TYLE SLONCA W CALYM MIESCIE

Plany na dzisiaj mam raczej proste:

  1. zalegla
    praca
  2. gotowanie
    obiadu
  3. wyjezdzam
    do szpitala
  4. spotkanie
    z najlepszym kolega z klasy i lawki, bratem, przyjacielem, itd, itd. A tak
    w ogole to narzeczonym! Bo lata temu ustalilismy, ze jesli nie znajdziemy
    pary (czytaj: nie bedzie slubu) do moich 27 urodzin… potem przesunelismy na 30 i to bedzie w grudniu, tooo slub bedzie.
    Jesli bedzie mial czas – to spotkanie, nie slub.

Jestem nastawiona optymistycznie, bo Bytom przywital mnie sloncem. Praga byla
pochmurna a tu piekne. Mnie tam surrealizm postindustralnego Slaska nie
przeszkadza. Emigranci sa slepi. A ja lubie sloneczko, nawet odbijajace sie od
sniegu. Po Hiszpanii jest mi ciagle zimno i zachwyty, ze bedzie +27 to dla
mnie promyczek slonca, ale jednak nadal mroz, przyzwyczaje
sie.
Wszystkim cieplo, a ja mam paznokcie w odcieniu delikatnego fioletu. Dlatego ciesze
sie promyczkami…

Odniegajac od tematu: ten wczorajszy mecz, to byla taka piekna
katastrofa. Z ciezkim sercem ogladam wiekszosc polskich meczy i wiadomosci sportowych.
Juz pisalam. Nie umiem grac na skrzypcach to sie nie pcham na scene. A panowie
owszem. No hrůza!

PRZYJECHALAM TU, ZEBY PRACOWAC

Oczywiscie, poza najwazniejszym powodem, zeby pomoc.

No w kazdym razie, aby mogla zaczac pracowac musze miec
mozliwosc polaczenia sie z Internetem. Wspolnymi silami rodzinka zalatwila
Neostrade. Miala dzialac, acha.

Rano zainstalowalam co trzeba i zielone, nie dziala. Godzine
wymyslalismy z Panem z pomocy technicznej (pomoc bezplatna a pan bardzo mily)
jak to zrobic zeby jednak dzialalo. Mial czas, dzwonilam bladym switem (ok. 5-6). W
koncu sprawdzilismy wszystko, wina jest po stronie TPSA, dostalam numerek, mam
czekac.
Ale… przyjechalam tu, zeby pracowac, poza pomoca, oczywiscie.

Dalam im dwie godziny. Zielone. Mam czekac, Pan (nastepny)
oczywiscie nic nie moze zrobic. Poczekalam kolejne dwie godziny. Przestal mi dzialac
telefon. Na szczescie Siostra odblokowala.
I stala sie jasnosc. Mam Neostrade!!!!!
Zobaczymy jak sie bedzie sprawowala, na razie jest ok.

Nie mam zielonego pojecia jak przez process instalacji
przechodzi osoba po 50, mysle ze powinna zabierac sie do sprawy ze
spadochronem, bo jest to sakra skomplikowana operacja. Ale ja juz umiem. Nawet
na dwa sposoby: standardowy – i ponoc nie do konca bezpieczny.Oraz szalony –
przez ktory przeprowdzili mnie informatycy z TPsa uznajac, ze powinnam skumac. No kumam, kumam.

Tyle, ze teraz to ja musze gotowac i takie tam. Bede
pracowac w nocy. Trudno. I tak chwale laki umajone, ze w pracy zgadzaja sie na
moje niestandardowe podejscie do miejsca wykonywania zawodu.

Nawet dostalam nowego lap-topka. Nie nowego, to by bylo zbyt
piekne, ale po generalowi, wiec paramety ma tak 2 razy lepsze niz moj wlasny,
no i monitor 15’’ Przy tym jest lzejszy;)

Przyjechalam tu, zeby pracowac, wiec ide gotowac. Potem jade
z obiadem. A wieczorem popracuje. MUSZE dzisiaj odeslac te listy, bo porazka.
I drobnostka zaproponowac brzmienie tekstow na stronach… po czesku, do poniedzialku. Wtorek i srode mam na czesc slowacka… Jak zwykle mam 3 razy wiecej pracy niz sie da w przepisowym czasie. Pan Boski
twierdzi, ze to moja wina. Zaczynam mu wierzyc.

P.S.
Na razie nie mam polskiej klawiatury, a wiec rowniez slownika.
Co widac na zalaczonym obrazku. Bede walczyc jak lew, zeby mi zainstalowali. Ale
to w srode, jak wroce do Pragi, na 3 dni.

TO SIĘ ZDARZA TYLKO MNIE!

Ale za to często.
Właśnie uświadomiłam sobie, że mam założoną piękną wyjściową sukienkę, tyle, że
tyłam na przód, na szczęście nie widać, bo mam żakiet i one te strony tak bardzo
się nie różnią. Niemniej jednak wybiorę się ładnie do łazienki w celu
przebrania małej dziewczynki.

I tak dobrze, ze
nie mam jeszcze szwami do góry. Kiedyś tak poszłam na zajęcia, jeszcze na
studiach w Łodzi, podkoszulek miałam przodem do tyłu + wywinięty odwrotną
stroną.
W Sevilli
zdarzało mi się zapominać zeszytów lub książek do szkoły… ale to mam już od
podstawówki, kiedy to czasem szłam do szkoły bez tornistra.

To jest wynik
tego, że się nie maluję i generalnie nie spędzam dużo czasu przed lusterkiem.
Ale jednak
przegięcie. Albo początek choroby pod znakiem tego Niemca…. jak on się nazywał?
Jakoś na A, chyba?

Wczoraj wieczorem
nie zdążyłam, niestety, do kina z dziewczynami (oczywiście miałam naradę). Tak więc udałam się do domu w celu spędzenia
wieczoru z Panem Boskim. Chłopak nie miał najlepszego humoru, co jak zwykle
przejawiało się w dwojaki sposób: sprzątał i czepiał się. A ja jadłam. Muszę
trochę podgonić z wagą, bo aktualne numerki są jednak trochę zatrważające. Staram
się to robić systematycznie, jem późno i dużo. Więc są szanse. Z 5-7 kg by mi nie zaszkodziło.

Sprzątał moje rzeczy głównie, oczywiście, jego nie robią bałaganu i są
zdecydowanie na właściwym miejscu. A marudził ponieważ … tu następowała długa
lista niezwykle istotnych powodów, które możemy podzielić na 2 zasadnicze
grupy:

  1. jestem mało aktywna ( z podgrupą: to
    że jest mi zimno jest wytworem mojej schorowanej wyobraźni) i on nie wie,
    czy może być z kimś takim, kto po powrocie z Sevilli, nocy w teatrze w
    poniedziałek nie chce iść na fascynujący spacer we wtorek, natychmiast jak
    powróci z pracy po zakupach i jeszcze się nie rusza bo właśnie wrzucił w
    siebie ok. 1 kg
    sałatki i słodkości
  2. jestem bałaganiarzem (co te wachlarze
    robią w kuchni na stole??? A czemu nie odłożyłam tej gazety równo???
    Pranie z pralki JESZCZE nie wyciągnięte? Itd.)

Innymi słowy:
jestem w domu.

Ale już dzisiaj
wieczorem następny etap mojej podróży.
Jadę do Polski. Uff
i tego się boję jak cholera.

Do pracy, rodacy.
Już miałam dzisiaj jedno spotkanie, a za 1,5h pierwsza porada a następnie
kolejne dwie. W dwóch z 3 przypadków robię za gwiazdę.

Do przeczytania.

DYREKTOREM BYĆ

Fakt bycia „wielkim,
strategicznym dyrektorem” jedną drobną wadę. Nieustannie trzeba brać udział w
jakichś fantastycznych i niezwykle ważnych naradach, spotkaniach itp. w związku
z czym pozostaje niezwykle mało czasu na prace…. Ja chce jakąś pomoc, żebym mogła
czasem popracować. Auuuu

ŻYJĘ

Chciałam zgłosić,
że udało mi się zapakować do plecaka (ważył zaledwie 21 kg -najlepiej zapakowany plecak w życiu) oraz małego plecaczka oraz
torby na laptop (ważyła z 7-8
kg – same ksiązki + laptop:) oraz torby na dokumenty.
Jak wysiadłam z autobusu to nie umiałam podnieść tego cholerstwa a do następnego
autobusu tarabaniłam się tak długo, że kierowca przestawał wierzyć, że mi się
uda. Nie docenił mnie chłopak 😉 Wpadłam do środka i już.

I do tego
przeszłam przez check – in bez dopłat!!! z lekko dyndającym (te 45 sekund jak
to było istotne) 100kg laptopem, bo w zasadzie miałam tam tylko komputerek.

Wcześniej ok. 1:40
rano, po 5h siedzenia na lotnisku w Maladze w nocy ogłosili, że samolot do
Pragi nie odleci. Ale potem na szczęście zmienili zdanie. O 4:50 odleciałam.

A wiec jestem. W
Pradze i w pracy i nawet jest lepiej niż myślałam.

W środę wieczorem
jadę do Polski, która jest właściwym, jakkolwiek lekko ukrytym, mojej podróży.

T.E.L.E.G.R.A.M

Wracam. Stop.
Dzisiaj. Stop. ?!:( :)*!!. Stop. Agradabla

Bez obaw, chodzenie po bagnach wciąga, będę pisała.

Jestem po ostatnim egzaminie, nie mam zielonego pojęcia
czy zdałam, bo był pisemny, dowiem się tak za tydzień. W chwili obecnej się nim
nie przejmuję. Nie mam już wpływu na wynik. Jeżeli nie zdałam, to będę
miała problem. Ale aż za jakiś czas.

Dzisiaj jest THE DAY.
Ten, z powodu którego postanowiłam teleportować się na
drugi koniec Europy.
Pan Boski zdaje dzisiaj 3 część egzaminu CFA (
Chartered Financial Analyst – żeby dostać
ten tytuł trzeba zdać drobny, 3 częściowy egzaminek
). Przygotowanie
do jednej części zajmuje mu zwykle ok. 5
miesięcy. W tym czasie raczej nie zauważa czy jestem w domu czy nie, więc
na ostatnią wybrałam NIE i oto byłam w Sevilli.

A nawet jestem, autobus mam o 19:30, bilet zakupiony.
Pozostaje drobnostka: spakować się. To co za miesiąc mieliśmy odwozić wspólnie
z Panem Boskim będę musiała dzisiaj wepchnąć do jednego plecaka (nogą chyba) i
przekonać specjalistów od teleportacji, że plecak nie jest wcale tak ciężki jak
się wydaje. A urządzenia pomiarowe maja w przypadku mojego plecaka wyjątkowo niedokładne.

Chce posłać smsa Koleżance Czeszce, ale nie mam jak bo mi
się kredyt skończył.
W nocy odlatuję z przyjemnych +35 C do wiejącej chłodem
Pragi. A w poniedziałek do pracy, sic!

POŻEGNANIE Z SEVILLA

Wyjeżdżam dopiero jutro, wylatuję w niedzielę z Malagi,
niezwykle wczesnym rankiem. Za kilka godzin znowu będę musiała się uczyć, do
ostatniego już w Sevilli egzaminu, więc nie będzie czasu na myślenie. Dlatego teraz.

Jak się to zaczęło?
Ponad rok temu szłam na jakiś dziwny wykład dla
doktorantów i zobaczyłam ogłoszenie dotyczące możliwości wyjazdu na stypendium.
Ale musiałam lecieć. Parę dni później ciągle tam wisiało, więc zapytałam
się promotora „czy ja bym też mogła?”. Mogła, ale termin minął tydzień
wcześniej więc…poczeka na moje zgłoszenie i wszystkie dokumenty. Załatwiłam sprawę w ciągu jednego dnia.
Po jakimś miesiącu zdecydowali się, że pojadę.

Potem decydowałam się ja.
Że wyruszę na kilka miesięcy do Hiszpanii, przypomnieć sobie (w sensie raczej
od zera) język, a potem na stypendium.

Hiszpańskiego uczyłam się w Salamance, wtedy też zaczęłam
tu gryzmolić. Szkoła językowa była dobra, ale wszyscy moi współmieszkańcy tyle
lat młodsi niż ja, że czasem było trudno. Poznałam Bedruńkę, życie stało się trochę łatwiejsze:)

W styczniu zrezygnowałam z pracy i od tego czasu
pomieszkuję w Sevilli.
Nie za długo. Tym razem 4 miesiące. Ale tak wyszło. Są
sprawy ważne, są ważniejsze.

Nie nauczyłam się hiszpańskiego tak dobrze jak chciałam,
choć porozumiewam się skutecznie, o czym chyba świadczą oceny z egzaminów, ale
umówmy się to nie jest elitarna uczelnia. Ale też nie o elitarność tutaj chodziło.

Jest mi dobrze. Cały czas w Sevilli, było mi, tak po
prostu dobrze. Bez szalonej euforii, ale i bez smutków. Pozytywnie. Dobrze,
ciepło w sensie psychologicznym (bo na początku było mi zupełnie zimno:) Potem jak
doszła praca byłam zagoniona, ale trudno. Znalazł się czas na wszystko co
ważne.

Może ktoś z Was myśli, że przez te podróże zmarnowałam
rok. Może, niemniej jednak ja tego tak nie obieram. Mam 29 lat. Nie wiem czy/kiedy będę
sobie mogła jeszcze pozwolić na tego typu szaleństwo.

To był, a jeszcze chwilkę jest, naprawdę niezwykle
dobrze, spokojnie spędzony czas. Chciałabym móc zawsze żyć tak przyjemnie jak żyłam
tutaj. Bez luksusów. Z zimnem albo gorącem, z Wami, Misiem, Skypem i myślami o
Panu Boskim. Z portierką – Mercedes, która nie przestaje gadać, z sąsiadką –
Juaną, która dokarmia mnie tradycyjnymi zupami i z Reginą, która nauczyła mnie
malować wachlarze, a od miesiąca jest w
szpitalu z jakimiś pooperacyjnymi powikłaniami.

Sevilla pozostanie dla mnie takim małym spełnionym snem. A
że musiałam się obudzić wcześniej i w nieco drastyczny sposób. To chyba standard, prawda?

Może jeszcze kiedyś… może znowu….
¡Buenas noches y buena suerte!

aha… nie wiem dlaczego, ale chodzi za mną cały dzień ta shanta, to będzie chodzić i za Toba, jeśli ją znasz…

Opłyń ten świat
dookoła,
Nich Cię gwiazdy prowadzą przez noc.
Nad zatoką już cień, w kręgu chmur gaśnie dzień,
Pora nam już do domu, do domu wracamy już,
Pieśni powrotu to czas.

[Marek Siurawski]

O KROK DALEJ!

Krótko:

– hiszpański mi nie powiedziały czy zdałam bo nie mogą
bez części pisemnej. Ale nie wyglądało, żebym miała nie zdać. Ten egzamin mam zdać
a nie zdać dobrze, nie mam reki do egzaminów językowych, bo jestem niedokładna.
Ale musze się pozytywnie nastawiać. Więc: wierze, ze go zdam.

– teorie rozwoju regionalnego – zdałam, na 9/10.
Siostra… wygrałaś zakład:)

Postaram sie napisać więcej wieczorem, albo jutro. W każdym razie został
AŻ lub tylko pisemny z hiszpańskiego. Ufff. Lecę na ostatnia lekcje na tym
uniwersytecie. Z hiszpańskiego oczywiście, na drugim końcu miasta… oczywiście:)

SZYBCIEJ, SZYBCIEJ….

Stan spraw jest
następujący:
– z 3-go przedmiotu będę miała 8 lub 9/10, pan się
jeszcze zdecyduje, jedno i drugie OK (Profesor DZWONIŁ do mnie, żeby mi
powiedzieć, że mam zaliczony przedmiot i jak!)
– z 2 poprzednich
mam 9 – bajer, nie myślałam. Z jednego nie zasłużyłam, z drugiego aż za bardzo,
także kompromis.
– zamknęłam
rachunek w banku… co jest o tyle dziwne, że wydaje mi się, że nie potrącili
mi kasy za bilet lotniczy, który kupiłam z wykorzystaniem karty, no ale bić się
z nimi nie będę, że mam o 120 EUR za dużo
– P.B. dzwonił do
linii lotniczych, bilet ponoć zapłacony, rezerwacje wydrukowaną mam
– jutro 1,5
egzaminu, potem sobota pisemny hiszpański
– dokumenty
oddane w rektoracie do odebrania jutro z pieczątką
– teraz pracuje,
czy ktoś wie, czy jak ustawa mówi, że coś musi być podane w formie pisemnej to
oznacza również, że można podpisać w obecności notariusza i odesłać pocztą czy
tylko na miejscu?
Myślę, że w obecności notariusza można, ale wole dmuchać na zimne.

Jak za jakąś
godzinę skończę pracę i prześpię się 1h to zacznę znowu męczyć te teorie
rozwoju regionalnego, sporo tego oj DUUUUŻŻŻŻOOOO. Byle do jutra, a potem do soboty.

W niedziele się
wyśpię.
Planuję usnąć już
w metrze. Pan Boski postara się o bagaże.