Bardzo pada. I długo, nie tylko bardzo. Długo bo już drugi dzień. I bardzo, bo bez przerwy.
A teraz uwaga: WSZYSCY SIĘ CIESZĄ!!!
Nie oznacza to jednak, że naszym przyjaciołom Hiszpanom brak piątej klepki.
Wręcz przeciwnie. Salamanka znajduje się na tzw. Mesecie Centralnej czyli wyżynno- górskiej części Płw. Iberyjskiego. Czyli (geografowie przymykają oczy na uproszczenia): roślinność skąpa, w górach szczątkowe lasy, eksploatacja rud miedzi, żelaza, ołowiu innymi słowy, generalnie pustka itd.
No w każdym razie nie ma tu za dużo wody o czym można przeświadczyć się naocznie przemierzając, przy pomocy dobrze rozwiniętej sieci autobusów (na przykład), przestrzeń pomiędzy okolicznymi miastami: Salamanką, Avilą, Segovią, Ciudad Rodrigo, Madrytem, Toledem itd. (wiele nie pominęłam)…
Po między nimi nie ma nic, albo bardzo niewiele. Nie jest to taka zupełna pustka jak Arizonie, albo Utah, ale bardziej z gatunku tej, którą człowiek wyobraża sobie na myśl o górach Atlas (tam niestety jeszcze nie byłam). Pomiędzy miastami naprawdę nie ma zbyt wiele poza krzakami, suchą ziemia i samotnymi, chuderlawymi drzewkami. Może to dlatego, że przyjechałam do Hiszpanii na jesień? W każdym razie, Castilla y León nie sprawia wrażenia najbardziej zaludnionej już na pewno nie zaroślinnionej, części świata.
No i nie ma tu za dużo wody. Na każdą kroplę deszczu czeka się z utęsknieniem. Jeśli nie pada, zostają wprowadzone ograniczenia np. woda leci z kranu tylko w określonych godzinach. Chyba, że napada dostatecznie dużo i wtedy nie trzeba oszczędzać.
Poza tym, jak ładnie mówi hiszpańskie przysłowie ¡Despues de la tempestad viene la calma! czyli… Po burzy przychodzi spokój. A wiec deszcz…
Jako ciekawostkę napiszę, że w tych stronach za zwiastun przyszłego szczęścia małżeńskiego uważa się obfity deszcz w dniu ślubu!
Deszcz oznacza życie. Proste.