/opowiadanie, ktore kiedys ktos mi przeczytal i utkwilo mi w glowie/
Dawno, dawno temu zyl, byl stary, madry Indianin. Ludzie go znali, szanowali, w razie problemow czesto pytali o rade.
Indianin mial niezwykle pieknego konia. Zyli juz razem wiele lat, wiec stary medrzec znal kazda mysl swojego konia a ten dobrze wiedzial jakie sa marzenia Indianina. Bardzo sie przyjaznili.
Wielki Naczelnik dowiedzial sie o koniu z najpiekniejsza na swiecie grzywa i wyslal sluge z zapytaniem, czy Indianin nie chcialby konia sprzedac.
Indianin byl madrym czlowiekiem, wiec odpowiedzial sludze: ” Pozdrow naszego drogiego Naczelnika i powiedz mu, ze kon jest w mojej stajni juz wiele lat, zna kazda maja mysl a ja wiem jakie sa jego marzenia. Jest moim przyjacielem. Nie moge sprzedac przyjaciela. Podziekuj Naczelnikowi za szczodra oferte i przepros, ze nie moge jej przyjac”
Nie minely ani 2 tygodnia a kon zniknal.
Jak dowiedzieli sie o tym ludzie z wioski zaczeli chodzic za Indianinem i biadolic: ” to pech, to wielki pech! mogles dostac fure zlota od Naczelnika a teraz… nie masz ani konia ani pieniedzy”.
Indianin odpowiadal: “To nie jest pech, ani szczescie. Nie znamy calej historii. Powiedzmy, ze kon uciekl”.
Za miesiac, niespodziewanie kon powrocil. Ale nie sam! razem z nim przybieglo 20 przepieknych koni. Ludzie z wioski krzyczeli: “To szczescie, to wielkie szczescie! Miales racje Indianinie! to nie byl pech, ale szczescie teraz maz 20 cudnych koni”
Stary medrzec pokrecil glowa i powiedzial “To nic dobrego, to niz zlego. Nie znamy calej historii. Powiedzmy, ze kon powrocil”. Ludzie krecili glowa z niedowierzaniem, kazdemu bylo jasne jak slonce, ze miec 20 przeslicznych koni to ogromne szczescie.
Indianin mial jednego syna, ktory zaczal konie tresowac. Jednego dnia stary pan przyszedl popatrzec sie na prace syna. Ten wsiadl wlasnie na gdzbiet dzikiego rumaka a kon zaczal skakac tak szalenczo, ze mlodzieniec spadl i polamal sobie obie nogi.
Natychmiast przybiegli ludzie ze wsi i lamentowali: “Och stary medrcze, miales racje! to nie bylo szczescie, ze twoj kon powrocil i przywidol ze soba nowe rumaki. Teraz twoj syn lezy z polamanymi nogami, kto wie czy jeszcze kiedys wstanie. Kto sie toba zajmie na starosc?! To pech, to pech!”
Starzec wyprostowal sie, pokrecil smutno glowa i powiedzial: “Nie mowmy, ze to pech, nie mowmy, ze to szczescie. Faktem jest, ze moj syn spadl z konia i zlamal obie nogi. Nie znamy calej historii”
Ludzie znowu odchodzili zdziwieni.
Niedlugo potem wybuchla wielka wojna. Z wioski odeszli wszyscy zdrowi, mlodzi mezczyzni a kazdy wiedzial, ze juz nigdy sie nie wroca. Zostal tylko syn Indianina, ktory lezal w domu z polamanymi nogami.
I znowu wiesniacy pobiegli za medrcem “Miales racje! Miales racje! to bylo szczescie, ze twoj syn spadl z konia. Ma zlamane obie nogi, ale przynajmniej jest z toba. My juz nigdy nie zobaczymy naszych dzici! Miales szczescie!”
Indianin nabral gleboki oddech i powiedzial: “To nie bylo szczescie. To nie byl pech. Nie znamy calej historii”…
I to koniec opowiesci.
Ciagle mysle o tym jak czesto ta “bajka” sprawdza sie w zyciu codziennym. Jak czesto patrze sie na fragment historii jakiegos czlowieka, albo swojej wlasnej i oceniam “ja to znowu mam pecha”, ” oj biedny”, “ale mi sie fajnie udalo”, “ten to ma szczescie”, zeby za pare dni czy tygodni przekonac sie, ze jest zupelnie odwrotnie. To co mialo byc szczesciem okazalo sie przedsionkiem piekla. To co na pierwszy rzut oka wygladalo jak tragedia, bylo niczym w porownaniu do morza gorszych ewentualnosci, ktore mogly nastac a dzieki szybkiej interwencji nigdy nie mialy miejsca.
Rada…starac sie zachowac dystans i cieszyc sie tym co mamy. Nie oceniac. Nie znamy calej historii…