NIEWPISANE KOMENTARZE I KONIEC HISTORII

Wczorajsza sprawa nie dawała mi
spokoju, więc poprosiłam o opinie osoby, które uważam za mądre i które stać na
obiektywizm a jednocześnie znają obie strony dyskusji. Dostały do dyspozycji
link do całej internetowej korespondencji i prośbę o wyrażenie własnego zdania.
Także dzisiejszego blogu nie piszę ja, tylko oni.

Oto ich wypowiedzi:

- Osoba A: Ty, no to nie pochwale cię wcale, bo uważam, że przegięłaś z tym komentarzem,
nawet jeśli uważasz, to co uważasz to powinnaś to zachować dla siebie, albo dla mnie. Takich
rzeczy się nie mówi a juz na 100% nie pisze.
Nawet jeśli to jest prawda, to jest to ich sprawa
a nie całego świata, który czyta ten blog! To jest właśnie wynik twojego przekonania, ze masz
prawo powiedzieć każdemu i wszystko, no prawo to może masz, ale nie musisz z niego
ostentacyjnie korzystać jak tylko przyjdzie ci na to ochota. Każdy z nas ma to prawo,
niemniej z uwagi na świat w jakim żyjemy i dbałość o dobre stosunki, większość z nas z niego
rezygnuje lub korzysta w chwilach wściekłości (zwykle odwrotny skutek się osiąga).
 Wiesz dobrze, ze jak XX do ciebie pisze to nie po  to żeby ci opowiedzieć o swoim życiu, tylko
po to żeby wzbudzić zazdrość i ze ty sama wcale
jej nie interesujesz.
Jesteś odbiorcą wspaniałych dokonań i masz się zachwycać, bez zastrzeżeń.
 Zobacz, ty piszesz blog, my go czytamy i K. przysyła ci bardzo delikatna uwagę, ze jego zdaniem 
dziennik jest dydaktyczny i to juz nie daje ci spokoju, piszesz do mnie, próbujesz dociekać
czy to prawda, bo ci to nie daje spokoju, a on tylko napisał ze jest dydaktyczny
(uwaga w najwyższym stopniu neutralna), ale ponieważ wystąpiła jakaś uwaga, którą można
zinterpretować jako krytyczna, ty uruchamiasz w swojej głowie mechanizm obronny.
 A teraz Ty piszesz swój komentarz.
Na to XX, dostaje wścieklizny, bo drży jej chora ambicja robienia WIELKICH rzeczy i jak wiesz
(bleheheheh), cale jej życie było ciągiem głęboko przemyślanych posunięć, które miały doprowadzić
do określonego celu (dobrego czy złego to zależy od punktu widzenia - dla mnie to wszystko lipa).
 A tak dodatkowo, sama jesteś osoba, która nieustannie szuka jakiegoś celu, nie kryjesz się 
z tym zbytnio, że nie wiesz co masz ze sobą zrobić, gdzie iść, i jak żyć, a jeśli wyrażasz
krytykę czyjegoś sposobu na życie to ten ktoś (znając ciebie kiedyś) uważa, ze robisz to
z zazdrości, z zazdrości o to że on ten cel ma a ty go nie masz.
Tak właśnie mogła być odebrana Twoja opinia.
 - Osoba B: A to ze ktoś żyje w obłudnym świecie, i wierzy w ideały o zbawieniu świata, 
to juz jego kwestia. Ale ty nie musisz im tego mówić, pamiętaj ze obnażając ich ideały,
ich poglądy ranisz ich bardzo. Może nie powinienem tego pisać, ale nie ma przyjaźni na siłę,
na siłę to można kogoś batem wysmagać, ale nie się przyjaźnić i pamiętaj
lepiej mieć kilku przyjaciół niż 500 kolegów!

– Osoba C: No, już jak pisałaś ten komentarz
to wydawał mi się zbyt osobisty.
Tacy ludzie nie chcą słyszeć, że pracują dla
pieniędzy i wakacji na Sri Lance.
Ale z sensem komentarza zgadzam się
całkowicie.

+ pan M. z Pragi zawsze mówi, że jestem „trudna”.
Nie wątpię, że użyłby tego określenia i w tym wypadku.

A na koniec posłowie, już moje:

Cała sprawa
dotyczyła kwestii pracy w obronie ludzkich praw. W której ja wypowiedziałam się
„nie po linii”.


Karta Praw
Podstawowych Unii Europejskiej:

Art. 14. Wolność
myśli, sumienia i wyznania

Art. 15. Wolność
słowa


Wszystkie
kontrowersyjne komentarze, o których mowa, zostały wykasowane z blogu, który dotyczył praw
ludzkich
.

Rozumiem:

Prawo do wolności myśli
i słowa obejmuje przecież również prawo do niesłuchania.

PRAWDA – a może jednak warta łez?

Miałam kilka pomysłów na to o
czym będę dzisiaj pisała, ale jak to zwykle bywa zadziałała zasada „chcesz Pana
Boga rozśmieszyć, powiedź mu o swych planach”. Więc będę pisać o czymś innym niż
chciałam, konkretnie o wolności słowa. O wolności mówienia swojej prawdy.

Prawda często boli, czasem
bardziej tego kto ją mówi, czasem bardziej tego kto ją słyszy. Rzadko jest
obiektywna, bo przecież potrafimy patrzeć się na świat tylko własnymi oczyma.
Widzimy tylko to co chcemy widzieć, słyszymy tylko to co chcemy słyszeć. Czytamy
tylko to co nam odpowiada.
Podobnie bywa z interpretacją. A jak w grę wchodzi urażana duma lub kompleksy, to nasza prawda
staje się już zupełnie subiektywna. Dotyczy to nieomal nas wszystkich, trzeba
być wielką osobowością, albo wykazać niezwykłe opanowanie, żeby tego
subiektywizmu uniknąć. Mnie (niestety) udaje się to rzadko… choć się staram się
i chyba się jednak poprawiam (tu w oczywisty sposób przygotowuję miejsce do
ciosu, temu kto będzie chciał go zadać, ale takie jest życie).

Poza tym nie da się zadowolić
wszystkich, są i tacy, których zadowolić się nie da.

Czy z tego powodu powinniśmy z
tej subiektywnej prawdy, de facto z wypowiadania własnych opinii zrezygnować?
Oj,
spędziłam dzisiaj i nie tylko dzisiaj dużo czasu zastanawiając się nad
odpowiedzią.
Myślę, że każdy musi sam podjąć
decyzję, co zrobić. Są ludzie, którzy mają to szczęście, że nie mają zbyt wielu
opinii, albo lubią zachować je dla siebie. Jeszcze inni walą co myślą nie
licząc się (lub licząc) z konsekwencjami.

Ja niestety/ lub na szczęście (niepotrzebne
Twoim zdaniem możesz skreślić) opinie miewam, często kontrowersyjne, często
dostaje za nie po uszach. Czasem bardzo porządnie. Zazwyczaj najpierw się
pozłoszczę tak generalnie, a potem 10 razy przemyślę, czy może jednak bijący
mnie po uszach nie miał racji. A potem rewiduję moją opinię, albo nie. I idę w
świat razem z Eremitą:” kartą poszukiwania prawdy w oparciu o własne możliwości
umysłowe”. Zdaniem jednych bogate, zdaniem innych ubogie.

Dzisiaj dostałam po uszach,
bardzo. Od osoby, którą uważam za swojego trudnego i nieprzewidywalnego, ale
jednak przyjaciela. Jego prawda jest – jak się okazało – tak bardzo inna od
mojej, że nie możliwa nawet do polemiki, a co dopiero do przyjęcia. Boli bardzo, ale
świat nie stanie z tego powodu.

Dzisiejsze wnioski, takie same
jak zawsze w tej sytuacji. Pochopnie pomyślałam, że będę zrozumiana, bo tym razem partner
nie ma już 18 lat, jak w wypadku Joosta. Liczyłam na dyskusję i częściowo nawet się
to powiodło, ale ze strony innej osoby niż się spodziewałam, za co dziękuję.

Ale generalnie mój błąd, moja lekcja. Jeśli sama chce, żeby ktoś
respektował moją prawdę, muszę przyjąć czyjąś z podniesioną głową. Ja wiem,
wszystko dziś trochę zamotane. Ale dzisiejsza prawda jest zamotana, bywa. Jak
mawia moja Siostra „nic Ci na to nie moge
poradzić“.

ABSOLUTNIE ZABAWNE WYKŁADY

Pan K. twierdzi, że mój blog generalnie da się czytać, ale, że jest nadto dydaktyczny. Ale co ja mogę? W końcu jestem wytresowana na nauczycielkę. W związku z tym, aby go nie zawieść i jednak pozostać przy dydaktyce, ale nie przynudzać aż tak bardzo:) dzisiaj kilka wątków z absolutnie zabawnych wykładów z literatury hiszpańskiej w pierwszej połowie XX wieku, na jakie mam okazję chodzić. Na wykładach historia literatury przeplata się z historią Hiszpanii, więc trzy przykłady, które spodobały mi się najbardziej:

· BAROJA – pisarz, mamusia Włoszka, tatuś Hiszpan. Wszystko musiało być tak jak chciała, więc został lekarzem. Ale BARDZO tego nie lubił. Mamusi nie podobała się żadna panna, więc został pannem. W końcu cała jego twórczość stała się any-wszystko. Do tego stopnia, że postanowił nie używać czasów subjuntivo – bardzo podstawowych w języku hiszpańskim – czyli tak jakby nie używał na przykład czasów przeszłych u nas:) Nie i koniec. No chłop z jajami, nie?

· Migiel de UNAMUNO – ponoć fajnie pisał, ale nie zupełnie tak jak krytycy wyobrażali sobie pisanie powieści. Jeden z nich napisał, „to co on pisze to nie NOVELA!!!” (powieść), na co on odpowiedział, to ok., bo ja nie piszę noveli, ale „Nivole” i pisał, ponoć z dobrym skutkiem.

– ponadto był rektorem Uniwersytetu w Salamance, wykładał też iteraturę. Na jednym z wykładów zaczął mówić, że Szekspir cośtam zrobił czy powiedział. Jakiś mądrzejszy student podniósł rękę, żeby poinformować Pana Profesora, że mówi się Shakespeare (używając prawidłowej wymowy). Na co Unamuno odpowiedział: „Nie wiedziałem, że preferujecie Państwo język angielski” i kontynuował wykład w tym języku… (co nawet dzisiaj doprowadziłoby przeciętnego Hiszpana do apopleksji).

· Izabela II – pisarką nie była, ale Królową Hiszpanii owszem. Zaszczyt ją kopnął jak miała 8 lat. W związku z tym faktem chciano ją jak najszybciej wydać za mąż, konkretnie w wieku 16 lat. Dano jej do wybór pomiędzy 3 "dobrze urodzonymi" (co jeden to lepszy):

a) królem Portugali – wiek: ok 3 lata (no 2 już dawno skończone)

b) najbliższym kuzynem… ale tu istniała dość uzasadniona obawa, że dzieci mogą być poniekąd walnięte, co u Burbonów już się stawało i staje do dziś (viz. wymowa aktualnego króla + ponoć niezupełnie normalne zachowania najstarszej córki)

c) dużo dalszy kuzyn. W odpowiednim wieku, zupełnie sympatyczny, przystojny. Z niewielką, jakby to powiedzieć… przywarą… był geyem, bardzo.

Wybrała wariant c).

Burbonowie, jako rodzina, są (ponoć) powszechnie znani ze swojej skłonności do miłości fizycznej. Czyli chętnie,często, ze wszystkim co się rusza i wszędzie.

A więc Królowa i jej mąż nie robili problemu ze swoich skłonności. Codziennie ustawiali oficerów w rządku a następnie Królowa mówiła: 7-my z lewej, a mąż: to ja 5-ty z prawej. No i tak sobie żyli wesoło. Aż do czasu jak Watykan się zdenerwował i notę i wysłał z pogróżkami, że w katolickim kraju, to może jednak… Od tego czasu bawili się podobnie, ale ciszej…. Efektem był syn, sztuk 1. Syn Królowej, więc szafa gra:) Czas akcji: połowa XIX wieku.

To tyle na dzisiaj, żeby nie było, że nie dość, że dydaktycznie to jeszcze długo:) Do miłego przeczytania (następny wykład dziś wieczorem, może będzie coś fajnego).

SMELLYMANCA ??? – ani náhodnou!

Milo, kolega z grupy, dumny absolwent Eaton (tak, tak, tej samej szkoły co Książe Wiliam & Henry), Brytyjczyk pełną parą, twierdzi, że Salamanka śmierdzi. Kanalizacja działa lekkopółśrednio, na ulicach można popełnić samobójstwo od zapachów i smrodów wyziewających ze sklepów i restauracji (gadaj z angolem o jedzeniu…), a „mercado” – czyli tutejszy targ ze wszystkim co świeże (kury włącznie z oczami, małe świnki w całości, żywe kraby, kalmary, itd…) to już po prostu tragedia.

Dlatego Milo proponuje zmianę nazwy miasta z Salamanka na Smellymanca. Po prostu Londyn pod tym względem ma dużo korzystniejsze rozwiązania, twierdzi.

No ja rozumiem, ze „jego Londyn” wygląda poniekąd inaczej niż „mój Londyn”, ale jednak.. proszę Państwa… londyńska naziemna komunikacja miejska też jednak nie woni jak łąka kwitnąca różami. Więc pozwolę sobie stanąć w obronie Salamanki i stwierdzić: Ha ha ha…

Zupełnie się nie zgadzam z opinią Milo! 🙂 Nie wiem jak kanalizacja działa u niego w mieszkaniu, ale u nas bez zarzutu. Za to te zapachy na ulicach, te aromatyczne szyneczki wiszące w każdym sklepie, te tapas (przekąski). Te churros (coś jak nasze pączki) pachnące przecudownie. Ach, och Aromamanca!

Jest jeden wyjątek. Niechlubny niestety.

Tutaj WSZYSCY palą. Zielony, niebieski, żółty a ma więcej niż 15 lat – pali…ale może to wina nadmiaru obcokrajowców?!

Nielubie, Nielubię!

Oczywiście nieomal wszyscy „studenci” mojej szkoły palą. Pytałam się ich kiedy zaczynali? Bo, skoro teraz mają 18-20 lat, to nie mieli za dużo czasu zacząć wcześniej. A jednak mieli. Wszyscy obcokrajowcy zaczynali palić ok. 14-15 roku życia. Ci bogaci, wykształceni, młodzi-dorośli palą jak kominy, od dziecka 😦 Podobnie z Hiszpanami. A ja myślałam, że na zachodzie modne jest niepalenie!!!!!!

Guzik z pętelka. Jedyną ozdoba naszego mieszkania jest plakat „Te imaginas… dejar de fumar” – czyli „Wyobraź sobie, że przestajesz palić”. No i ja sobie w pięknych snach wyobrażam, że moi współmieszkańcy palić przestaną.

No nic, i tak pozdrawiam Cię serdecznie z Aroma-Smellymanky:)

CENTRUM (SŁUSZNIE) WYPĘDZONYCH

To nazwa artykułu, który przeczytałam kiedyś we Wprost, albo Polityce, już dokładnie nie pamiętam.

Bardzo mi się ta nazwa spodobała, ponieważ to co wyprawia Erika S. jest moim zdaniem nie do przyjęcia. II Wojna Światowa skończyła się dobre 60 lat temu, a mimo wszystko powraca jak bumerang w wypowiedziach polityków, w czasopismach a nawet tutaj w Salamance gdzie pod jednym dachem mieszkają ludzie różnych narodowości. Na przykład Stefi – jedna z moich najlepszych koleżanek, dumna mieszkanka północnej Bawarii, no i ja – Polka, jak mówi Pan Boski, nieustannie owinięta w polską flagę.

Pytanie brzmi, czy po tylu latach powinniśmy jeszcze wracać do tematu wojny, który nas, jakby się zdało zupełnie nie dotyczy? Jest to kwestia niezwykle delikatna i każdy może mieć swoje zdanie na ten temat, ja myślę, że nie tylko możemy, ale powinniśmy.

Po pierwsze nie jest prawdą, że wojna nie miała wpływu na nasze życie. Gdyby nie wojna, ja na przykład wcale nie byłabym na świecie, bo Dziadziuś zanim poznał Babcie miał żonę, która zginęła w Oświęcimiu a Babcia narzeczonego, który zginął w wojnie obronnej. Mój drugi Dziadzio zobaczył swojego syna, a mojego Ojca dopiero, jak ten skończył 6 czy 7 lat, dopiero po wojnie i już nigdy relacje pomiędzy nimi nie były takie jak powinny. Kto wie, może Ojciec żyłby jeszcze, gdyby nie jego zamotany charakter i relacje z Ojcem? I my byłybyśmy inne, i moja Mama patrzyłaby inaczej na świat, bo jej mąż byłby inny. Tak więc, myślę, że mam prawo uważać, że wojna miała wpływ na moje życie.

Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że trudno winić Bogu ducha winnych, 20 letnich Niemców, za to, że ich dziadkowie walczyli o ich zdaniem słuszną sprawę (a często nie było to nawet ich zdanie). Jedyne co bym od tych młodych Niemców chciała to to, aby pamiętali, że to ich naród rozpętał tę rzeź. Że nie ma żadnego wytłumaczenia dla działań ich Dziadków, którzy walczyli po stronie Hitlera. Często słyszę: „gdyby nie chcieli to by ich zabili”. Gdyby za to chcieli myśleć dzień wcześniej to nikt nikogo zabijać by nie musiał.

Osobiście nie jestem fanem Cz. Miłosza, ale zawsze jak myślę o takich wytłumaczeniach, typu, że nowy Papież „musiał iść do Hitlerjungen” przypominają mi się jego słowa:„I Ty nie jesteś tak bezwolny, a choćbyś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach. Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny”.

Mój Dziadzio, skądinąd uparciuch, mówił zawsze: „słowo MUSZĘ nie istnieje, możemy podyskutować o chcę”. Oczywiście, że są „muszę” – na przykład obowiązki rodziców względem małych dzieci, ale wyjątków jest mało. I przykład postępowania Niemców w czasie wojny nie jest adekwatny.

Pamiętam o tym, że łatwo jest osądzać innych jeśli samemu nie musiało się dokonywać wyboru „zabić brata, albo być zabitym przez brata”. Dlatego nie chcę, aby dziś ktokolwiek kogokolwiek osądzał. Chciałabym tylko, aby wszyscy PAMIĘTALI o tym jak i dlaczego wybuchła wojna i nie pozwolili sobie nawet przez chwilę na szukanie wytłumaczeń. Wojna była jednoznacznie zła. Ci, którzy walczyli po stronie Hitlera jednoznacznie popełnili zbrodnię.

Mam nadzieję, że nasze wejście do EU pomoże w końcu w ujednoliceniu podręczników i wycofaniu ze sklepów map na których Mazury czy Śląsk są oznaczone jako część Niemiec (widziałam takie mapy na własne oczy). Moim zdaniem w całej Europie, podczas nauki historii powinno jednoznacznie podkreślić tę część przeszłości, która dotyczy genezy i rezultatów II wojny światowej. Nieznajomość historii starożytnej może prowadzić do śmiesznych sytuacji, nieznajomość historii najnowszej może zabijać. A tego, ostatnimi czasy, mieliśmy w Europie, więcej niż dość.

¡VIVA PLAZA MAYOR!

Salamanka to miasto kultury, w pełnym znaczeniu tego
słowa!

Właśnie wróciłam z olśniewającego zakończenia obchodów
250 rocznicy powstania Plaza Mayor, czyli rynku głównego w Salamance i nadal
nie mogę przestać się zachwycać. Jestem pod ogromnym wrażeniem!
Była to przepiękna, trwająca zaledwie pół godziny, ale
naprawdę niesamowita ceremonia.

Ale może najpierw kilka słów o samym placu.
Plaza Mayor powstał w latach 1729-1755 i został
zaprojektowany w stylu barokowym przez Alberto Churriguera. Ma kształt
idealnego kwadratu. Ze wszystkich stron plac otaczają budynki, w których obecnie
mieszczą się restauracje, kawiarnie, informacja
turystyczna, drogie sklepy i drogerie a w wyższych piętrach mieszkania.
Dookoła rynku, na fasadzie znajdują się medaliony z podobiznami osób, które
miały wpływ na historię Salamanki, między innymi Generała Franco. Do końca XIX
wieku odbywały się tutaj walki byków, dzisiaj Plaza Mayor to nieustannie
tętniące życiem centrum miasta. Poza okresami intensywnego deszczu plac jest
zawsze pełen ludzi. Codziennie jestem zdumiona skąd się Ci wszyscy ludzie
biorą w tak małym (w sumie) mieście??!! bo plac jest zaskakująco pełny, czasem
ma się wrażenie, że pewnego dnia pęknie w szwach!
Moja nauczycielka hiszpańskiego, przepiękna Almurena
mówi, że ona sama nie ma placu po drodze do domu, ale idzie tam co najmniej raz
w tygodniu, bo to tak dziwnie nie wiedzieć co się tam dzieje. A czasem dzieje
się dużo, na przykład: Król był ostatnio. Prawdziwy! Z Madrytu przyjechał:)

O Plaza Mayor chciałam napisać już wiele razy. Ale może
dobrze, że poczekałam na dzisiaj, bo to specjalna okazja. 250-ta rocznica
powstania no i spektakl jakiego jeszcze nie widziałam!
Zaczęło się o 22:00. Jak zwykle późno, ale jak na
Hiszpanię dosyć wcześnie. Tutaj o 8:00 rano trudno spotkać kogokolwiek, za
to o 3:00 w nocy zupełnie bez problemu, codziennie.
Całemu przedstawieniu towarzyszyła hiszpańska muzyka
klasyczna.
Od początku w rogach placu ustawione były wielkie kolorowe
balony, symbolizujące: słońce, księżyc oraz ziemię. A w poprzek placu została
rozwieszona cienka czarna lina, za chwilę mięliśmy się dowiedzieć w jakim celu…

Zaczęło się od pantomimy pod zegarem – czyli z
najbardziej dekoracyjnej strony placu (
jest to tradycyjne miejsce spotkań, podobne do konia pod Muzeum w Pradze).
Aktorzy, przebrani w stroje ”z epoki”, tańczyli na
balkonach, a następnie obsypali wszystkich białym deszczem papierków.
Potem, nagle, światła zgasły, a jak zapaliły się ponownie
z dwóch stron placu, nad głowami zebranych pojawiły się tancerki w
zwiewnych sukniach: niebieskiej i żółtej, podwieszone na specjalnych trapezach.
Wykonały niesamowity, nowoczesny taniec (przypominam w takt muzyki klasycznej), ok. 10 metrów nad ziemią, poruszając się po przekątnej placu. A następnie światła zgasły ponownie.

Chwilę później w górę uniosły się balony a oświetlenie
sprawiło, że ściany placu zamieniły się w dziesiątki uśmiechniętych słońc. Pod
balonami zobaczyliśmy zawieszone na trapezach tancerki – tym razem w sukniach zielonej,
jasnoniebieskiej i szarej.
Balony prowadzone na specjalnych linach, a wraz z
nimi podwieszone artystki przemieszczały się po całej powierzchni placu,
pomiędzy tłumami gapiów. Potem
balony powoli opadły.
Nagle, z przeciwległej strony (do zajętej przeze mnie
pozycji), przez jedno z wejść na plac, wtoczyły się przeźroczyste kule, a w
nich kolejne tancerki wykonujące szalone
salta
, tym razem w czerwonych sukienkach. Kule poruszały się szybko i nie można było przewidzieć kierunku ich ruchu, dlatego wielu
gapiów uciekało w ostatnim momencie. Po chwili z niczego nic, po dwóch stronach
placu wytrysnęły fontanny drobniutkiego deszczu, podświetlane kolorowymi
światłami, podnoszące się i opadające w rytm gitarowej muzyki. Wszyscy jakby nigdy nic wyciągnęli parasole i
oglądali obrazy wyświetlane w tym samym czasie na ścianach placu.

Kulminacyjną częścią występu był jednoczesny taniec pięciu artystek: trzech podwieszonych pod przemieszczającymi się balonami oraz dwóch
wiszących na trapezach i przesuwających się po przekątnej placu. Niesamowite rytmy, kastaniety, tancerki i fontanny. Można
powiedzieć, że większość spektaklu odbyła się w powietrzu, tak aby wszyscy,
tłumnie zgromadzeni na Plaza Mayor mieli szanse zobaczyć co się dzieje.
Niezapomniane przeżycie!
¡De verdad!

Najbardziej podoba mi się fakt, że takie wydarzenia są
tutaj na porządku dziennym. Salamanka to naprawdę europejskie miasto kultury,
nie tylko w roku 2002, kiedy była to jej oficjalna nazwa.
Przedstawienie było niesamowite. Być może nie umiem go opisać w
taki sposób, abyś mogła/mógł je sobie wyobrazić, dlatego tak bardzo chce
podkreślić, że na obserwatorach wywarło ogromne wrażenie.
Z pewnością kosztowało organizatorów dużo pracy i
przygotowań. Plaza Mayor, to w sumie nie wielka powierzchnia (niestety nie znam
wymiarów), a układy choreograficzne były naprawdę skomplikowane.

Bardzo bym chciała, aby kiedyś, zamiast 3 smutnych koncertów, sztucznych ogni i tygodnia
bałaganu tak właśnie wyglądały Dni Bytomia z którego pochodzę.
Krótko, ale z klasą.

CZASY SZCZUPŁYCH ODCHODZĄ DO PRZESZŁOŚCI

Dziś ciekawostka z gatunku moich obserwacji „młodego
pokolenia”, która mam okazję poznawać w domowym i przydomowym akwarium
(szkole).

Od wielu miesięcy wszyscy mamy możliwość śledzenia w
prasie, książkach i na Internecie, że wielkim problemem społeczeństwa świata
zachodniego a powoli i naszym, staje się nadwaga jego obywateli. Powstaje wiele siłowni,
gazet z cudownymi dietami i organizacji takich jak „Weigth watchers” , których
celem jest powstrzymanie tego niekorzystnego procesu.
Obserwacja narybku, który jest moim obiektem badawczym, prowadzi
do smutnego konstatowania, że jeżeli
już teraz nie podejmiemy drastycznych kroków
przeciwko aktualnemu stanu rzeczy, a nie podejmiemy, czasy pięknych i
szczupłych „uz se nevrati”.

Mam porównanie. Zdecydowana większość moich koleżanek z
Polski i Czech (tu myślę przede wszystkim o Polkach, ale i o Czeszkach powyżej
23 roku życia) to osoby szczupłe, żeby nie powiedzieć chude. Ja również się do
nich zaliczam. Wszystkie jemy mniej więcej normalnie, tzn. regularnie, ze
smakiem, zróżnicowane jedzenie, żywimy się albo w domu albo na mieście, ale nie
oszczędzamy na jedzeniu, bo też nie ma powodu, a od czasu do czasu walniemy
sobie czekoladę w całości, albo najemy się jak młode prosięta (co może na
piśmie potwierdzić moja rodzina).
Generalnie jednak obowiązuje zasada, że jemy
tyle na ile mamy ochotę, a nie tyle ile uniesiemy.

Obserwując moje koleżanki (zwłaszcza) z Niemiec,
Holandii, Belgii, Anglii !!!, mam wrażenie, że one jednak jedzą tyle
ile uniosą. W efekcie, tak mniej więcej co drugi wieczór, kiedy wybierają się
na zabawę, która obowiązkowo nie zaczyna się przed godziną 24:00, mam okazję
oglądać prawdziwą rewię brzuchów wylewających się z ciągle modnych biodrówek. Panienki
wciśnięte w obcisłe bluzeczki, przyozdobione wielkimi kwiatami, wyglądają
zazwyczaj jak baleron w siatce. Jedyną ozdobą są biusty, zwykle poważnych
rozmiarów, które również wypadają z wyżej opisanych bluzeczek. Zastanawiam się,
czy panny martwią się po nocach swoja ewidentną nadwagą lub skłonnościami, czy
rzeczywiście jest tak jak mówią, że „kochają swoje ciało” (a mają co kochać!). Na szczęście w tej
sprawie udaje mi się konsekwentnie unikać jakichkolwiek pytań czy komentarzy, bo to
jednak delikatny temat, zwłaszcza w ustach starego chudzielca.

A proszę pamiętaj, że moje Polskie koleżanki mają już
bliżej 30-stki, niektóre są szczęśliwymi matkami, a te tutejsze często nie
przestały mieć naście lat…
Jednocześnie te Angielki, Holenderki itd… codziennie
chodzą do siłowni, aby następnie zjeść 2 pizze na raz. I po co?

I jeszcze jedno. Ja rozumiem, że człowiek ma swoją wagę optymalna, zależną od wieku,
ja na przykład teraz ok. 54 kg,
a ktoś tam 60, czy 65 i wiem, że w wielkiej mierze genom zawdzięczamy to, jak
wyglądamy. I że osoba, która waży 60
kg, ale ma piękne, wysportowane ciało wygląda niebo
lepiej niż 45 kg
anorektyczka. Problem w tym, że one tego wysportowanego ciała nie mają i zda
się, że mieć nie będą, bo to wymaga samodyscypliny. Mają za to auta, pod ręką
puszkę piwa i chipsy (które mimochodem uwielbiam w każdej ilości:) a sałatki
uważają za truciznę. Dodatkowo wszystkie są tak samo grube, więc pewnie dlatego,
nie wydaje im się to niezwykłe.
Reasumując obawiam się, że tendencja
zwiększania się przeciętnej masy ciała będzie trudna do zatrzymania, a do tego pewnego
dnia, one wszystkie będą miały dzieci, a potem to już chyba nawet do auta
będzie
się im trudno wchodziło. Ale psss… to tajemnica, której nie mogę im zdradzić.

PRAWDA

Jestem na siebie wściekła i smutna, bo nie umiem wydorośleć. Po raz kolejny zrobiłam dokładnie ten sam błąd co zawsze. Powiedziałam komuś prawdę. Moją prawdę, która wcale nie musi i NIE JEST obiektywna.

Co się konkretnie stało?

Jednym z mieszkańców mojego domu Salamance jest młody (18) Holender, Joost. Jest bardzo sympatyczny, inteligentny i rozpaczliwie rozwydrzony. Bogaty, ogłupiony i zepsuty ilością pieniędzy, którą ma do dyspozycji. Z resztą jak większość uczniów szkoły do której chodzę.

Dzisiaj po szkole, w której, jak zwykle nie był, oświadczył wesoło, że w ciągu 3,5 tygodnia wydał na jedzenie i zabawę 850 EUR. Nie wiem co mnie podkusiło, znowu jakaś gupia część mnie, która nie umie się zamknąć w momencie, kiedy jest to najbardziej potrzebne i zaczęłam z nim o tym rozmawiać.

Skarżył się, że do 20. listopada ma TYLKO 500 EUR na jedzenie. Więc zaczyna oszczędzać. Zamiast uśmiechnąć się, zażartować, albo sama nie wiem co, puścić to mimo uszu, zapytałam się go co chce zrobić z taką kasą w ciągu miesiąca? Powiedziałam mu, że to jest dziecinne wydawać wszystko co się ma i ciągle prosić rodziców o więcej. Że jeśli tatuś kiedyś straci firmę, to on najpewniej umrze z głodu, bo nie umie robić zakupów, bo nie umie rozsądnie gospodarować pieniędzmi, bo jego życie to tylko bezsensowne wydawanie. Że miał szanse sporo zaoszczędzić, albo pomóc komuś kto to potrzebuje, a on jest dumny, że tyle wydał!

Nie rozumiał, jak to miałby dać komuś SWOJE pieniądze? Przecież dostał je od rodziców właśnie dlatego, żeby się dobrze bawił. To są JEGO pieniądze. A on już ciężko pracował, więc wie jak to jest. Zamiast przestać, powiedziałam: ciężko? to znaczy ile godzin? bo dla mnie ciężko to jest tak 15, mniej to zabawa, jeśli w pracy nie musisz myśleć. Dałam się wciągnąć, a może wciągnęłam jego w zupełnie bezsensowną dyskusję na temat wartości pieniędza.

Powinnam była wiedzieć, że on NIE MOŻE rozumieć, że pieniądze nie spadają z nieba. Że ma 18 lat, że jeśli jego zachowanie, to że jest tutaj a jedyne czym się zajmuje to picie wódki z kolegami, palenie, niszczenie sobie zdrowia (to ten co ma bardzo popsute płuca), jeśli jest czyjąś winą, to tylko winą jego rodziców. A mnie nic do tego.

Powiedziałam, że w życiu bym go nie zatrudniła. Prawda. Ale co z tego? On nie potrzebuje pracować a już na pewno nie u mnie. On jest z innej bajki.

Potem dziewczyny powiedziały mi, że Joost czuje się troche urażony i że może nie powinnam była tak z nim mówić.

I mają świętą rację. Bo to ja jestem żałosna, bo jak widać, w wieku 29 lat ciągle nie umiem zaakceptować faktu, że świat składa się z bogatych i biednych. A to, że ja urodziłam się – patrząc z perspektywy moich współmieszkańców – w tej drugiej grupie nie sprawia, że jestem lepsza. Co z tego, że za mój pobyt tutaj płacę sama? Mam problem, nie powód do dumy. On go nie ma. Ma chłopak szczęście i tyle. I to ja mam problem, nie on, jeśli nie podoba mi się, że szasta pieniędzmi.

Wyszła ze mnie taka głupia zawistna polskość, małostkowość. Zupełnie niepotrzebnie. On tej mojej prawdy, że pieniądze kosztują, nie musi, jeszcze (?), znać. Więc niech jej nie zna! Niech żyje jak żyje, jeśli może i jeśli mu to odpowiada!

Wierzę w każdą literę, którą mu powiedziałam. Ale po prostu, dzięki dziewczynom, które w sumie mówiły „ale wiesz on jest inteligentny, ale jeszcze głupi, on jest z innego świata, jego rodzice chcą, żeby tak żył” i takie tam dyrdymały, zrozumiałam, że tak naprawdę głupia to jestem ja. Z tą moją, jak zwykle, niepotrzebną, drastyczną, urażającą jego dumę, prawdą. Której on NIE MOŻE zrozumieć i nie ma potrzeby żeby rozumiał.

Jutro go przeproszę, jeśli mi na to pozwoli. Zupełnie szczerze. Najchętniej zrobiłabym to teraz, ale jest już noc, więc baluje. A ja siedzę i jestem na siebie wściekła.

Jak wpadłam na to, żeby winić kogoś za to że jest bogaty i że nie musi znać różnicy pomiędzy tym samym sokiem kupionym za 50c i za 2 EURa tylko 200m dalej????

Boże, kiedy ja w końcu dorosnę???

P.S.

Przyszedł, przeprosiłam go, przy czym się oczywiście popłakałam, bo jestem wściekła na siebie, jak zawsze jak zrobię taką kardynalną głupotę. Dlatego też piszę w nocy. A on się śmiał, że to i tak nie miało dla niego zbyt wielkiego znaczenia. I bardzo dobrze. Cieszę, się, że to była lekcja dla mnie, nie dla niego. On jej znać nie musi. To ja muszę w końcu wydorośleć. Amen.

MACIERZYŃSTWO

Wczoraj po szkole nie uczyłam się nic a nic (leniuch wstrętny), usprawiedliwiając się faktem, że wieczorem wybierałam się na wykład dotyczący literatury hiszpańskiej w pierwszej połowie XX wieku (temat kiedyś pewnie powróci, bo bardzo ciekawy).

A po nim skusiłam się na herbatę z Pią (Tia, choć i to nie jest jej prawdziwe imię powiedziała, że woli, żebym nazywała ją tutaj Pią, bo miała kiedyś taką sąsiadkę, i bardzo jej się to imię podobało, a potem chciała tak nazwać swoją córkę, ale mąż się nie zgodził).

No więc skusiłam się na herbatę, która skończyła się po 22, pod domem w którym mieszka. Moje rozmowy z Pią nieświadomie zmieniają się w coś w rodzaju wywiadu, bo ja jej uważnie słucham, a ona chyba chce to komuś powiedzieć. To poznawanie jej życia nieomal boli, bo jakoś tak jest, że jak stopniowo zyskujemy czyjeś zaufanie, ten człowiek pozwala sobie na odkrywanie coraz ciemniejszych kart swojego życia. W przypadku Pii, jest to zupełnie niepozorne, ona to mówi jakby przez przypadek, jakby jej to do końca nie dotyczyło, a przecież musi (?) bardzo boleć.

Pisałam już, że ma dwójkę dzieci: syna i trochę starszą córkę. Pisałam też, że z synem rozmawia regularnie, ale tylko przez telefon, bo boi się jego napadów złości w restauracji.

Dziś przyszła kolej na córkę. Ma 32 a nie 34 lata, jak mi się wydawało, niedawno wyszła za mąż po raz drugi. Na pierwszy ślub nie zaprosiła obojga rodziców (bo zielone), na drugi zaprosiła tylko ojca, który, ku mojemu zdziwieniu, poszedł. O bracie nie wspominam. Syn i córka nie rozmawiają ze sobą od lat. Syn uważa, że siostra jest głupia (ponoć trochę jest), a córka, że brat jest nienormalny (i z tym Pia zgadza się w pewnym stopniu).

Córka rozmawia i spotyka się z ojcem, który na stare lata postanowił nadrobić zaległości z dzieciństwa swych dzieci. Zawsze dzwoni mąż córki, odbiera Pia i jak telefonistka prosi męża do aparatu. Potem mąż mówi z córką. Pia nigdy nie widziała rodziców męża swej córki a jego samego tylko raz, jak przyszedł odebrać jakąś paczkę i oddać psa na przechowanie. Jak twierdzi, na szczęście nie mają dzieci.

Pia 16 lat mieszkała SAMA w Paryżu, nie pracowała i cały swój czas i życie poświęciła wychowywaniu dwojga dzieci. Potem też zajmowała się tylko nimi, ale mąż pojawiał się już częściej. A teraz mieszkają w jednym mieście i nie widzą się nawet raz w roku??!!!. Ona się nie skarży, mówi o tym jak o zeszłorocznym śniegu, że owszem bardzo ją ta sytuacja boli, ale, że uważa, że to nie ona powinna cokolwiek zmieniać.

Powoli, spokojnie, bez emocji. A mnie chce się płakać.

Co trzeba zrobić, żeby „przypodobać” się swoim dzieciom?

Pytałam się jej, czy wie dlaczego jest właśnie tak jak jest? Powiedziała, że to przyszło stopniowo, a zaczęło się jak córka miała 16 lat i chciała ekstremalnie „wykorzystywać uroki dorosłego życia”, a Pia nie ze wszystkim chciała się zgodzić. Więc, aby ją „ukarać” córka rzucała się w ramiona Tatusia, który pojawiał się w ich życiu pomiędzy kontraktami w dalekich krajach i był niezwykle szczęśliwy, że córka nagle zaczęła go tak kochać.

Pia mówi też, że rozumie, że w czasie dojrzewania młody człowiek bardzo cierpi i że trzeba to jakoś przeżyć, ale potem powinien zrozumieć. I ona nie wie co takiego zrobiła, że jej dzieci nie zrozumiały.

Bo, na pewno jest w tym i błąd Pii. Myślę, że nie jest osobą, która pierwsza wyciąga rękę, już trochę lubi żyć ze swoim „nieszczęściem”, z tą swoją samotnością z domieszką znajomych. Ale może rzeczywiście jako Matka nie musi/nie powinna tej ręki wyciągać? W końcu to już są zupełnie dorośli ludzie. A może powinna. Nie wiem.

Więc jeszcze raz: co można zrobić, aby nasze dzieci nas lubiły i darzyły szacunkiem? Ja winię moją Mamę, za to, że miała dla mnie zbyt mało czasu, Pia miała go aż za dużo. I tak źle i tak nie dobrze. Dlaczego nie umiemy docenić rodziców? Tak tak, ja też mam „swoje powody”, ale może powinnam starać się bardziej… tylko czy będę o tym pamiętać jak już wrócę do Polski i znowu coś będzie nie po mojej myśli? Nie, już dziś wiem, że nie będę. Oczywiście „JA” to inny przypadek niż dzieci Tii. Tak tak, przecież mam „powody”, ale tak naprawdę to chyba wszyscy jesteśmy tacy sami. Excuses, excuses… Szczęśliwi Ci, którzy jak Pan Boski widzą w swoich rodzicach mini-Bogów (mniej szczęśliwa ich druga połowa, ale to już inna para kaloszy).

Już niedługo będę miała 29 lat, więc pewnie wkrótce przyjdą i dzieci. Już się boję. Na pewno będę nie taka, jak powinnam. Generalnie jestem strasznie trudna a co dopiero w roli opiekuna- stróża- nauczyciela Młodego Człowieka!?

Moja Siostra jest super – Matką, a jej mąż świetnym Ojcem. Ale czy Mrówki będą sobie z tego zdawały sprawę za 10-20 lat? Dziś tak myślą, to wiem na pewno. Ale i dzieci Pii myślały w tym wieku. Gdzie tkwi błąd, który tak wiele z nas – dzieci/niedzieci sprowadza na manowce?

Ciebie nie? To masz wielkie szczęście, albo bardzo nie masz dystansu do samego siebie. Znam mało rodzin gdzie stosunki rodzice-dziecko są optymalne. W skrócie albo rodziców nie lubimy i frytki, albo obdarzamy pół-boskim szacunkiem tworząc nowoczesny obraz kompleksu Edypa/Elektry. Może jestem pesymistką, a może optymistką, która pozwala sobie widzieć świat jakim jest, a nie jakim chciałaby żeby był.

Ja jestem z wariantu „włoskiej rodziny” czyli kochamy się lub nienawidzimy w zależności od sytuacji, pięknie i ekstremalnie. Mogło być gorzej, mogło dużo lepiej.

Mam w życiu parę marzeń: objechać Świat dookoła, odnieść wielki sukces zawodowy, mieć świetne mieszkanie itd. Tylko, że tak na prawdę liczy się tylko jedno moje marzenie: założyć fajną rodzinę, w której wszyscy będą zdrowi i będą lubić swoje towarzystwo. I będzie rodzina która już mam i rodzina mojego towarzysza życia. Tak zwyczajnie, po prostu, codziennie. Szkoda, że jest to jedyne marzenie na które w najmniejszym stopniu nie znam recepty. Znam tylko te z gatunku: tolerancja, wzajemny szacunek, ugotuj zupę z jelenia – świetne, tylko jak to zrobić w praktyce?

P.S.

Przepraszam ewentualnych czytelników płci męskiej, ale pisałam ze swojej perspektywy, dlatego „macierzyństwo”.