Pamietam taki odcinek Sexu w wielkim miescie, kiedy jedna z glownych bohaterek stwierdzila, ze w Nowym Yorku, kazda kobieta poszukuje jednej z 3 rzeczy: faceta, mieszkania albo pracy.
Z radoscia moge konstatowac, ze Pana Boskiego lubie bardzo (jak mu akurat palma nie odbija), mieszkanie mam zdecydowanie najpiekniejsze na swiecie (choc malutenkie), prace tez mam.
Mam tez szczesliwa reke do miejsc zatrudnienia z duza fluktuacja pracownikow. Wlasnie szykuje sie seria wypowiedzi. Wczoraj byla pierwsza pozegnalna imprezka. Handlowy odszedl do banku (glowna kwalifikacja: jest instruktorem squasha).
Ciezko sie musze motywowac, zeby kiwnac palcem w warunkach zerowej szansy na realizacje projektu. Z drugiej strony AW tak mnie szkoli opawiadajac o roznych kandydatach, ktorym kradnie glowy, ze nawet nie mysle o zmianie pracy po 7 miesiacach, bo nie chcialaby mojej glowy juz nigdy. Kazdego ranka biore dusze na ramie i 45 minut mkne na drugi koniec miasta. W oczekiwaniu na cud zmiany.