Bylam u dentysty. To kolejny i na szczescie ostatni odcinek mojej dentystycznej epopei. Jak juz pisalam u dentysty nie boje sie bolu. Boje sie wyroku skazujacego. I dzisiaj bylo bardzo blisko takiego wyroku. Wiercila, wiercila i slyszalam jak prycha, jojka i robi smutne miny. W koncu stwierdzila, ze to wyglada na leczenie kanalowe, ale jeszcze sie stara go uratowac.
Co ja? nic, oczywiscie zoladek zmienil sie w "super nowa", nogi sie naprezyly a strach zagoscil w zamknietych oczach. Nie, nie boje sie leczenia kanalowego, ani nawet jego bajonskich kosztow, boje sie perspektywy kolejnego martwego zeba. I tak sie zaczelam bardzo martwic…i…nagle postanowilam sprawdzic slowa szefa – dostaniesz to, co myslisz, ze dostaniesz. Powiedzialam sobie w duzy "jesli powiedziala, ze sprobuje go uratowac to go uratuje i kropka"
Wypedzilam z glowy wszystkie zle mysli i "epatowalam pozytywna energie". Po jakims czasie jojkanie i cmokanie ustalo a dentystka powiedziala do asystentki:
Life! a ja – dentysta amator – wiedzialam, ze life to taka papka, ktora daje sie na miazge. A jesli jest miazga to nie ma leczenie kanalowego!
I tak wlasnie moja sila ducha zwyciezyla z wredna pruchnica (a przede wszystkim z poprzednim dentysta patalachem). Czego i Wam zyczymy
/ jeszcze ciagle sie trzese ze strachu o ta mala, biedna siodemeczke, uratowana/