KUSZENIE

Nie ma co ukrywac. Nie lubie pracowac, choc bez pracy nie umialabym zyc.
Jednoczesnie wszystko co robie w pracy, robie dla pieniedzy albo drobnych
namiastek “prestizu”. Nie mam w zasadzie zadnej pozycji zawodowej, bo w malej
czy sredniej firmie zadne tytuly czy funkcje nie maja znaczenia. Jednak czasem
sporo mnie kosztuje racjonalne myslenie, gdy w gre wchodza blyskotki. A bylo to
tak: “opiekuje sie” firma na Slowacji. Wczoraj, wraz z szefem, wyznaczalam
ludzi do organow firmy, ktora chyba ma jakis potencjal rozwoju i ogromna
firme-matke. Szef nie ma wyksztalcenia, ja mam, dlatego kusil mnie do zarzadu
(w firmach ubezpieczeniowych trzeba miec jakies szalone doswiadczenie, zeby moc
sobie pozwolic na srednie wyksztalcenie).
Zgodnie ze slowackim prawem: zarzad odpowiada za zobowiazania firmy calym swoim
majatkiem, czy jakos tak. Szef przekonywal, ze to zawsze ulatwia rozmowy,
otwiera drzwi itd. Ale wytrwalam. Nie bede w zarzadzie firmy, nawet jesli de
facto bede nia kierowac, moge to robic jako pracownik. W prywatnych firmach
zarzad nie ma specjalnego wplywu na to co sie w firmie dzieje, jesli wlasciciel
zyczy sobie inaczej. A ja wole nie ryzykowac. Czulam sie jakbym grala w
ostatniej scenie “Adwokata diabla”, tyle, ze ja wytrwalam. Z trudem…
blyskotki czasem dzialaja silniej niz kasa.

Café Louvre

Ufff, znowu
w klimatyzowanym biurze.

Wczoraj
mialam w sumie 3 spotkania + 10h drogi w autobusie. W drodze powrotnej celnik
mnie niedobudzil!!! i nie zobaczyl mojego paszportu. No coz, wstawalam o 4:20
wiec baterie wybily sie wczesniej niz zwykle.

Przed
chwila wrocilam z malej konferencji prasowej, przyszlo 8 z 10 zaproszonych, co
uwazam za stosunkowy sukces. Pan z CTA czy CIA zrobil mi fure zdjec i obiecal
jakies przyslac, jesli tak zrobi to moze pokaze. Bylo przyjemnie. Pogadalam
sobie z dziennikarzami o Narodowym Banku Czeskim, o grupie docelowej duzych
domow maklerskich w Czechach i oczywiscie o tym, ze jest za goraco. Bylo za
goraco nawet w niby- klimatyzowanym Café Louvre czy jak sie to pisze.

Czeka mnie
jeszcze pare fantastycznych narad, duzo maili i telefonow, a o 17:30 spotkam
sie z kandydatka na asystentke. Ta poprzednia zostala wyrzucona. Z moim
przyzwoleniem, ale nie z mojej inicjatywy. Wzielam ja liczac, ze zastosuje sie
do starej dobrej benedyktynskiej zasady “modl sie i pracuj” , ale ona jeszcze
do tego gadala. A tu nie warto gadac zbyt wiele. Tak wiec jak przyszli z
prosba, zeby jednak out, bo ich ze soba skloca, pozwolilam. Pod koniec dnia
poznam nowa Pania. Zobaczymy.

SWIAT KONTRA Ja

Moj szef ma
fantastyczny zwyczaj przylepiania mi nowej pracy wraz z wspolczynnikiem
waznosci. Na przyklad: “zalatw XY, prioryta 3”

Doprowadza
mnie to do szalenstwa. Mam tyle rzeczy na glowie, ze juz teraz wariuje, a on
przyjdzie i szepnie: zalatw dostep do tego systemu, dzisiaj. Musze odpoczac, bo
zaczynaja mi puszczac nerwy. Poslalam go na drzewo. Zadne dzisiaj. Mieli burdel
lata, moga miec nastepne 2 tygodnie. Ale oczywiscie powinnam siedziec cicho, a
juz na pewno nie stwierdzac, ze dla jego zony (a w pewnym sensie mojej
podwladnej) nic szybciej zalatwiac nie bede, bo mam tysiac wazniejszych spraw.
Az mi chlopak zbladl. Nie wiem co go napadlo, zeby mnie atakowac tak od rana.

Musze nad
soba pracowac i nie dopuszczac do siebie negatywnych emocji, zwlaszcza rano.
Potem caly dzien wychodze z tego skwaszenia, a liczac liczbe godzin, ktere
musze tutaj spedzic nie jest to zupelnie najlepszy pomysl.

Jak mawia
pan W. “ w walce miedzy soba a swiatem, stan po stronie swiata

To ja
sprobuje od nowa.

MAXI PES FIK SIE ZENI

Witam po
bardzo udanym weekendzie. Przyswiecalo mu: lenistwo, stare filmy i nienawisc do
poniedzialku, ktory niniejsztm stal sie faktem.

Pan Boski
postanowil zostac pletwonurkiem, co pozbawilo mnie jego towarzystwa na pierwsza
czesc soboty. Za to druga, razem z G. spedzilismy w letnim kinie! Wyspalam sie
jak mlody byk, wypralam pol mieszkania a potem pojawila sie CIEPA WODA, po
tradycyjnej letniej przerwie i juz ten fakt znacznie poprawil mi, juz  i tak dobry, humor.

Wczoraj
postanowilismy udac sie na wycieczke i zobaczyc jakas malownicza czesc Pragi.
Troche niedomyslilismy calej imprezy i chyba sie nam wybral niewlasciwy
przystanek. Szlismy, szlismy a wlasciwej drogi niet. Wlasnie znajdowalismy sie
pod jakims dziwnym mostem (w poszukiwaniu drogi), a tu nagle, zadzwonila Mama
Pana Boskiego, ze jesli chcemy to przyjedzie z wizytacja. Chcemy? No jasne!
Kazdy lubi krotkie wizyty audytora! Oczywiscie Pani Boska – Starsza,
przybywajcie!

To siup,
wygrabalismy sie z pod (?) tego mostu i huzia przez cala Prage, do domu! Najpierw
na zakupy. U nas przeciez ZAWSZE ciasto w niedziele, nie mowiac o owocowej
salatce. Ja do garow, Pan Boski do sciery. Jakies 15 minut przed kontrola nasze
mieszkanko lsnilo niewymuszona czystoscia, a na stole pysznilo sie ciasto jablkowe
i salatka:)))

Rodzice
wracali z Prowansji, gdzie chlopak siostry PB ma domek letni. Oczywiscie padali
z zachwytu. Standardowo wpedzili Pana Boskiego w lekkie kompleksy, ze malo
zarabia, ze mieszka – TYLKO – w Pradze itd. Oj, oj, ja go mam potem na stanie,
takiego zestresowanego i niestety musze go reanimowac. Przezyl:) pelen nowych ambicji:)))

Dzis rano,
ogladalam przy sniadaniu Maxi Psa Fika i… ozenil sie. Koniec swiata. W tym
tygoniu zeni sie moj chlopak (no byly..) a do tego Maxi Pes Fik. Ach jo!

CLAPTON W PRADZE

Jakos tak
sie stalo, ze bylam wczoraj na koncercie Claptona. Konkretnie zadzwonil szef i zapytal
sie czy bym nie szla, bo jest wolny bilet. No szla, szla, kto by nie szedl,
zwaszcza, ze cale dziecinstwo Claptona sluchal, ze wzgledu na posiadanie
starszej Siostry. A to byl pierwszy koncert w Pradze!

Do tego
koncert odbywal sie jakies 5 minut od mojego domu, w chyba najwiekszej a na
pewno najnowoczesniejszej hali widowiskowo-sportowej w Czechach.

Ludzi bylo
pelno, w zasadzie zostaly jakies pojedynce wolne miejsca, a ja siedzialam sobie
w sky-box-ie dokladnie na przeciwko sceny. Przyjemnie.

Chociaz to
zupelnie inne klimaty. Pod scena ludzie skacza, piszcza a Ty siedzisz
rozparty/a w fotelu, jakas mila pani przynosi Ci co chcesz do picia, barek, szafa, toaleta, telwizja….basen z fontanna… no przesadzilam. Innymi slowy; fajnie
ale daleko, troche jak na koncercie w filharmonii :0)

RUN BABY, RUN!!!!

Jestem na
tropie asystentki.

Konkretnie musze sobie wybrac czlowieka, ktory bedzie mi
ulatwial prace: znajdowal ustawy, pisal drobne listy, raporciki, przygotowywal/znajdowal
analizy rynku. Cos pomiedzy prawnikiem a ekonomista, najlepiej 2 w jednym.

Mam na probe jedna byla sekretarke. Ma na oko tak z 20 lat,
przypuszczam, ze skonczyla srednia szkole. Aktualnie walczy z zadaniem, ktore jej dalam i jak
kazda poprzednia osoba usiluje odpowiedziec na pytania na ktore latwo sie jej oodpowiada
a nie dokladnie te ktore zadaje. Sprawdzalam 5 razy, rozumie o co chodzi, ale nie wie gdzie to znalezc. A ja jej prace wracam.

W ciagu tygodnia
musze zdecydowac: biore albo leci dlugim lotem. Bardzo sie stara, ale efekt na
razie zaden. Poza tym jak sie ma szefowa, ktora pracuje od 7:30 do 18:00 albo
dluzej ciezko twierdzic ze sie jest przepracowanym. Ale szanse ma. Czasu jej
nie licze, czekam tylko na efekt.

Odpowiedz na pytanie, ktore jej zadalam juz
oczywiscie mam (jak dlugo moge czekac?). Ale nie chce jej zalamac, wiec czekam cierpliwie na to cudo,
zeby moc ocenic efekt 3 dni jej pracy.

Ona tak bardzo chce zostac. A ja tak
bardzo potrzebuje kogos do pomocy… Jesli wyleci zastanowie sie czy wole
studenta prawa czy ekonomii. Ma jeszcze tydzien. Niech walczy. Wydaje mi sie
sympatyczna, wiec ma mnie po swojej stronie. Wczoraj miala urodziny i ze lzami w
oczach zyczyla sobie zebym byla z niej zadowolona. Jejku, bardzo bym chciala. Staraj sie holka ja Cie prosze!

btw.. ciekawe ile razy mnie tak oceniano….?

KUPIEC WENECKI

Jako P-
przylepka do VI-Pa, bylam wczoraj z Panem Boskim na Praskim hradzie zobaczyc
teatr na wolnym powietrzu – konkretnie Kupca Weneckiego
<– Letni Festiwal Shakespaerowski.

Poza tym,
ze chwile zabralo mi przestawienie sie na slowacko-czeski odbior, podobalo mi
sie wszystko. A juz najbardziej Bolek Polívka w roli Zyda, czyli jedyny element
czeski w slowackim przedstawieniu. Sztuke obejrzelismy dzieki uprzejmosci
jakiegostam banku a konkretnie jego niezwykle bogatej grupy finansowej. Innymi
slowy bylo to takie kulturalne granie do kotleta. Nie bylo co prawda kotletow,
ale cale przedstawienie bylo grane dla sponsora.

Sekcja
VIPow odrozniala sie od innych sektorow tym, ze nie siedzielismy na drucianych
laweczkach, ale na drucianych laweczkach przykrytych kocem. Dodatkowo bylo
blisko sceny, co biorac pod uwage fakt, ze zarowno Pan Boski jak i ja jestesmy
lekko-slepi bylo bardzo wskazane.

Czuje sie
wiec ukulturalniona i padnieta. Kupiec Wenecki skonczyl sie juz o 23:20, po
czym dotarlismy do domu i… juz nie pamietam… bo…….spalammmm. A teraz juz jestem gdzie? No wlasnie! ::( ::)

JAK NIE MAM PROBLEMOW…

…to sobie
wymysle.
Aktualnie
zastanawiam sie nad nastepujacymi wariantami mojej przyszlosci:

       
zostac
w Pradze i nic (czytaj: bez zmian)

       
zostac
w Pradze, olac lub troche olac prace i dokonczyc doktorat

       
zostac
w Pradze i powic potomka (pozytywne: ucieczka z pracy, podwarianty z mezem lub
Panem Boskim bez zmian)

       
powrocic
do Polski i zamieszkac u siebie w domu

       
powrocic
do Polski i zamieszkac nad morzem

       
pojechac
do XXX popomagac troche (jako nauczycielka czy pseudo-pielegniarka czy cos
takiego), a w ten sposob odlozyc powazniejsze decyzje (ten wariant moglby sie
skonczyc wydziedziczeniem przez Siostre)

       
pojechac
w jakies bogatsze szerokosci geograficzne i pozarabiac troche, dla odmiany

itd.

Bo mam
wrazenie, ze w moim zyciu nie zmienia sie nic. Poza tym, ze zmenilam prace na
bezpieczniejsza, ale bardziej stresujaca, co wcale mnie nie cieszy.

W zwiazku z
brakiem zmian, bo bardzo udanym weekendzie, postanowilam sie poobrazac na Pana
Boskiego. Nie wiem czy zauwazyl, bo zanim mysl obrocilam w czyn… usnelam.
Ostatnimi czasy, najpozniej okolo godziny 24:00 baterie wybijaja mi sie do
zera.

A teraz juz
znowu jestem w pracy. Neverending story.

W OCZEKIWANIU NA WEEKEND

Szkolenie
skonczylo sie ok. 16:00. Postanowilam nie wracac do pracy, bo sama droga z
banku do pracy zajmuje okolo godziny. Zrobilam pyszny, dwudaniowy obiad,
pogadalam z Ksiezniczka i ogladalam francuski serial typu: “Kobieta – Detektyw”.
O 19:15 zaczal sie dziennik, a Pan Boski marudzil tak bardzo, ze postanowilam
udac sie do pokoju obok. Rezygnujac z ogladania ostatnich 10 minut filmu, co
zawsze przprawia mnie o biala goraczke. Przezornie zahaczylam o szczoteczke do
zebow, zmienilam ubranko na “sukienke do spania” i bardzo dobrze, bo wstalam
dzisiaj o 6:15, obudzona budzikiem do pracy.

Chyba sie
troche wyspalam. Pozytywnie. Powoli moje zycie zaczyna ograniczac sie wylacznie
do niekonczacej sie pracy a to jednak nie jest moim marzeniem. W czasie trwania
szkolenia dzwonili do mnie z firmy chyba 6 razy. Kazdy mial jakis wiekopomny
problem. Bardzo sie martwia o klientow, szkoda ze tylko w ten sposob, ze do
mnie dzwonia, albo daja numer klientowi, ktory dzwoni do mnie na szkolenie.

Przed moim
nieplanowanym udaniem sie na spoczynek, Pan Boski obliczyl, ze jesli chemy miec
rozsadne mieszkanie i nie splacac go do konca zycia, musily pozbyc sie marzen o
wlasnym potomstwie i adoptowac 10-15 letnie dziecko. W ten sposob ja tez bede
chcodzila do pracy i mieszkanie uda sie splacic. Pogratulowalam mu dobrych
pomyslow. Chyba jednak, z ciezkim sercem, zgodzi sie na powicie.

Trzy glebokie
oddechy i zanurzam sie w wir walki. Dzisiaj zamierzam pracowac do 17:30 a potem
uciec przez nieotwieralne okno. Zla wiadomosc dla mego pracodawcy: TAM GDZIE
JADE NA WEEKEND NIE MA DOSTEPU DO INTERNETU A I SYGNAL W KOMORCE DOSC SLABY!!!