CZEKAJĄC NA GODOTA (no, niezupełnie, bo jednak przyszedł)

13:30
Dzisiaj (bo piszę w sobotę)
odwiedzi nas nieproszony gość. Nieproszony i niechciany a jednak nieunikniony.
Pan Pepe nalepi na drzwi naszych pokoi kartki z informacjami dotyczącymi naszych
przyszłych współmieszkańców. Bo teraz zamiast w szóstkę mieszkamy w trójkę.
Paulina – Holenderka, Stefi – Niemka i ja. Reszta, albo już pojechała, albo
przeprowadziła się do swoich krajanów. Na dwa tygodnie szkoła o nas zapomniała
(a dokładniej mówiąc nie miała chętnych), ale trzeci raz już się chyba nie uda,
przynajmniej tak wynikało z listy, którą miała w ręku zaprzyjaźniona
sekretarka.
Mógłby już przyjść i nalepić te
głupie kartki, to wszystko było by jasne. A tak czekamy. Konkretnie ja czekam,
bo Stefi śpi po wczorajszej imprezie, ukrywając w swoim pokoju belgijkę,
siostrę naszej wspólnej koleżanki. Mam za zadanie bronić wejścia do pokoju
Stefi, żeby nie zobaczył, że ktoś tam jest. Bo szkoła strasznie nie lubi
niepłaconych odwiedzin.
Teraz jest fajnie. Jak jesteśmy
tylko 3 baby to kuchnia jest czysta (no w miarę, norm ISO Pana Boskiego, to by
na pewno nie spełniła), pranie też zbieramy zaraz jak wyschnie. No i bajer
największy… pokój tylko dla siebie. Pojedynczy kosztował 400 EUR więcej, więc
nie mogłam sobie pozwolić, ale jednak to wielka różnica. Fajnie tak móc się zamknąć
w pokoju i być sama. Czytać, pisać, myśleć i nie czuć dymu z papierosów
Stefi!!! Auuuu
Poza tym, jak jesteśmy 3, to w
„salonie” nie ma trzydziestu tysięcy puszek po piwie i butelek wódki, jak to
zwykle bywa, gdy w mieszkaniu przebywają młodzi Holendrzy (♂). Jest trochę
porządniej.
A, oj mamy dostać nowego
Holendra(ke?)! I Amerykankę i Niemkę.
Jak się uda, to biorę
Amerykankę, przynajmniej angielski podszlifuję, jak już nie hiszpański. Niemcy
zazwyczaj znają niemiecki, kropka. Stefi jest wyjątkiem, bo chce zostać
tłumaczem z angielskiego i hiszpańskiego. Dotąd mieliśmy w domu jeden
przypadek, Haniyeh – mieszkanka Iranu, mówiła z nami (a konkretnie ze mną, bo
reszta ją olewała) po hiszpańsku. Ale to też dlatego, że angielski nie był jej
najsilniejszą stroną (zresztą hiszpański też nie, a za rok ma być tłumaczem z
uprawnieniami dla obu języków !!!)
Najchętniej to bym poszła spać,
bo tak jakoś sennie jest w powietrzu, ale nie mogę, muszę czekać, żeby pobrać
Amerykankę (Stefi wstała, może być bitwa, bo Amerykanka zostaje krócej. Niby
jest ustalone kto kogo bierze, ale…:) Zrobię sobie jakieś papu, to będę
bardziej senna. Nie zrobię, to umrę z głodu, a miałam w planie się tu tuczyć!
Idę robić paszę… Gdzie jest ten
Godot, do cholery??? (Stefi nigdy nie słyszała o Godocie, a ponoć nasz system
edukacji jest gorszy)

19:32
Godot jednak przyszedł, w 2
osobach (Pele i Marysol) w celu posprzątania po Francuzce, a przecież bajki ZAWSZE
kończą się dobrze! ….Wyjątek potwierdza regułę 😦
Cztery tygodnie będę mieszkała z
Avery. Wiem, że jest Amerykanką i to by było na tyle. Będę miała „intercabio” z
angielskiego 🙂 Poznam ją jutro. Od czasu do czasu Internet udaje, że działa
też w moim pokoju, więc odezwał się David, Hiszpan z Madrytu z którym czasem
sobie porozmawiam. Napisałam mu, żeby przyjechał do Salamanki, ale już nie
kiedy, bo Internet przestał udawać. Mogłabym iść do dużego pokoju… tam
najczęściej działa, ale całe to wyłączanie, przełączanie, zostawię sobie na
wieczór. Poza tym Pan Boski nie umarłby chyba z zachwytu, gdyby się dowiedział,
że odwiedza mnie jakiś Hiszpan z Madrytu. Zwłaszcza, że tylko tak z głupoty
napisałam, żeby przyjechał, bo do Madrytu 2,5 godziny drogi autem, a tu euforia
w oczach???!!! Trzeba być ostrożnym, licho nie śpi!
Poza Davidem rozmawiam jeszcze z
jednym sympatycznym mieszkańcem Krakowa, który być może nie życzy sobie, żebym napisała
jego tajemniczy nick (już kiedyś o nim pisałam) oraz Polakiem z Niemiec, który prawdopodobnie
rozpaczliwie poszukuje żony, bo nie interesuje go nic poza danymi personalnymi
i wyglądem. Może wyjechał za młodo, żeby znać piosenkę „nie bądź taki szybki
Bill”, a ja o tym Einsteinie to bym jednak parę słów zamieniła zanim mu zdjęcie
poślę:) Zastanawia mnie dlaczego na ICQ nigdy nie odnajdują mnie żadne kobiety?
Fatum jakieś czy cuś?


20:43

Panny wróciły z zakupów. Opowiedziałam
im o odwiedzinach Godota, włącznie z tym, że Pani sprzątaczka trochę mnie
musztrowała za niezmyte podłogi. No obraza boska! Panny były tak urażone
faktem, że ktoś może skrytykować ich podejście do porządku (za które Pan Boski
zabił by je/mnie w ciągu 6 sekund), że na wszelki wypadek zapomniałam jak się
nazywała sprzątaczka, bo jak je znam to na pewno poskarżyłyby się w szkole. A
Pani wygląda na taką, co potrzebuje mieć prace. Na szczęście pamięć mam dobrą,
ale krótka, jak zaistnieje konieczność. Fakt faktem, że płacimy słono, między
innymi za to, że raz w tygodniu ktoś tu przychodzi umyć podłogi i łazienki i
niestety zawsze robi to nieporządnie. Inna sprawa, że ich (panienek) podejście
do porządku wyprowadza z równowagi nawet mnie… a kto mnie zna, ten wie, że
jestem z natury raczej (eufemizm) bałaganiarą. Teraz było lepiej, bo byłyśmy
tylko 3 i przynajmniej kuchnia była ok. Sobotę i niedzielę i tak zaczynałam od
sprzątania „salonu”, a o pokojach lepiej nie wspominam. U mnie porządeczek, ale
to zasługa całych lat tresury Pana Boskiego. Tylko psss, lepiej niech się nie
dowie, bo znów się zacznie.

00:25 – czyli już niedziela
Dziewczyny poszły na imprezę.
Jak co dzień. I na zdrowie. Moja siostra przekonuje mnie, że czasem też
powinnam. Niby często ma rację, ale: 1. tam są sami bardzo młodzi ludzie 18-22 (max.)
2. w drodze powrotnej najczęściej już nie za koniecznie potrafią znaleźć drogę
do domu, bo są jakby troszkę „zmęczeni”, a ja nie pije 3. ja to lubię moich
Bytomian i Prażynki (Polki w Pradze) i Prażaków i Łodzian a jak ich zobaczę to
chętnie pójdę na imprezę. Imprezowanie może poczekać. Ja jestem cierpliwa
bestia.
Dobranoc!

La BRUJA – wróżka, którą poznałam

Pija odjechała dzisiaj rano. Do
swoich kwiatów, do swoich spacerów, do swoich zajęć ze znajomymi, do męża,
któremu jednak kupiła piękny kawałek szynki i wysłała 2 kartki i list.
Nie będzie już herbat po
wykładach z literatury, ani opowiadań o ludziach, których widziała na Plaza
Mayor. Nie zatrzyma mnie w drodze do Katedry, żeby pokazać jak pięknie
wyglądają gotyckie wieże w promieniach zachodzącego słońca, i cyprysy 2, nie 3
jak myślałam. I ptaki, całe masy wygłodniałych ptaków, które zatrzymały się w
Salamance w drodze do Afryki, a na pewno przyleciały z Genewy!:)
Cieszę się, że ją poznałam.

Poza zupełnie poważnymi tematami
o których rozmawiałyśmy często (zazwyczaj już stojąc pod klatką jej domu),
rozważałyśmy też te zupełnie głupawe. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Pija ma
jednak 60 lat! Najczęściej powracał temat wróżek.
La bruja – to po hiszpańsku coś
pomiędzy wróżką a wiedźmą. Na pytanie „a tak konkretniej?”, nasza nauczycielka
odpowiada niezmiennie: różnica to jakieś
20 lat małżeństwa:)

Po pierwsze: czy wróżki
istnieją? Oby dwie nie mamy wątpliwości.
Po drugie: czy można je jakoś
klasyfikować? Owszem. Istnieją trzy oficjalne klasyfikacje wróżek: wróżki sielankowo
– wiejskie (w znaczeniu czystej wsi Szwajcarskiej) no i wróżki miejskie, oraz
wróżki lewoskrętne i prawoskrętne (zależnie od półkuli na której mieszkają,
sekretność wynika z działania sił Coriolisa), dodatkowo występuje podgrupa
wróżek sklasyfikowanych jako: „szalone wróżki z rejonu trójkąta Bermudzkiego* ”

* naturalnie, w wypadku wróżek,
fakt, że są szalone nie jest odbierany jako negatywny.
No i oczywiście wróżki widzialne
i nie widzialne.

Okoliczność, że są różne rodzaje
wróżek jest korzystna, ponieważ pozwala im wymieniać poglądy i jeździć na
wakacje w różne zakątki świata, w odwiedziny do dalekich krewnych, na przykład.
Wszystkie mają szalone pomysły, ale różnią się trochę wyglądem, w zależności od
zakątka Ziemi w którym żyją. Wróżki zajmują się przede wszystkim robieniem
psikusów (chrapią po nocach udając, że to sąsiad z góry, albo dzwonią
domofonem, albo spadają książki z półek) i pomaganiem, jak już jest naprawdę
źle. Poza tym wróżki widzą, nawet to czego nam się wcale widzieć nie chce,
wróżki słyszą, nawet nasze intencje i czują, dlatego mogą pomagać, kiedy rzeczywiście
tego potrzebujemy.
Czasem wróżki żyją zupełnie
otwarcie, tylko nie każdemu mówią co są zacz: o moja Babcia Krysia na przykład,
była wróżką; miejską, prawoskrętną, widzialną. Albo sąsiadka Pii, która ma 4
dorosłe dzieci, zawsze mieszkała w tym samym domu i pełniła funkcję strażniczki
domowego ogniska; sielankowo-wiejska, prawoskrętna, widzialna. Nie widzialnych
wymienić nie umiemy. Ale znamy działania.

Samolot Pii odleci wieczorem.
Cieszyła się, że w niedziele będzie mogła sprawdzić stan swoich niezliczonych
kwiatów (mąż miał się o nie postarać, ale mężczyznom ponoć nie można ufać w
tych sprawach) a potem pójdzie na spacer do lasu, tuż obok domu w którym
mieszka. Żeby? sielankowo-wiejska, prawoskrętna, widzialna? Nie wiem. Może.

Do widzenia i dziękuję!

NIEWPISANE KOMENTARZE I KONIEC HISTORII

Wczorajsza sprawa nie dawała mi
spokoju, więc poprosiłam o opinie osoby, które uważam za mądre i które stać na
obiektywizm a jednocześnie znają obie strony dyskusji. Dostały do dyspozycji
link do całej internetowej korespondencji i prośbę o wyrażenie własnego zdania.
Także dzisiejszego blogu nie piszę ja, tylko oni.

Oto ich wypowiedzi:

- Osoba A: Ty, no to nie pochwale cię wcale, bo uważam, że przegięłaś z tym komentarzem,
nawet jeśli uważasz, to co uważasz to powinnaś to zachować dla siebie, albo dla mnie. Takich
rzeczy się nie mówi a juz na 100% nie pisze.
Nawet jeśli to jest prawda, to jest to ich sprawa
a nie całego świata, który czyta ten blog! To jest właśnie wynik twojego przekonania, ze masz
prawo powiedzieć każdemu i wszystko, no prawo to może masz, ale nie musisz z niego
ostentacyjnie korzystać jak tylko przyjdzie ci na to ochota. Każdy z nas ma to prawo,
niemniej z uwagi na świat w jakim żyjemy i dbałość o dobre stosunki, większość z nas z niego
rezygnuje lub korzysta w chwilach wściekłości (zwykle odwrotny skutek się osiąga).
 Wiesz dobrze, ze jak XX do ciebie pisze to nie po  to żeby ci opowiedzieć o swoim życiu, tylko
po to żeby wzbudzić zazdrość i ze ty sama wcale
jej nie interesujesz.
Jesteś odbiorcą wspaniałych dokonań i masz się zachwycać, bez zastrzeżeń.
 Zobacz, ty piszesz blog, my go czytamy i K. przysyła ci bardzo delikatna uwagę, ze jego zdaniem 
dziennik jest dydaktyczny i to juz nie daje ci spokoju, piszesz do mnie, próbujesz dociekać
czy to prawda, bo ci to nie daje spokoju, a on tylko napisał ze jest dydaktyczny
(uwaga w najwyższym stopniu neutralna), ale ponieważ wystąpiła jakaś uwaga, którą można
zinterpretować jako krytyczna, ty uruchamiasz w swojej głowie mechanizm obronny.
 A teraz Ty piszesz swój komentarz.
Na to XX, dostaje wścieklizny, bo drży jej chora ambicja robienia WIELKICH rzeczy i jak wiesz
(bleheheheh), cale jej życie było ciągiem głęboko przemyślanych posunięć, które miały doprowadzić
do określonego celu (dobrego czy złego to zależy od punktu widzenia - dla mnie to wszystko lipa).
 A tak dodatkowo, sama jesteś osoba, która nieustannie szuka jakiegoś celu, nie kryjesz się 
z tym zbytnio, że nie wiesz co masz ze sobą zrobić, gdzie iść, i jak żyć, a jeśli wyrażasz
krytykę czyjegoś sposobu na życie to ten ktoś (znając ciebie kiedyś) uważa, ze robisz to
z zazdrości, z zazdrości o to że on ten cel ma a ty go nie masz.
Tak właśnie mogła być odebrana Twoja opinia.
 - Osoba B: A to ze ktoś żyje w obłudnym świecie, i wierzy w ideały o zbawieniu świata, 
to juz jego kwestia. Ale ty nie musisz im tego mówić, pamiętaj ze obnażając ich ideały,
ich poglądy ranisz ich bardzo. Może nie powinienem tego pisać, ale nie ma przyjaźni na siłę,
na siłę to można kogoś batem wysmagać, ale nie się przyjaźnić i pamiętaj
lepiej mieć kilku przyjaciół niż 500 kolegów!

Osoba C: No, już jak pisałaś ten komentarz
to wydawał mi się zbyt osobisty.
Tacy ludzie nie chcą słyszeć, że pracują dla
pieniędzy i wakacji na Sri Lance.
Ale z sensem komentarza zgadzam się
całkowicie.

+ pan M. z Pragi zawsze mówi, że jestem „trudna”.
Nie wątpię, że użyłby tego określenia i w tym wypadku.

A na koniec posłowie, już moje:

Cała sprawa
dotyczyła kwestii pracy w obronie ludzkich praw. W której ja wypowiedziałam się
„nie po linii”.


Karta Praw
Podstawowych Unii Europejskiej:

Art. 14. Wolność
myśli, sumienia i wyznania

Art. 15. Wolność
słowa


Wszystkie
kontrowersyjne komentarze, o których mowa, zostały wykasowane z blogu, który dotyczył praw
ludzkich
.

Rozumiem:

Prawo do wolności myśli
i słowa obejmuje przecież również prawo do niesłuchania.

PRAWDA – a może jednak warta łez?

Miałam kilka pomysłów na to o
czym będę dzisiaj pisała, ale jak to zwykle bywa zadziałała zasada „chcesz Pana
Boga rozśmieszyć, powiedź mu o swych planach”. Więc będę pisać o czymś innym niż
chciałam, konkretnie o wolności słowa. O wolności mówienia swojej prawdy.

Prawda często boli, czasem
bardziej tego kto ją mówi, czasem bardziej tego kto ją słyszy. Rzadko jest
obiektywna, bo przecież potrafimy patrzeć się na świat tylko własnymi oczyma.
Widzimy tylko to co chcemy widzieć, słyszymy tylko to co chcemy słyszeć. Czytamy
tylko to co nam odpowiada.
Podobnie bywa z interpretacją. A jak w grę wchodzi urażana duma lub kompleksy, to nasza prawda
staje się już zupełnie subiektywna. Dotyczy to nieomal nas wszystkich, trzeba
być wielką osobowością, albo wykazać niezwykłe opanowanie, żeby tego
subiektywizmu uniknąć. Mnie (niestety) udaje się to rzadko… choć się staram się
i chyba się jednak poprawiam (tu w oczywisty sposób przygotowuję miejsce do
ciosu, temu kto będzie chciał go zadać, ale takie jest życie).

Poza tym nie da się zadowolić
wszystkich, są i tacy, których zadowolić się nie da.

Czy z tego powodu powinniśmy z
tej subiektywnej prawdy, de facto z wypowiadania własnych opinii zrezygnować?
Oj,
spędziłam dzisiaj i nie tylko dzisiaj dużo czasu zastanawiając się nad
odpowiedzią.
Myślę, że każdy musi sam podjąć
decyzję, co zrobić. Są ludzie, którzy mają to szczęście, że nie mają zbyt wielu
opinii, albo lubią zachować je dla siebie. Jeszcze inni walą co myślą nie
licząc się (lub licząc) z konsekwencjami.

Ja niestety/ lub na szczęście (niepotrzebne
Twoim zdaniem możesz skreślić) opinie miewam, często kontrowersyjne, często
dostaje za nie po uszach. Czasem bardzo porządnie. Zazwyczaj najpierw się
pozłoszczę tak generalnie, a potem 10 razy przemyślę, czy może jednak bijący
mnie po uszach nie miał racji. A potem rewiduję moją opinię, albo nie. I idę w
świat razem z Eremitą:” kartą poszukiwania prawdy w oparciu o własne możliwości
umysłowe”. Zdaniem jednych bogate, zdaniem innych ubogie.

Dzisiaj dostałam po uszach,
bardzo. Od osoby, którą uważam za swojego trudnego i nieprzewidywalnego, ale
jednak przyjaciela. Jego prawda jest – jak się okazało – tak bardzo inna od
mojej, że nie możliwa nawet do polemiki, a co dopiero do przyjęcia. Boli bardzo, ale
świat nie stanie z tego powodu.

Dzisiejsze wnioski, takie same
jak zawsze w tej sytuacji. Pochopnie pomyślałam, że będę zrozumiana, bo tym razem partner
nie ma już 18 lat, jak w wypadku Joosta. Liczyłam na dyskusję i częściowo nawet się
to powiodło, ale ze strony innej osoby niż się spodziewałam, za co dziękuję.

Ale generalnie mój błąd, moja lekcja. Jeśli sama chce, żeby ktoś
respektował moją prawdę, muszę przyjąć czyjąś z podniesioną głową. Ja wiem,
wszystko dziś trochę zamotane. Ale dzisiejsza prawda jest zamotana, bywa. Jak
mawia moja Siostra „nic Ci na to nie moge
poradzić“.

ABSOLUTNIE ZABAWNE WYKŁADY

Pan K. twierdzi, że mój blog generalnie da się czytać, ale, że jest nadto dydaktyczny. Ale co ja mogę? W końcu jestem wytresowana na nauczycielkę. W związku z tym, aby go nie zawieść i jednak pozostać przy dydaktyce, ale nie przynudzać aż tak bardzo:) dzisiaj kilka wątków z absolutnie zabawnych wykładów z literatury hiszpańskiej w pierwszej połowie XX wieku, na jakie mam okazję chodzić. Na wykładach historia literatury przeplata się z historią Hiszpanii, więc trzy przykłady, które spodobały mi się najbardziej:

· BAROJA – pisarz, mamusia Włoszka, tatuś Hiszpan. Wszystko musiało być tak jak chciała, więc został lekarzem. Ale BARDZO tego nie lubił. Mamusi nie podobała się żadna panna, więc został pannem. W końcu cała jego twórczość stała się any-wszystko. Do tego stopnia, że postanowił nie używać czasów subjuntivo – bardzo podstawowych w języku hiszpańskim – czyli tak jakby nie używał na przykład czasów przeszłych u nas:) Nie i koniec. No chłop z jajami, nie?

· Migiel de UNAMUNO – ponoć fajnie pisał, ale nie zupełnie tak jak krytycy wyobrażali sobie pisanie powieści. Jeden z nich napisał, „to co on pisze to nie NOVELA!!!” (powieść), na co on odpowiedział, to ok., bo ja nie piszę noveli, ale „Nivole” i pisał, ponoć z dobrym skutkiem.

– ponadto był rektorem Uniwersytetu w Salamance, wykładał też iteraturę. Na jednym z wykładów zaczął mówić, że Szekspir cośtam zrobił czy powiedział. Jakiś mądrzejszy student podniósł rękę, żeby poinformować Pana Profesora, że mówi się Shakespeare (używając prawidłowej wymowy). Na co Unamuno odpowiedział: „Nie wiedziałem, że preferujecie Państwo język angielski” i kontynuował wykład w tym języku… (co nawet dzisiaj doprowadziłoby przeciętnego Hiszpana do apopleksji).

· Izabela IIpisarką nie była, ale Królową Hiszpanii owszem. Zaszczyt ją kopnął jak miała 8 lat. W związku z tym faktem chciano ją jak najszybciej wydać za mąż, konkretnie w wieku 16 lat. Dano jej do wybór pomiędzy 3 "dobrze urodzonymi" (co jeden to lepszy):

a) królem Portugali – wiek: ok 3 lata (no 2 już dawno skończone)

b) najbliższym kuzynem… ale tu istniała dość uzasadniona obawa, że dzieci mogą być poniekąd walnięte, co u Burbonów już się stawało i staje do dziś (viz. wymowa aktualnego króla + ponoć niezupełnie normalne zachowania najstarszej córki)

c) dużo dalszy kuzyn. W odpowiednim wieku, zupełnie sympatyczny, przystojny. Z niewielką, jakby to powiedzieć… przywarą… był geyem, bardzo.

Wybrała wariant c).

Burbonowie, jako rodzina, są (ponoć) powszechnie znani ze swojej skłonności do miłości fizycznej. Czyli chętnie,często, ze wszystkim co się rusza i wszędzie.

A więc Królowa i jej mąż nie robili problemu ze swoich skłonności. Codziennie ustawiali oficerów w rządku a następnie Królowa mówiła: 7-my z lewej, a mąż: to ja 5-ty z prawej. No i tak sobie żyli wesoło. Aż do czasu jak Watykan się zdenerwował i notę i wysłał z pogróżkami, że w katolickim kraju, to może jednak… Od tego czasu bawili się podobnie, ale ciszej…. Efektem był syn, sztuk 1. Syn Królowej, więc szafa gra:) Czas akcji: połowa XIX wieku.

To tyle na dzisiaj, żeby nie było, że nie dość, że dydaktycznie to jeszcze długo:) Do miłego przeczytania (następny wykład dziś wieczorem, może będzie coś fajnego).

SMELLYMANCA ??? – ani náhodnou!

Milo, kolega z grupy, dumny absolwent Eaton (tak, tak, tej samej szkoły co Książe Wiliam & Henry), Brytyjczyk pełną parą, twierdzi, że Salamanka śmierdzi. Kanalizacja działa lekkopółśrednio, na ulicach można popełnić samobójstwo od zapachów i smrodów wyziewających ze sklepów i restauracji (gadaj z angolem o jedzeniu…), a „mercado” – czyli tutejszy targ ze wszystkim co świeże (kury włącznie z oczami, małe świnki w całości, żywe kraby, kalmary, itd…) to już po prostu tragedia.

Dlatego Milo proponuje zmianę nazwy miasta z Salamanka na Smellymanca. Po prostu Londyn pod tym względem ma dużo korzystniejsze rozwiązania, twierdzi.

No ja rozumiem, ze „jego Londyn” wygląda poniekąd inaczej niż „mój Londyn”, ale jednak.. proszę Państwa… londyńska naziemna komunikacja miejska też jednak nie woni jak łąka kwitnąca różami. Więc pozwolę sobie stanąć w obronie Salamanki i stwierdzić: Ha ha ha…

Zupełnie się nie zgadzam z opinią Milo! 🙂 Nie wiem jak kanalizacja działa u niego w mieszkaniu, ale u nas bez zarzutu. Za to te zapachy na ulicach, te aromatyczne szyneczki wiszące w każdym sklepie, te tapas (przekąski). Te churros (coś jak nasze pączki) pachnące przecudownie. Ach, och Aromamanca!

Jest jeden wyjątek. Niechlubny niestety.

Tutaj WSZYSCY palą. Zielony, niebieski, żółty a ma więcej niż 15 lat – pali…ale może to wina nadmiaru obcokrajowców?!

Nielubie, Nielubię!

Oczywiście nieomal wszyscy „studenci” mojej szkoły palą. Pytałam się ich kiedy zaczynali? Bo, skoro teraz mają 18-20 lat, to nie mieli za dużo czasu zacząć wcześniej. A jednak mieli. Wszyscy obcokrajowcy zaczynali palić ok. 14-15 roku życia. Ci bogaci, wykształceni, młodzi-dorośli palą jak kominy, od dziecka 😦 Podobnie z Hiszpanami. A ja myślałam, że na zachodzie modne jest niepalenie!!!!!!

Guzik z pętelka. Jedyną ozdoba naszego mieszkania jest plakat „Te imaginas… dejar de fumar” – czyli „Wyobraź sobie, że przestajesz palić”. No i ja sobie w pięknych snach wyobrażam, że moi współmieszkańcy palić przestaną.

No nic, i tak pozdrawiam Cię serdecznie z Aroma-Smellymanky:)

CENTRUM (SŁUSZNIE) WYPĘDZONYCH

To nazwa artykułu, który przeczytałam kiedyś we Wprost, albo Polityce, już dokładnie nie pamiętam.

Bardzo mi się ta nazwa spodobała, ponieważ to co wyprawia Erika S. jest moim zdaniem nie do przyjęcia. II Wojna Światowa skończyła się dobre 60 lat temu, a mimo wszystko powraca jak bumerang w wypowiedziach polityków, w czasopismach a nawet tutaj w Salamance gdzie pod jednym dachem mieszkają ludzie różnych narodowości. Na przykład Stefi – jedna z moich najlepszych koleżanek, dumna mieszkanka północnej Bawarii, no i ja – Polka, jak mówi Pan Boski, nieustannie owinięta w polską flagę.

Pytanie brzmi, czy po tylu latach powinniśmy jeszcze wracać do tematu wojny, który nas, jakby się zdało zupełnie nie dotyczy? Jest to kwestia niezwykle delikatna i każdy może mieć swoje zdanie na ten temat, ja myślę, że nie tylko możemy, ale powinniśmy.

Po pierwsze nie jest prawdą, że wojna nie miała wpływu na nasze życie. Gdyby nie wojna, ja na przykład wcale nie byłabym na świecie, bo Dziadziuś zanim poznał Babcie miał żonę, która zginęła w Oświęcimiu a Babcia narzeczonego, który zginął w wojnie obronnej. Mój drugi Dziadzio zobaczył swojego syna, a mojego Ojca dopiero, jak ten skończył 6 czy 7 lat, dopiero po wojnie i już nigdy relacje pomiędzy nimi nie były takie jak powinny. Kto wie, może Ojciec żyłby jeszcze, gdyby nie jego zamotany charakter i relacje z Ojcem? I my byłybyśmy inne, i moja Mama patrzyłaby inaczej na świat, bo jej mąż byłby inny. Tak więc, myślę, że mam prawo uważać, że wojna miała wpływ na moje życie.

Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że trudno winić Bogu ducha winnych, 20 letnich Niemców, za to, że ich dziadkowie walczyli o ich zdaniem słuszną sprawę (a często nie było to nawet ich zdanie). Jedyne co bym od tych młodych Niemców chciała to to, aby pamiętali, że to ich naród rozpętał tę rzeź. Że nie ma żadnego wytłumaczenia dla działań ich Dziadków, którzy walczyli po stronie Hitlera. Często słyszę: „gdyby nie chcieli to by ich zabili”. Gdyby za to chcieli myśleć dzień wcześniej to nikt nikogo zabijać by nie musiał.

Osobiście nie jestem fanem Cz. Miłosza, ale zawsze jak myślę o takich wytłumaczeniach, typu, że nowy Papież „musiał iść do Hitlerjungen” przypominają mi się jego słowa:„I Ty nie jesteś tak bezwolny, a choćbyś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach. Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny”.

Mój Dziadzio, skądinąd uparciuch, mówił zawsze: „słowo MUSZĘ nie istnieje, możemy podyskutować o chcę”. Oczywiście, że są „muszę” – na przykład obowiązki rodziców względem małych dzieci, ale wyjątków jest mało. I przykład postępowania Niemców w czasie wojny nie jest adekwatny.

Pamiętam o tym, że łatwo jest osądzać innych jeśli samemu nie musiało się dokonywać wyboru „zabić brata, albo być zabitym przez brata”. Dlatego nie chcę, aby dziś ktokolwiek kogokolwiek osądzał. Chciałabym tylko, aby wszyscy PAMIĘTALI o tym jak i dlaczego wybuchła wojna i nie pozwolili sobie nawet przez chwilę na szukanie wytłumaczeń. Wojna była jednoznacznie zła. Ci, którzy walczyli po stronie Hitlera jednoznacznie popełnili zbrodnię.

Mam nadzieję, że nasze wejście do EU pomoże w końcu w ujednoliceniu podręczników i wycofaniu ze sklepów map na których Mazury czy Śląsk są oznaczone jako część Niemiec (widziałam takie mapy na własne oczy). Moim zdaniem w całej Europie, podczas nauki historii powinno jednoznacznie podkreślić tę część przeszłości, która dotyczy genezy i rezultatów II wojny światowej. Nieznajomość historii starożytnej może prowadzić do śmiesznych sytuacji, nieznajomość historii najnowszej może zabijać. A tego, ostatnimi czasy, mieliśmy w Europie, więcej niż dość.

¡VIVA PLAZA MAYOR!

Salamanka to miasto kultury, w pełnym znaczeniu tego
słowa!

Właśnie wróciłam z olśniewającego zakończenia obchodów
250 rocznicy powstania Plaza Mayor, czyli rynku głównego w Salamance i nadal
nie mogę przestać się zachwycać. Jestem pod ogromnym wrażeniem!
Była to przepiękna, trwająca zaledwie pół godziny, ale
naprawdę niesamowita ceremonia.

Ale może najpierw kilka słów o samym placu.
Plaza Mayor powstał w latach 1729-1755 i został
zaprojektowany w stylu barokowym przez Alberto Churriguera. Ma kształt
idealnego kwadratu. Ze wszystkich stron plac otaczają budynki, w których obecnie
mieszczą się restauracje, kawiarnie, informacja
turystyczna, drogie sklepy i drogerie a w wyższych piętrach mieszkania.
Dookoła rynku, na fasadzie znajdują się medaliony z podobiznami osób, które
miały wpływ na historię Salamanki, między innymi Generała Franco. Do końca XIX
wieku odbywały się tutaj walki byków, dzisiaj Plaza Mayor to nieustannie
tętniące życiem centrum miasta. Poza okresami intensywnego deszczu plac jest
zawsze pełen ludzi. Codziennie jestem zdumiona skąd się Ci wszyscy ludzie
biorą w tak małym (w sumie) mieście??!! bo plac jest zaskakująco pełny, czasem
ma się wrażenie, że pewnego dnia pęknie w szwach!
Moja nauczycielka hiszpańskiego, przepiękna Almurena
mówi, że ona sama nie ma placu po drodze do domu, ale idzie tam co najmniej raz
w tygodniu, bo to tak dziwnie nie wiedzieć co się tam dzieje. A czasem dzieje
się dużo, na przykład: Król był ostatnio. Prawdziwy! Z Madrytu przyjechał:)

O Plaza Mayor chciałam napisać już wiele razy. Ale może
dobrze, że poczekałam na dzisiaj, bo to specjalna okazja. 250-ta rocznica
powstania no i spektakl jakiego jeszcze nie widziałam!
Zaczęło się o 22:00. Jak zwykle późno, ale jak na
Hiszpanię dosyć wcześnie. Tutaj o 8:00 rano trudno spotkać kogokolwiek, za
to o 3:00 w nocy zupełnie bez problemu, codziennie.
Całemu przedstawieniu towarzyszyła hiszpańska muzyka
klasyczna.
Od początku w rogach placu ustawione były wielkie kolorowe
balony, symbolizujące: słońce, księżyc oraz ziemię. A w poprzek placu została
rozwieszona cienka czarna lina, za chwilę mięliśmy się dowiedzieć w jakim celu…

Zaczęło się od pantomimy pod zegarem – czyli z
najbardziej dekoracyjnej strony placu (
jest to tradycyjne miejsce spotkań, podobne do konia pod Muzeum w Pradze).
Aktorzy, przebrani w stroje ”z epoki”, tańczyli na
balkonach, a następnie obsypali wszystkich białym deszczem papierków.
Potem, nagle, światła zgasły, a jak zapaliły się ponownie
z dwóch stron placu, nad głowami zebranych pojawiły się tancerki w
zwiewnych sukniach: niebieskiej i żółtej, podwieszone na specjalnych trapezach.
Wykonały niesamowity, nowoczesny taniec (przypominam w takt muzyki klasycznej), ok. 10 metrów nad ziemią, poruszając się po przekątnej placu. A następnie światła zgasły ponownie.

Chwilę później w górę uniosły się balony a oświetlenie
sprawiło, że ściany placu zamieniły się w dziesiątki uśmiechniętych słońc. Pod
balonami zobaczyliśmy zawieszone na trapezach tancerki – tym razem w sukniach zielonej,
jasnoniebieskiej i szarej.
Balony prowadzone na specjalnych linach, a wraz z
nimi podwieszone artystki przemieszczały się po całej powierzchni placu,
pomiędzy tłumami gapiów. Potem
balony powoli opadły.
Nagle, z przeciwległej strony (do zajętej przeze mnie
pozycji), przez jedno z wejść na plac, wtoczyły się przeźroczyste kule, a w
nich kolejne tancerki wykonujące szalone
salta
, tym razem w czerwonych sukienkach. Kule poruszały się szybko i nie można było przewidzieć kierunku ich ruchu, dlatego wielu
gapiów uciekało w ostatnim momencie. Po chwili z niczego nic, po dwóch stronach
placu wytrysnęły fontanny drobniutkiego deszczu, podświetlane kolorowymi
światłami, podnoszące się i opadające w rytm gitarowej muzyki. Wszyscy jakby nigdy nic wyciągnęli parasole i
oglądali obrazy wyświetlane w tym samym czasie na ścianach placu.

Kulminacyjną częścią występu był jednoczesny taniec pięciu artystek: trzech podwieszonych pod przemieszczającymi się balonami oraz dwóch
wiszących na trapezach i przesuwających się po przekątnej placu. Niesamowite rytmy, kastaniety, tancerki i fontanny. Można
powiedzieć, że większość spektaklu odbyła się w powietrzu, tak aby wszyscy,
tłumnie zgromadzeni na Plaza Mayor mieli szanse zobaczyć co się dzieje.
Niezapomniane przeżycie!
¡De verdad!

Najbardziej podoba mi się fakt, że takie wydarzenia są
tutaj na porządku dziennym. Salamanka to naprawdę europejskie miasto kultury,
nie tylko w roku 2002, kiedy była to jej oficjalna nazwa.
Przedstawienie było niesamowite. Być może nie umiem go opisać w
taki sposób, abyś mogła/mógł je sobie wyobrazić, dlatego tak bardzo chce
podkreślić, że na obserwatorach wywarło ogromne wrażenie.
Z pewnością kosztowało organizatorów dużo pracy i
przygotowań. Plaza Mayor, to w sumie nie wielka powierzchnia (niestety nie znam
wymiarów), a układy choreograficzne były naprawdę skomplikowane.

Bardzo bym chciała, aby kiedyś, zamiast 3 smutnych koncertów, sztucznych ogni i tygodnia
bałaganu tak właśnie wyglądały Dni Bytomia z którego pochodzę.
Krótko, ale z klasą.

CZASY SZCZUPŁYCH ODCHODZĄ DO PRZESZŁOŚCI

Dziś ciekawostka z gatunku moich obserwacji „młodego
pokolenia”, która mam okazję poznawać w domowym i przydomowym akwarium
(szkole).

Od wielu miesięcy wszyscy mamy możliwość śledzenia w
prasie, książkach i na Internecie, że wielkim problemem społeczeństwa świata
zachodniego a powoli i naszym, staje się nadwaga jego obywateli. Powstaje wiele siłowni,
gazet z cudownymi dietami i organizacji takich jak „Weigth watchers” , których
celem jest powstrzymanie tego niekorzystnego procesu.
Obserwacja narybku, który jest moim obiektem badawczym, prowadzi
do smutnego konstatowania, że jeżeli
już teraz nie podejmiemy drastycznych kroków
przeciwko aktualnemu stanu rzeczy, a nie podejmiemy, czasy pięknych i
szczupłych „uz se nevrati”.

Mam porównanie. Zdecydowana większość moich koleżanek z
Polski i Czech (tu myślę przede wszystkim o Polkach, ale i o Czeszkach powyżej
23 roku życia) to osoby szczupłe, żeby nie powiedzieć chude. Ja również się do
nich zaliczam. Wszystkie jemy mniej więcej normalnie, tzn. regularnie, ze
smakiem, zróżnicowane jedzenie, żywimy się albo w domu albo na mieście, ale nie
oszczędzamy na jedzeniu, bo też nie ma powodu, a od czasu do czasu walniemy
sobie czekoladę w całości, albo najemy się jak młode prosięta (co może na
piśmie potwierdzić moja rodzina).
Generalnie jednak obowiązuje zasada, że jemy
tyle na ile mamy ochotę, a nie tyle ile uniesiemy.

Obserwując moje koleżanki (zwłaszcza) z Niemiec,
Holandii, Belgii, Anglii !!!, mam wrażenie, że one jednak jedzą tyle
ile uniosą. W efekcie, tak mniej więcej co drugi wieczór, kiedy wybierają się
na zabawę, która obowiązkowo nie zaczyna się przed godziną 24:00, mam okazję
oglądać prawdziwą rewię brzuchów wylewających się z ciągle modnych biodrówek. Panienki
wciśnięte w obcisłe bluzeczki, przyozdobione wielkimi kwiatami, wyglądają
zazwyczaj jak baleron w siatce. Jedyną ozdobą są biusty, zwykle poważnych
rozmiarów, które również wypadają z wyżej opisanych bluzeczek. Zastanawiam się,
czy panny martwią się po nocach swoja ewidentną nadwagą lub skłonnościami, czy
rzeczywiście jest tak jak mówią, że „kochają swoje ciało” (a mają co kochać!). Na szczęście w tej
sprawie udaje mi się konsekwentnie unikać jakichkolwiek pytań czy komentarzy, bo to
jednak delikatny temat, zwłaszcza w ustach starego chudzielca.

A proszę pamiętaj, że moje Polskie koleżanki mają już
bliżej 30-stki, niektóre są szczęśliwymi matkami, a te tutejsze często nie
przestały mieć naście lat…
Jednocześnie te Angielki, Holenderki itd… codziennie
chodzą do siłowni, aby następnie zjeść 2 pizze na raz. I po co?

I jeszcze jedno. Ja rozumiem, że człowiek ma swoją wagę optymalna, zależną od wieku,
ja na przykład teraz ok. 54 kg,
a ktoś tam 60, czy 65 i wiem, że w wielkiej mierze genom zawdzięczamy to, jak
wyglądamy. I że osoba, która waży 60
kg, ale ma piękne, wysportowane ciało wygląda niebo
lepiej niż 45 kg
anorektyczka. Problem w tym, że one tego wysportowanego ciała nie mają i zda
się, że mieć nie będą, bo to wymaga samodyscypliny. Mają za to auta, pod ręką
puszkę piwa i chipsy (które mimochodem uwielbiam w każdej ilości:) a sałatki
uważają za truciznę. Dodatkowo wszystkie są tak samo grube, więc pewnie dlatego,
nie wydaje im się to niezwykłe.
Reasumując obawiam się, że tendencja
zwiększania się przeciętnej masy ciała będzie trudna do zatrzymania, a do tego pewnego
dnia, one wszystkie będą miały dzieci, a potem to już chyba nawet do auta
będzie
się im trudno wchodziło. Ale psss… to tajemnica, której nie mogę im zdradzić.