Obudzilam sie o 4:30 gdy przez podciagniete zaluzje zaczelo zagladac slonce. Bylo parno i dziwnie. Dopadl mnie strach z niczego. Taki strach, ktory sam nie wie co chce, za to doskonale wie, ze jest i wierci w brzuchu.
Nie boje sie slubu, ani pracy ani niczego konkretnego. Boje sie dnia, tego dzisiaj. W brzuchu wierca sie szare motyle. Oczka niewyspane a ja musze powalczyc, zeby dzien nie sprowadzil sie do strachu. Carpe diem.