkę do Lizbony: dwoje Włochów, Brazylijczyk, dwoje
Holendrów. Mieszkam stosunkowo niedaleko granicy z Portugalią, opłaca się
jechać.
Tutaj w okolicy już zrobiła się
zima, wczoraj padał śnieg, czasem są krótkie przymrozki.
Droga była śliska. Nie wyrobili
na zakręcie. Za zakrętem był mur.
Włoszka została w szpitalu w
Portugali z pęknięciami czaszki i złamaniami obręczy biodrowej (nie wiem czy tak
się to fachowo nazywa). Dziewczynie, która kierowała "nic się nie stało"… jest w szoku.

Dzisiaj przed zajęciami
uczciliśmy pamięć Brazylijczyka minutą ciszy. Już nie wróci do szkoły, ani do domu. Siedział z tyłu, w środku, nie
miał zapiętych pasów. Luzak. Roztrzaskał głowę o mur.

Reszcie nic się nie stało. Jechali stosunkowo bezpiecznie,
kierowca nie był pijany ani nic takiego, pech.
Proszę, zapinaj pasy!

PATRIOTYZM NA ODLEGŁOŚĆ

Myślę, że wielu z nas – Polaków,
jest, albo uważa się za wielkich Patriotów.
Pan Boski śmieje się nawet, że
przy każdej okazji, a już na pewno próbie wytknięcia Polsce jakichkolwiek wad,
zwłaszcza w kontaktach z obcokrajowcami, natychmiast owijamy się w Polską flagę
i zaczynamy recytować doniosłe dzieje naszego kraju.
Zaraz potem Pan Boski dodaje, że
co prawda jesteśmy strasznymi nacjonalistami, ale wszyscy, jak tylko się da,
mieszkamy za granicą.
Oczywiście bardzo przesadza, bo
z pewnością nie wszyscy, ale dużo. Może za dużo.

Biorąc pod uwagę tylko te osoby,
które przewinęły się przez moją „edukację” a przede wszystkim te z którymi
miałam na swojej życiowej drodze bliski lub bliższy kontakt, jest nas sporo.

PODSTAWÓWKA
Na początku klasa liczyła 32
osoby, skończyło ok. 24. Reszta wyjechała do Niemiec. Takie były czasy, lata
osiemdziesiąte, była to decyzja ich rodziców. Wątpię w to, że Gosia, Marcin,
Rafał itd. uważają się za Polaków, chyba już nie. Może choć mówią po polsku. Nie
wiem.

LICEUM
W przypadku tych, dużo bliższych
znajomych z naszej klasy lub bliskich okolic, to już była ich decyzja. Wymienię
tylko najważniejszych:
Kala z rodziną (mąż tez z naszej
klasy) – Anglia
Ania (z podstawówki, ale potem i
tego samego liceum) Holandia
Aldona – Austria
Daria z chłopcem – Afganistan
Ola z rodziną – Niemcy
Adam – właśnie wybiera się do
Austrii, podążając za narzeczoną
Zuzia – koleżanka od zawsze –
Włochy
Lila – podobnie – Włochy

STUDIA
Agnieszka, Asia, Magda i chyba
parę innych osób z którymi już nie mam kontaktu – USA
Magda – Anglia
Monika – długo USA, potem
wróciła, teraz nie wiem
Monika – długo Niemcy, potem
była w Polsce nie wiem na jak długo

Ja mieszkam w Czechach, w
„Polecam” mam blog "Polki w Pradze" – dziewczyn, które, podobnie jak zwykle ja,
mieszkają w Pradze. Bo mieszka nas tam sporo. My znamy już dziesiątki osób.
Ponoć w samej Pradze jest nas kilka tysięcy.

Poza nielicznymi wyjątkami, z
kolegami z podstawówki, którzy wyjechali z Polski, nie mam już kontaktu.
Podobnie jest z emigrantami ze studiów, lepszy kontakt mam z tymi, którzy nadal
mieszkają w Polsce. Stara gwardia z liceum, nawet na odległość, stara trzymać
się razem.

Jest nas sporo, prawda? Zwłaszcza
biorąc pod uwagę, że wszyscy z tego samego albo podobnego rocznika i wszystkich
tylko ja sama znałam osobiście w większości przypadków bardzo dobrze.

Nie mamy, przynajmniej Ci,
których ciągle znam, problemów z identyfikacją. Jesteśmy Polakami, którzy
mieszkają za granicą. Czy na zawsze? Na to pytanie jakoś nikt z pełnym
przekonaniem odpowiedzieć nie chce lub nie potrafi.
Poza znajomymi z podstawówki,
których losów nie znam, wszyscy mają wyższe wykształcenie, wielu wyśmienitą
pracę. Wyjechali za wielką miłością, pracą, przygodą, różnie. I większość
pewnie już nigdy do Polski nie wróci. Choć kto wie?

Dawno temu, w 83 roku, Jacek
Kaczmarski był zdziwiony co się stało z jego klasą. A z naszą?
Dziwna ta Polska jakaś, że tak
nas zaczarowuje na Patriotów, a potem jakoś odtrąca, albo łatwo pozwala odejść, sama nie wiem.

by the way bardzo ładna ta piosenka, przeczytaj sobiew wolnej chwili: http://www.poema.art.pl/site/itm_3188.html

Z CYKLU ROZKOSZE CIAŁA – NAKLÁDANÝ HERMELIN

Przed chwilą rozmawiałyśmy o
jedzeniu. Jutro (już dziś:) będziemy razem przygotowywać uroczystą kolacje, bo w niedziele
panny się nudzą (ja się tam nie nudzę, ale nie będę się wychylać:)
I przyszło.
Jejku, jak strasznie chciałabym
zjeść nakládaný hermelin! (dla niewtajemniczonych to tradycyjne
czeskie „danie”, taki ser pleśniowy,
który w wielkim skrócie: najpierw topi się razem z przyprawami na kilka dni w
oliwie, a potem jest niesamowicie pyszny).
Rozkoszowałabym się każdym kęsem
sera z dodatkami i chlebkiem, no dobrze, niech już będzie zupełnie po czesku,
kminkowym. Powolutku, żeby nie stracić ani odrobiny smaku.
5 tygodni! Chyba zacznę liczyć
dni do hermelinu:)
Generalnie
nie jestem entuzjastą czeskiej
kuchni, bo jest dla mnie za tłusta, ale nakládaný hermelin po prostu uwielbiam.
Jak jesteśmy w knajpie w porze nie obiadowej, zamawiam go nieomal zawsze. No
chyba, że idziemy do „U knihovny” wtedy jemy tradycyjne kalmary.
Ale w innym wypadku hermelin.
Zawsze i wszędzie. Pycha!
Nie myśl sobie, że hermelin
zawsze smakuje tak samo! O nie! w każdym miejscu, knajpce, barze, restauracji,
w każdym domu, smakuje inaczej. Czasem jest bardziej paprykowy, czasem
pieprzny, nierzadko czosnkowy albo cebulowy. Nieomal zawsze doskonały. Bez mała
zawsze w miłym towarzystwie i po przystępnej cenie. Jedyne czego nie polecam po
posileniu się tym specjałem, to namiętne pocałunki…no chyba, że obydwoje
jedliście hermelinek, wtedy nie ma problemu. Z resztą komu ja to piszę? Sam/a
wiesz doskonale:) To ta nostalgia:)
Ja nie wiem, jak to możliwe, że
w Salamance nie można kupić hermelinu???
Czy ktoś mi może przysłać
hermelin w słoiku? Najlepiej dzisiaj! Expresem!!!
Prosím, prosím…

P.S.I
To jest zawsze zabawne, że
daleko od domu człowiek tęskni za jedzeniem. Niby mógłby zrobić podobne, albo
takie samo. Ale to nie to samo. Już nie mówiąc o tym, że Hiszpanie też mają
kłopoty z rozróżnieniem weku/angielki/francuza (możesz wybrać terminologię
używaną u Ciebie w domu) od chleba.


P.S.II
A o daniach Wigilijnych to już
lepiej pisać nie będę. Te pierogi, uszka, zupa grzybowa…już niedługo i w Polsce! Fajnie!!!

KONWENANSE

El Principito (Mały Książe)
rozdział XI
(tłumaczenie bardzo dowolne z hiszpańskiego, więc
proszę o wyrozumiałość:)
– Co tutaj robisz? – Mały Książe
zapytał się Pijaka, który siedział w ciszy, otoczony kolekcją pustych i pełnych
butelek
– Pije – odpowiedział Pijak,
ciężko wydychając powietrze
– Dlaczego pijesz? – znowu
zapytał Mały Książe
– Żeby zapomnieć – odpowiedział
Pijak
– Zapomnieć o czym? – chciał
wiedzieć Mały Książe
– Żeby zapomnieć o tym, że się
wstydzę – to były słowa Pijaka
– Wstyd, a czego się wstydzisz?
– dopytywał się Mały Książe
– Wstydzę się, że pije!!!

Wczoraj w nocy, powracając z
„fiesty” moja Amerykanka wtoczyła się z wielkim hukiem. Przesunęła moje łóżko
(bardzo lekkie, żadna sztuka), zrzuciła jakieś drobiazgi z szafki stojącej
naprzeciwko drzwi, a następnie zaczęła rozbierać się z takim rozmachem i wygibasami ciała, że „śpiąc” cały czas oczywiście, postanowiłam
sprawdzić czy nie śpi mi się lepiej jak lepiej jak jestem przylepiona do
przeciwległej ściany. Słusznie, zdjęcie rajtuz było prawdziwą ekwilibrystyką, a
ja bardzo nie chciałam ryzykować, że jakiś kawałek jej umęczonego ciała
wyląduje na mojej głowie.
Tak jak przewidywałam, dzisiaj po
przyjściu ze szkoły (ona chodzi na wieczorne zajęcia), nie chciała ze mną
rozmawiać. Pewnie częściowo z powodu niemiłosiernego kaca, a częściowo dlatego,
że przyznała mi się, że jej mama też ma problemy z piciem, a wiedziała, że ją w
nocy widziałam… i czułam rano. Wczoraj, jeszcze przed wyjściem, wypiła tyle wina i piwa, ile
mnie by pewnie zabiło (ale to dlatego, że nie pije, także się nie liczy:)
To nie pierwsza tego typu
historia, choć mieszkamy razem dopiero 2 tygodnie. Więc znałam scenariusz zanim
wyszła na imprezę. Dzisiaj znowu poszła w tany, jak
zwykle „przygotowana”.

Wcale nie twierdzę, że Amerykanka jest alkoholikiem, bo byłaby to niezwykle przesadzona i zbyt daleko idąca konkluzja. Na razie
tylko przesadza z piciem. Ale nikt (nawet ja) jej tego nie powie. Bo żyjemy w świecie, w
którym z zasady milczy
się, jeśli nie można powiedzieć czegoś dobrego. Więc nie można
komuś pomóc, ostrzec, bo to niedelikatność. Nie można skorygować jeśli się
myli, bo to arogancja. Nie można pokazać co się z nim dzieje, bo to
niedyskrecja.
Prawdę można spróbować powiedzieć ludziom, których
uważamy za przyjaciół, ale i tak pewnie tylko dostaniemy po głowie za
ignorancje i wtrącanie się w nie swoje sprawy.
A teraz jeszcze da się zatrzymać bieg, lub potencjalny bieg wydarzeń. Potem już nie będzie można. Jeśli naprawdę zacznie pić regularnie, to już się nic
nie wytłumaczy.
Oczywiście, być może z Avory
przesadzam. Może to tylko teraz fiesta i siesta z okazji przyjazdu do
Hiszpanii. Oby.
Ja mam w rodzinie alkoholika,
niestety. I nie da się już potem wytłumaczyć, że trzeba się leczyć. A jak już
wie, że trzeba, choć, czy wie kiedykolwiek?, to można z nim prowadzić rozmowy
jak z "Małego Księcia". Bo już wie, ale ma wyrzuty sumienia, więc pije. I kółko się zamyka.
No nic, to tylko tak apropos problemów
z dzisiejszym spaniem w nocy. I, że się trochę o Avory martwie. Miejmy
nadzieję, że jej szybko przejdzie, na przykład jak znajdzie swojego nowego Księcia z
Bajki:)… Ale Książe z Bajki, to już zupełnie inna historia.

SIESTA Y FIESTA

Słowo „siesta” brzmi w Hiszpanii
jak kołysanka, „echar la siesta”- czyli uciąć sobie poobiednią drzemkę to
rodzaj zaklęcia, któremu niezwykle trudno się oprzeć, KAŻDY zapada w środku
dnia w godzinny, dwu-godzinny, błogi…sen.
Czas płynie tutaj zupełnie inaczej,
niż my środkowo-europejczycy jesteśmy przyzwyczajeni. Przed 8 rano, trudno
spotkać na ulicy kogokolwiek. Pierwszego dnia, kiedy szłam na „egzaminem
wstępny”, byłam nieomal zupełnie sama, w całym mieście… Po drodze do szkoły nie
widziałam nikogo.
Po 8-ej, a
najchętniej po 9-tej Hiszpanie powolutku wynurzają się ze swoich norek i
zaczynają pracę, którą kończą z wielką radością i hukiem zatrzaskiwanych
żaluzji sklepowych, warsztatowych itd. o 13, no bardziej pracowici o 14.
Potem zaczyna się „siesta”. Czas
świętego odpoczynku, od goraca w lecie, od ludzi i pracy w zimie.
Druga część dnia zaczyna się, w
zależności od preferencji właściciela, od 17:00 do 18:30 i trwa do 20:00 lub
21:00 (za wyjątkiem banków i budynków użyteczności publicznej, których po
sieście nie otwiera się wcale, coby wszystkim ułatwić życie).
Potem jest czas dla rodziny a
następnie, ale nie wcześniej niż o 23:30 południowi sąsiedzi udają się na zabawę
– fiesta, proszę Państwa – fiesta! Do której? Jak Bóg da! Do 2-giej, do 5-tej (rano
oczywiście), zależy od kondycji, bo od wieku nie za bardzo, tu szaleją i
100-latkowie!
Pomiędzy momentem ukończenia
pracy i rozpoczęcia fiesty należy jeszcze pokazać się na chwilę na Plaza Mayor,
w odświętnym stroju, oczywiście i z uśmiecham na twarzy!. Nooo… może jednak
dzisiaj nie pójdą na zabawę, ale zaszyją się w przyjemnej knajpce, aby grać w
karty: pokera, brydża, uno, tysiąca e tam, tylko do fiesty, albo… aż do rana. I
tak codziennie:)
A następnego dnia trudno będzie
wstać wcześniej niż o 8-9 rano, a jeszcze trudniej zrezygnować z wytęsknionej
siesty. Bo wieczorem…

FACET- PRACA- MIESZKANIE

Jak mawia Carie z „Sexu w
wielkim mieście” większość kobiet w Nowym Yorku permanentnie poszukuje jednej z
3 rzeczy: FACETA, PRACY lub MIESZKANIA.
Od jakiegoś czasu podejrzewam,
że jestem z Nowego Yorku…
Poniedziałek – Pan Boski
doprowadził mnie do wysypki okupionej gorzkimi łzami – >FACET
Środa – niewielkie, ale dla mnie
osobiście niezwykle istotne, zmiany planów w, ciągle jeszcze, mojej pracy
przyprawiły mnie o lekki zawał serca a już z pewnością palpitacje – > PRACA
Codziennie – z wielką radością
oczekuję aż za 5,5 tygodnia wrócę do Pragi i będę mogła cieszyć się wieczorną
samotnością w 2 osobach (w tym jednej Boskiej) z opcją rozmowy na losowo
wybrany z 2500000 możliwych temat – > MIESZKANIE (+ 1osoba Boska).

W związku z tym, aby nie
ułatwiać sobie życia i z własnej nieprzymuszonej woli… poznania hiszpańskiego, i ostatniej chyba, tego typu, ucieczki od codzienności, po 1,5
miesiąca w Pradze, „porzucę” Pana Boskiego na kolejnych 6 miesięcy – FACET,
zrezygnuje z PRACY (po 5 (sic!) latach), a po przyjeździe do Sewilli będę jak
oszalała poszukiwać MIESZKANIA na następne pół roku. Ja jestem BARDZO z Nowego Yorku…+ na szczęście nigdy nie twierdziłam,
że jestem normalna! Bo ewidentnie nie jestem.
Wszystkie moje koleżanki są
oczywiście ze mnie dumne, popierają pomysł itd… ale same raczej wybierają
suknie ślubne, albo ubranka dla dzieci, niż szykują się na podbój świata. Taki
śmieszny Don Quijote ze mnie został…
Jak to pięknie (moim zdaniem)
ujęła koleżanka z podstawówki: „Już blisko 3 dekady chodzisz po tym
pięknym świecie, to chyba dostatecznie długo by zakleić (slang szkolny:)), że
wyróżniasz się znacznie od reszty społeczeństwa, nie to że w złym znaczeniu
bron Boże (no że w dobrym też nie napisała, Skumbria w tomacie:), mnie tam pasi,
nawet uważam że ten wymarły gatunek powinien być pod ochrona”. No ale to inna
para kaloszy…

No w każdym razie chciałam się zapytać,
czy to tylko ja, czy innym też się zdarza w zależności od dnia, humoru i
okoliczności wyrywać sobie te niewielkie ilości posiadanych (w moim wypadku i
subiektywnej opinii) włosów z głowy, w związku z właśnie nurtującym nas
problemem straty, lub potencjalnej (jak się potem okazuje) straty FACETA (tu
Panowie mogą wpisać KOBITKI), PRACY lub MIESZKANIA????
Czekam na odzew, może być tu, może być
listownie:)


no czekam

REMONT

Popsułam się i cały dzień
spędziłam w łóżku (cały dzień po szkole;). Lepiej
dmuchać na zimne. Także dzisiaj wpisu nie będzie. Remont. Idę położyć trupka z
powrotem do łóżka, żeby nabrał sił na jutrzejszą szkółkę. Pa pa…