Dzisiaj Matylda skończyła 9 lat!
Ojejku, a pamiętam jak darłam się na cały akademik, że będę ciocią 🙂, wszyscy
się ze mnie śmiali…Obecnie nazywa mnie "ciocia" tylko jak chce podkreślić jaka
jestem stara, mądrala jedna! A teraz taka pannica, no nieomal nastolatka! A
ciągle Króliczek malutki!
Wszystkiego najlepszego Księżniczko!
Agradabla
Category: SALAMANCA
MEZCLAR – czyli ogłoszenia drobne II
1. Mamy nową Niemkę i fajnie. Pucuje od wczoraj. No bajer,
niech sprząta! ORDNUNG MUSST SEIN! Ja jestem za. Ta co była zawsze sprząta
jakby niechętnie, nawet własne naczynia zabierały jej zazwyczaj z dwa dni. Muszę
się powstrzymywać od śmiechu, jak majaczy o niemieckim porządku. Ha
ha, musiała na filmach widzieć, SciFi w jej wypadku:)
….
2. Co do moich współmieszkańców i znajomych z tutejszej szkoły to w
90% są chyba członkami rodziny Colbych z Dynastii. Rodzice nieomal wszystkich mają
własne firmy, a połowa uczy się hiszpańskiego, bo mają lub otwierają oddział w
Hiszpanii, poza tym to dzieci znanych prawników lub bogatych lekarzy, ale to w
gorszym wypadku, jeśli nie mają wielkiej fabryki. Wszyscy mówią o tym jakby
mimochodem, „no wiesz w fabryce mojego ojca”, „nie to nie jest duża firma, mamy
oddziały w 4 krajach, właśnie otwieramy w Hiszpanii”. W domu zazwyczaj matka
zajmuje się dziećmi i sztuką a ojciec zarabia krocie. Fajnie tak. Też bym
chciała.
Może dam ogłoszenie: "Starannie wykształcona, ale jak trzeba
niezbyt rozgarnięta, 28-latka (nie wyglądająca na) poszukuje milionera (w
dolarach co najmniej), w celach matrymonialnych". I też będę posyłała
dzieci coby się języków za granicą uczyły. Zaczynam myśleć, że naprawdę bieda
rodzi biedę. Gdyby nie rodzice nigdy by tu nie przyjechali, są normalni,
przeciętni, zwykli. Tacy jak my. Mają szczęście moi towarzysze podróży. I dobrze,
szczęście to dobra rzecz, życzę im tego z całego serca!
….
3. Pan Boski "poprawił" mi dzisiaj humor na parę godzin…
Ale jednak sukces! Dostał pozwolenie z kwatery głównej, zamorskiej, na przedsięwzięcie
na którym bardzo mu zależało. Dzwonił, przepraszał. Jak zwykle…Ile jeszcze razy
uda mi się to przeżyć? Ile razy powinno? (viz. wczorajszy wpis…)
A JAK CHCE ZMIENIAĆ, TO? – czyli niebezpieczne związki 2 i 2/3
No co właśnie? Jak ten Twój „Ktoś” Ona/On chce Cię
zmieniać, to to oznacza, że kocha, albo, że nie kocha? A może nie znaczy wcale
nic, tylko to, że chce zmienić jakąś rzecz, która go w Tobie nie zachwyca?
Żeby nie szukać daleko, czasem mam wrażenie, że Pan Boski
najchętniej przerobił by mnie na papkę a następnie zlepił znowu, najlepiej na
obraz i podobieństwo Pani Matki, albo Siostry przynajmniej;) I to źle czy dobrze? „Naprawił” dużo moich wad,
głupio przyznać, ale tak jest. Pozwoliłam mu zmienić wiele, teraz jestem na
etapie „i ani kroku dalej”… ale może to głupie z mojej strony, może jeszcze
parę kroków by się przydało? I co by było śmieszniej, myślę, że mnie kocha.
Nawet jestem przekonana. Oj, nie jest łatwa taka miłość zmieniająca. Ale czy
lepsza jest miłość „i tak mamy swoje światy”?
Ale wróćmy do tematu, jak to jest z tym zmienianiem? Czy
poza wyjątkami potwierdzającymi regułę, istnieją dwie połówki pomarańczy, czy raczej
większość z nas wybiera wariant jakiegoś tam mniejszego zła, zwykle mniejszego
niż bycie samemu? „ bo już i tak czas na dzieci”, „bo kiedyś byliśmy tacy
zakochani”, „bo jestem przyzwyczajony/a” „bo może nikt inny by mnie nie chciał”.
Czy ludzie żyją razem czy generalnie jednak
obok siebie? Czy da się żyć miesiące i lata z „ukochanym/ą” na odległość, czy tylko
mamy potrzebę posiadania kogoś kto jest naszym „narzeczonym/ą” i kokietujemy
sami siebie myślą, że kiedyś będziemy razem? Co oznacza uczciwość małżeńska?
Nie mówić czy mówić?
Dziś same pytania i żadne odpowiedzi.
Chciałabym znać odpowiedzi. Jeśli są. Tak, wiem, nie ma
jednej recepty. To co jest szczęściem dla jednego, inny uważa za pecha. Skoro
nie znam odpowiedzi, to zadam kolejne pytania: czy ludzie kochają się „na
zawsze”? (nie chodzi mi o wyjątki, ale generalnie), czy ktoś potrafi powiedzieć
dziś, że za dziesięć lat z naszego ukochanego/nej nie wylęgnie się ktoś bardzo,
bardzo zły? Ile razy można dawać komuś „drugą szanse”? Ile lat można czekać, aż
ktoś wydorośleje? Czy powinno się czekać choćby 5 minut?
Ale skąd te wszystkie pytania? Na to odpowiedzieć
potrafię. „Moja Amerykanka” jest nieszczęśliwa. Przyjechała tutaj, bo postanowiła
rozstać się ze swoim chłopakiem, którego najwyraźniej nadal bardzo kocha, ale on,
mimo iż ma nieomal 30 lat ciągle nie umie się określić, na jakich zasadach
mieliby spędzić resztę życia. Gdzie i jak mieszkać, z kim i jak się spotykać. I
te wszystkie pytania na górze usłyszałam od niej, wczoraj po obiedzie. Są jej, a nie
moje, jak mogło wydawać się na początku. Ale mogłyby być moje. Nie potrafię jej
pomóc, bo i moje myśli są zamotane, pogubione i krążą to tu, to tam. A bardzo
bym pomóc chciała. Jest taka smutna. Taka zagubiona. Ptaszek.
Osobiście mam wrażenie, że istnieje kilka rodzajów ludzi: 1) tacy, którzy wiedzą czego chcą, są tolerancyjni i
ślepną kiedy to konieczne a czasem nawet częściej, w imię miłości 2) są tacy, którzy widzą, ale
wolą pamiętać tylko te lepsze momenty, w imię miłości 3) i tacy, którzy szukają ideału, nieomal
po trupach, swoim własnym i innych ludzi, w imię ideałów 4) czwarta grupa to marzyciele, którym
wydaje się, że ten On/Ona nagle wyłoni się z mgły i będą żyli długo i
szczęśliwie, w imię cudu chyba 5) no piąta – wielcy konstruktorzy – jak Pan Boski, nieomal
idealna, to ją sobie dozmieniam:), też twierdzą, że w imię miłości 6)….
Biedna Avory to 2-ka, która rozpaczliwie chce uwierzyć w 4-kę,
bo już naprawdę niepamiętać się nie da. Kim jestem ja? To najtrudniejsze
pytanie. A już wcześniej pisałam, że nie znam odpowiedzi na te dzisiejsze.
Więc mam alibi:) Każdy może wybrać co mu się spodoba…a więc 1,2,3,4,5,6,7..11…25 ?????
JEST DOBRZE…
głuchnę i ślepnę. A w każdym razie przestaje reagować.
Sukces jest blisko!!!
Nauczyłam się dzisiaj grać w nową grę, nazywa się UNO
(może tylko dla mnie nowa:). Bardzo prosta, a fajna, kupię chyba, Pan M. się
ucieszy:).
Karty są w 4 kolorach + parę kart „wyjątkowych”. Gra leci
dookoła stołu i generalnie polega na tym, że trzeba powtórzyć ten sam kolor,
albo numer, który wykorzystała osoba przed nami. Ale tak w 80% wykorzystuje się ten
kolor. Po każdej grze kary się tasuje, a potem rozdaje. Na początku każdy ma 11
kart. Panny stwierdziły, że nie warto porządnie tasować kart, bo to i tak nie
ma znaczenia, ale potem są zazwyczaj zaskoczone, że dostają np. 8 kart tego
samego koloru. Więc zauważyłam, że jak się je lepiej potasuje to
prawdopodobieństwo, że dostanie się dużo kart tego samego koloru będzie
mniejsze. Więc wszystkie na mnie wyskoczyły, że tasowanie nie może mieć na to
żadnego wpływu. A ja, i teraz uwaga!!!: zamiast zacząć tłumaczyć im mój
ulubiony rachunek prawdopodobieństwa powiedziałam: „aha, no to nic, widocznie tak
musi być w tej grze”. I nic więcej! zero przekonywania, walki, że
matematyka ma swoje prawa. NIC. No jestem z siebie dumna, krótko mówiąc. Mam
nadzieję, że Ty też. Z tej okazji (co wiąże się również z planem tuczenia się w
Hiszpanii, które mi powolutku, ale jednak troszeczkę,no malutko, wychodzi),
właśnie zjadłam pół czekolady 🙂
Dodatkowo, zgodnie z dyspozycjami rodziców poddusiłam
węża i kupiłam sobie bluzkę w Promodzie, no i byłam na tej herbacie w celu
grania w UNO (2 EUR :). Co więcej postanowiłam, że jeśli „moje"
zielone buty będą jeszcze w sklepie
18.11.05 to je sobie kupie. O, taka jestem! To tyle na temat dzisiaj. Żadne
głębokie przemyślenia, ale to w związku z terapią antymyśleniową, rozumiesz:)
WIKINGÓW STWORZYŁ PÓŁNOCNY WIATR
To zdanie najczęściej powtarzamy
sobie, z moim najlepszym przyjacielem, jak już jest mam bardzo źle. Czasem z
jakiegoś powodu, czasem „bo zielone”. U mnie dzisiaj raczej zielone, ale muszę je sobie powtarzać bardzo intensywnie. Nadal (k..) nie ogłuchłam i nie oślepłam.
Może ktoś ma jakiś pomysł na przeczekanie a najlepiej zakończenie burzy myśli
kłębiących się w mojej głowie? Despues de la tempestad viene la calma (po burzy
przychodzi cisza). Tylko tym razem ta "tempestad" jakaś długa…
…
W środę, przed niedzielnym
wyjazdem tutaj, byliśmy z kolegą oddać bilety do teatru, bo przedstawienie było
przeniesione, na termin w czasie którego ja miałam już być w Salamance. Jacyś
tacy byliśmy zagadani, więc pierwsza do okienka kasy udała się przedziwna para:
Pan, z gatunku hipisowatych, ale na wózku inwalidzkim, i malutka, karłowata
Pani. Byli uśmiechnięci, szczęśliwi po prostu. Fajnie było się na nich patrzeć
i oni wiedzieli, że w naszym patrzeniu nie było ani odrobiny współczucia,
którego oni w najmniejszym stopniu nie potrzebowali. Byli dla siebie całym
światem i byli zadowoleni z życia. Byli piękni. Popatrzyliśmy się na siebie z
kolegą, on – wysoki, było nie było (mam nadzieję, że nie czyta:) atrakcyjny
brunet, dobrze ubrany, z kochającej rodziny, szczęśliwie zakochany, zdrowy jak
koń, bez żadnych konkretnych problemów.
Ja, podobnie, nienajgorzej ubrana, zdrowa, po prostu normalna. Popatrzyliśmy
się na siebie i uśmiechnęliśmy się. My mamy problemy? Taaaa, mamy bo je sobie
wymyślimy. W porównaniu do nich nie mamy prawa mieć problemów, nawet myśleć, że
je mamy. Mamy wszystko; zdrowie, przyjaciół, rodzinę, pracę. To o czym ja tutaj
w ogóle piszę???
Czasem na jednego z nas
przyjdzie „zielone”. I wtedy ten drugi chodzi na czubkach palców i przekonuje,
że ten „zielony” jest strasznie ważny i dobry i mądry i na pewno wszystko co
wydaje mu się ważne, wyjdzie akurat tak, jak ma być. Siebie odsuwa na dalszy
plan, bo rozumie, że akurat dzisiaj, jego "ego" nie ma znaczenia. I po jakimś czasie ten
„zielony”, nawet jako nieszczęśliwy posiadacz jakiegoś problemiku, zaczyna
uświadamiać sobie, że wszystko jest OK. A świat traktuje akurat nas naprawdę
dobrze, ta burza jest w rzeczywistości tylko przelotna. Także dzięki Diable, za
dzisiejsze (piątkowe) popołudnie. Byłeś taki, jakiego potrzebowałam:) A Wikingów
stworzył północny wiatr, zimny, ale można iść dalej, więc wszystko będzie OK. Jak
to będzie? Co ja piszę? jest OK.
…
Szkoda, że Pan Boski ma poważne
problemy ze zrozumieniem istoty „zielonego”…
REAL ACADEMIA DE LA LENGUA ESPAŇOLA
W Hiszpanii działa szacowny organ
pod wdzięczną nazwą Real Academia de la Lengua Espaňola.
Owa akademia ma tyle członków
ile liter w alfabecie, a w jej skład wchodzą literaci, językoznawcy, poeci itd.
Członkowstwo jest dożywotnie a przy wejściu dostaje się literę, która jest
potem przypisana delikwentowi do końca życia. Czyli „G” umiera, Ty zostajesz
uznany za godnego i już zawsze jesteś „G”, że się tak wyrażę. Akademia ustala
wszystko co potem obowiązuje w języku hiszpańskim, czyli tzw. oficjalną wersję
języka hiszpańskiego, także jak się coś nie podoba, to do nich napisać należy,
może „C” albo „N” Ci odpowie 🙂
Także, dzisiaj dydaktycznie
napiszę jakie dźwięki wydają z siebie, zgodnie z zasadami RAE, hiszpańskie
zwierzęta, dla ułatwienia od razu napiszę z polską wymową, nie każdy ma
obowiązek wiedzieć, że na przykład c się zazwyczaj czyta k itd.
Koń i muł „In”
Kura „Klooo-klooo”
Kogut „Kikiriki”
Kot „Miau” (jeden normalny)
Zdenerwowany kot „Fuuuu” (to musieli goście debatować:)
Świerszcz „Kri- Kri”
Owca i owiec „Be”
Ptaszki „Pio, Pio”
Pies „Huau”
Byk i krowa „Mu!” (też normalne, o dziwno:)
Zwierząt mi wyszło jakoś mało,
więc kontynuujemy lekcję codziennego hiszpańskiego:
Dźwięk symbolizujący:
mówienie – „bla
bla” (cała prawda, zwłaszcza względem moich koleżanek)
spanie – „zzzzz”
chrapanie „rrrrr” (jakoś inaczej chrapią, nie?)
kapanie wody „plop” (no comments)
picie „gluglu”
jedzenie ”miammniam”
bicie serca „taktak”
duży wybuch „puum” (no, przerażający)
jak przewracają się dzieci „pumba” (na to bym w życiu nie wpadła)
No dobra już nie męczę, tylko
strasznie zabawny wydaje mi to, że tak szacowna, było nie było akademia,
zajmuje się tak istotnymi zagadnieniami jak dźwięki wydawane przez ptaszki. Ale
w Hiszpanii najlepsza posada to posada państwowa – pracuje się od 8 do 15 i
dostaje stosunkowo wysokie wynagrodzenie, jak twierdzą tubylcy. Więc może z
braku lepszych pomysłów panowie zajęli się istotnymi zagadnieniami:)
P.S. I
Właśnie skończyłam czytać
„Małego księcia”, a konkretnie „El Principito”. Zupełnie po hiszpańsku i
zupełnie normalną książkę, nie tam żadne uproszczone wydanie dla przygłupich
zagramaniczniaków (które, nawiasem mówiąc, czytam w ilościach pół-hurtowych,
bo łatwe, a mogę pooszukiwać sama siebie, że jednak się trochę uczę:). W
podstawówce czytałam tę książkę po polsku, więc wiem, że to co przeczytałam
odpowiada temu co jest napisane:). Huraaa!
A teraz czekam, aż Panny wybiorą
się na imprezę, a ja sobie wywietrzę salon i będę mogła zacząć „łapać fale”,
czyli próbować przekonać Internet, żeby pracował (niestety działa tylko tam).
P.S. II
Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem upierdliwa, ale widok grona pewnych
siebie osiemnastolatek siedzących wokół stołu, palących
jednego papierosa za drugim iiiii grających w DOMINO naprawdę mnie rozwala.
Niestety, nadal nie widzę
koniecznych do przeżycia postępów w ślepnięciu. Ale pracuję nad tym usilnie,
słowo!
LEKKIE ZMĘCZENIE MATERIAŁU
Od jakiegoś wczoraj dochodzę do
wniosku, że jestem ekstrawertykiem, który bardzo lubi pobyć sam.
Ja wiem, to jest dosyć
sprzeczna, ale zaskakująco trafna charakterystyka.
Wszystkie Panny (teraz są same
dziewczyny), z którymi mieszkam i które nas odwiedzają, są sympatyczne, ale ja
i tak jak głupia cieszę się na te momenty, kiedy będę mogła pobyć zupełnie
sama. Taka samiuteńka, malutka, bez żadnych dźwięków typu radio grające te same
piosenki, albo telewizor, w którym ciągle pokazują programy z gatunku „Koła
fortuny”. SAMA. Mogę nawet pogadać z Panem, który przyszedł odczytać
wodomierze, mogę śmieci, za wszystkich, jak zwykle, wyrzucić, duży pokój
posprzątać. Ale SAMA.
Chyba już jestem generalnie za
duża, żeby nie użyć słowa za stara, na mieszkanie w tak wielkim stadzie osób,
do których mam sympatyczno – ambiwalentny stosunek i które z zasady,
wykształcenia i wieku nie mówią o niczym innym tylko o imprezach na których
były lub będą, bo o rozmowach jako takich raczej nie może być mowy.
Radiostacja, którą odbiera nasze
radio gra ciągle te same piosenki, ostatnio wpadłyśmy na pomysł, żeby zrobić
play-listę tego radia. Czasem myślę o zrobieniu play-listy tego co Panny mówią.
Nawet konstrukcja zdań i proporcje wykorzystania wyrazów powszechnie uważanych
za obraźliwe w zasadzie się nie zmieniają. Wyjątki stanowią: „moja” Amerykanka,
z którą raz (znam ją od niedzieli) rozmawiałam zupełnie o wszystkim i
Holenderki, które są odrobinę starsze (no nie ode mnie oczywiście, jedna
wiekiem – ma 25 lat, druga ma 18,ale jest bardzo dojrzała jak na swoje lata),
które też mają swój język i opinie. Ale Holendrzy generalnie trzymają się razem
i niechętnie przyjmują kogoś z innego środowiska. Cieszę się, że mnie tolerują.
Może tak generalnie to bariera językowa?
Ale nie wydaje mi się, wszyscy mówią świetnie po angielsku. Najciekawsze
zjawisko, które Pan Boski uważa za charakterystyczne dla wszystkich rozmów
toczących się w gronie kobiecym, z czym ja oczywiście generalnie się nie
zgadzam, to to, że one najczęściej nie słuchają tego co ta druga ma do
powiedzenia. Mam wrażenie, że czekają tylko aż zamilknie, aby wypowiedzieć
swoją kwestię. Czyli naprawdę mamy tu do czynienia z mówieniem nie rozmowami. Więc
staram się nie mówić zbyt wiele. Akurat tyle, żeby to nie wyglądało
podejrzanie, od czasu do czasu walnąć jakąś herezję z której się zaśmieją i to
wszystko. Może to taki kryzys 6 tygodnia, że nie tylko widzę, ale zauważam?
Dobrze, że mam dobry humor i extra, że dziś je jakoś wywiało (3 szt. powitalna
kolacja, a Stefi kawki z koleżankami), bo odczuwam już lekkie zmęczenie
materiału, w wypadku którego najkorzystniejszą terapią jest izolacja
podejrzanego obiektu, czyli mnie. Jutro, po jutrze, mam nadzieję, znowu
szczęśliwie oślepnę i będę wstanie słuchać „że Miguel….” I absolutnie nie
oczekiwać wzajemności (w słuchaniu). Z resztą czy ja mam w ogóle coś do
powiedzenia, skoro nie znam a co najgorsze nie chce znać Miguela???!!! ( ma
jakieś 20 lat)….. Właśnie!
ZAPOMNIANY WIERSZYK
Dzisiaj Zaduszki, więc przeczytaj
sobie jeden skromny wierszyk, aby go ocalić od zapomnienia. Już nie wiem jak
się nazywa, ale myślę, że to naprawdę całość…
Dzwonią po szybach łzy Chopina,
którego gram na fortepianie,
A myśl ma przy tych co ich nie ma,
co już odeszli,
gdzieś, w nieznane…
I w sercu rodzi się tęsknota,
za tym co już minęło, z dniami.
Sentymentalizm mnie omotał,
a deszcz? wciąż dzwoni za oknami.
Babcia
Krysia (w wieku ok.17 lat)
(tj.
ok. 1935r.)
Trochę przedramatyzowane, jak na
17-latkę przystało, ale było nie było miałyśmy Babcie literatkę:)
NASI DZIADKOWIE
To dzisiejsze pisanie będzie dla
Ciebie może trochę nudne, bo bardzo osobiste i bardzo wybiórcze, ale taki
dzień….
Szkoda, że nie umiem ubrać w słowa tego co czuję…chciałabym potrafić doskonale napisać Ci o
najważniejszych ludziach w moim
dotychczasowym życiu, moich Dziadkach. Napiszę tak jak umiem.
Nie wiem, jak Ty, ale moja
Siostra i ja miałyśmy NAJLEPSZYCH dziadków na świecie.
Bezdyskusyjnie,
nieodwołalnie i z całym przekonaniem.
Jeśli coś w moim życiu było i
jest idealnego, to właśnie Dziadkowie.
Na początku chciałam napisać
tylko o Dziadku Adamie, ale stwierdziłam, że to byłoby zupełnie nie fair, bo wszyscy
byli luksusowi i jeśli patrzą na nas z góry to mogliby pomyśleć, że kocham ich
mniej, a to nie prawda. Wszystkich ich kocham najbardziej. Choć każdego inaczej
i każdy z nich miał na mnie wpływ kiedy indziej i w inny sposób. Moja Siostra
jest starsza, miała 7 lat więcej na to, żeby ich poznać, zrozumieć i docenić,
więc jej wspomnienia będą inne. Ale wiem na pewno, że też kocha ich najbardziej
na świecie.
Jako dziecko spędzałam z nimi
dużo czasu, bo jak umarł Tata, Mama musiała dużo pracować, dlatego właśnie oni
byli najważniejszą częścią mojego dzieciństwa i dorastania.
Tak więc, jeśli masz czas,
posłuchaj prawdziwej bajki o naszych Dziakach…
BABCIA JASIA
Pamiętam ją jak wsiada do
„malucha” w czarnej sukience w białe kropki i niebieskich pantoflach w
kwiatuszki, bo znowu zapomniała założyć buty, i jedziemy na działkę… Dziadkowie
mieli wielką działkę, 900 m2,,
na której Babcia hodowała kwiaty, nieomal na skalę przemysłową, a Dziadek owoce i
warzywa. Najlepiej pamiętam chryzantemy Babci – różne odmiany i kolory. Sprzedawała
lub dawała je każdemu kto chciał, a zwłaszcza nam – rodzince, nasz „maluszek”
odjeżdżał zawsze dwa razy cięższy niż przyjeżdżał.
Rano Babcia karmiła mnie zupą
mleczna z makaronem w kształcie literek, której nie cierpiałam (teraz już wiem
dlaczego – mam lekką alergię na mleko, ale wtedy nikt nie myślał o takich
rzeczach) i straszyła, że jak nie zjem, zbije mnie niebieskim, błyszczącym
paskiem od torebki, który wisiał za drzwiami w kuchni. Nigdy mnie oczywiście
nie zbiła, ale i tak się jej trochę bałam. I lubiłam czytać te słowa co mi
ułożyła z makaronowych literek. Tylko tak dało się mnie przekupić, żeby zjadła
kolejną łyżkę zupy. Ponoć jako niemowlak rozpadałam się z krzyku jeśli nie dostałam
całej butelki jedzenia, za to potem trzeba mnie było trochę „poprzekonywać”.
W
tzw. amerykance – czyli rozkładanej sofie, były książeczki dla dzieci, które babcia
czytała mi znowu i znowu i znowu, najbardziej lubiłam tę o Królu, który miał 3
synów. Potem już czytałam sama.To u Dziadków przestałam używać smoczek, bo się
zgubił w kołdrze, jak się okazało rano. Babcia przekopała cały dom, Dziadek
obszedł całe miasto w poszukiwaniu nowego, ale wtedy, w nocy wszystko było
zamknięte. A ja wyłam. Jak rano przybiegli ze smoczkiem, to już nie chciałam.
Cała ja 🙂
Kiedyś byłam chora, leżałam wieczorem w
łóżku siostry a mama nagle musiała gdzieś jechać. Nie chcieli mi powiedzieć
gdzie. Ale nie musieli, wiedziałam, że umarła Babcia Jasia. To było niedługo
przed moją pierwszą komunią, w lutym.
DZIADZIO STACH
Miałam czas poznać go doskonale.
Odziedziczyłam po nim wszystkie czupurne cechy:) Dziadzio był strasznym
uparciuchem. Ponoć kiedyś Babcia postanowiła pomalować jego pokój, ale on
stwierdził, że jeszcze nie trzeba, więc Babicia z malarzem przesuwali go po
pokoju razem z łóżkiem, na którym czytał.
To ten dziadek twierdził, że „słowo
muszę nie istnieje”. I stosował się do tego bardzo konsekwentnie, zawsze robił to co
chciał i tak jak chciał, do czasu…kiedy urodziła mu się wnuczka o podobnych
parametrach. Cała rodzina się śmieje, że musiałam go zaczarować. Jak siostrze
kupił rower to powiedział, że będzie ją uczył jeździć tylko tyle, ile zajmuje
droga do domu, jak się nie nauczy, to ma problem. Dla mnie miał nieskończone
pokłady cierpliwości. Chyba go bawiło, że trafiła kosa na kamień. Jak kiedyś byłam
chora (miałam anemię i jakaś taka byłam popsuta kilka tygodni) to przeczytał mi
całe „W pustyni i w puszczy”, „Latarnika” itd… a wiersze Mickiewicza znałam w
tym czasie na pamięć, zwłaszcza „Panią Twardowską”.
Ale najbardziej
bawiła go matematyka. Męczył moją biedną Siostrę wyprowadzaniem wzorów, bo
uważał, że nie ma sensu uczyć się czegokolwiek na pamięć. A ona nie cierpiała matematyki…
Ja dostawałam łatwiejsze przykłady i jakoś nie wydawało mi się dziwne, że 6
letnia dziewczynka może w formie zabawy rozwiązywać zadania na ułamkach. Poza tym
musiałyśmy grać w szachy i codziennie chodzić na działkę.
Kiedyś, jak byłam mała, rozbiłam
sobie kolano i oczywiście ryczałam jak głupia, więc Dziadek umył kolano i
nalepił plasterek, ale kolano nie przestawało boleć, więc nalepił następny, i
następny i następny, tak po siódmym plasterku na małej rance śmiałam się razem
z nim.
Rodzice pamiętajcie! Ilość plasterków na rance MA ZNACZENIE:).
O sprzedaży malucha rodzina
zadecydowała komisyjnie, jak Dziadzio Stach „nie zauważył” cysterny i nieomal spowodował
wypadku. Pozłościł się, ale malucha sprzedał.
Dziadek był bardzo mądry, w
czasie wojny, był internowany i skończył politechnikę w Zurychu. Zawsze byłam z
niego dumna, że tyle wiedział, nadal jestem:) Kiedyś znał odpowiedzi na
wszystkie moje pytania. Jak byłam mała, był moim niekwestionowanym idolem. Potem
mówił, że ja pewnie będę wiedziała więcej niż moja Siostra, ale ona będzie
miała łatwiejsze życie, bo umie lepiej rozmawiać z ludźmi. I ma świętą racje,
ona to taka lepsza wersja mnie, czasem prototyp wyjdzie lepiej niż kopia:)
Potem Dziadziu robił się coraz
starszy. Po śmierci Babci, cały czas mieszkał sam, a w momencie jak stwierdził,
że zaczyna zapominać, nauczył się kłaść rzeczy zawsze na to samo miejsce.
Nie
lubił się nudzić, więc wymyślił sobie, że będzie jeździł autobusami miejskimi i
pozna każdy przystanek w swoim mieście. Na wszelki wypadek ciocia naszyła mu
adres na wewnętrzną kieszeń kurki. Ale się złościł!
I nigdy nie przestał
jeździć na działkę. To była jego pasja. Zwłaszcza szczepienie kilku rodzajów
jabłek i gruszek (!!!) na jednym drzewie. No i pomidory. Dziadzio hodował
wiele rodzajów pomidorów, ale specjalizował się w tzw. malinówkach, które
czasem ważyły 70 dkg, 1 pomidor!
W pewnym momencie właściwie
przestał mówić, ale i tak potrafił pokazać co myśli… Odziedziczyłam po nim całą
diabełkowatość jaką się dało. A moja Siostra jest naprawdę lepsza, tak jak
mówił, jak już prawie nie mówił…
XXX
Obydwoje rodzice Mamy stracili
kogoś bliskiego w czasie wojny. Babcia narzeczonego, Dziadek żonę, ale nigdy
nie powiedzieli: "Niemcy byli źli", zawsze mówili: „byli różni ludzie, niektórzy
Niemcy byli źli”. To by chyba wystarczyło jako charakterystyka jakimi ludźmi
byli, ale napiszę trochę więcej, dziś jest ich specjalny dzień. Choć są z nami
codziennie….
BABCIA KRYSIA
Już pisałam, że była wróżką.
Zawsze w dobrym humorze, zawsze uśmiechnięta, zawsze cierpliwa. Moja siostra
twierdzi, że głównie jej cierpliwości zawdzięczam, że przeżyłam pierwsze 6 lat
życia, bo ponoć byłam strasznym dzieckiem (ale czy można wierzyć starszej
Siostrze?:). Nie, no obiektywnie to chyba byłam strasznym dzieckiem. Ponoć inteligentnym,
ale niemożliwie przemądrzałym, obraźliwym itd. itd. Ale Babcia miała czas. Nie
chciałam jajeczniczki, to zrobiła kromeczki, nie kromeczki to placuszki itd.,
aż zjadłam.
Babcia Krysia była z „dobrego domu”
– przed wojną chodziła do szkoły w Krakowie dla panienek z takich domów,
za którą miesięcznie płaciło się 3 średnie krajowe – języki, nauka, wyszywanie,
savoir-vivre. Po wojnie trzeba było sprzedać domowy fortepian, przydały się jej
akurat języki. Dziadek Adam mówił, że skończyła „wyższą szkołę gotowania na
gazie”. Ha ha
Po śmierci Taty, zrezygnowała z pracy, żeby zająć się wychowaniem potwora
– czyli mnie. Babcia nigdy nas za nic nie krytykowała. Każdy obrazek był ładny
a piosenka zaśpiewana dobrze. Co tydzień (co najmniej) piekła ciasto, a moja
Siostra, która mieszkała u Dziadków w czasie studiów, ze śniadań dożywiała pół
akademika. Wszyscy mówili o niej Pani Babcia. Pani (!) Babcia, nie jakaśtam Babcia. Bo to była Dama.
Babcia Krysia nie wychodziła z
domu bez delikatnego makijażu i… kapelusza, jak na damę przystało. A jak na
Babcie przystało świetnie gotowała, czytała książki, rozwiązywała krzyżówki i
dałaby się za nas zabić, gdyby było to konieczne, albo choć wskazane. Siostrę i
mnie znała dużo lepiej niż naszego kuzyna, dlatego zawsze mówiła, że jego „też”
kocha. To „też” to była chyba jedyna złośliwość, której się dopuszczała :), za
jego tatę a naszego wujka dałaby się pokroić.
DZIADEK ADAM
O nim mogłabym napisać książkę. Zasłużył
na nieśmiertelność. Tak, DZIADZIO BYŁ WIELKI. On nas krytykował, ale nigdy przy tym nie uraził,
nie było przy tym cienia zgryźliwości. Też znał odpowiedź na każde pytanie. Jak
nie umiałam znaleźć czegoś do szkoły to dzwoniłam do niego, a on za 20 minut oddzwaniał
i referował literaturę z zakresu.
Jak zaczęłam liceum wziął mnie na „poważną”
rozmowę, podczas której dowiedziałam się, że „może wydaje mi się, że uczę się
dla siebie, bo tak mi mówią wszyscy dookoła, ale to nie jest prawda. Uczę się
dla niego, a on życzy sobie, żebym miała tylko najlepsze stopnie”. Przynajmniej
dowiedziałam się na czym stoję. Całe liceum miałam świadectwo „z paskiem” i
średnią z matury 5,2. Żeby mógł pochwalić się sąsiadom i rodzinie. Na studiach
zawsze miałam stypendium, nawet jak jego już nie było… bo przecież jego
życzenie obowiązywało nadal. Obowiązuje. Jeśli skończę te studia, które zaczęłam przed
rokiem, to też dlatego, żeby mógł pochwalić się znajomym w niebie. Dziadzio
Adam JEST moim autorytetem.
Z głupotek, kiedyś się z nim pokłóciłam i
przeszłam na drugą stronę ulicy a tam jakiś obwieś się do mnie przyczepił, więc
wróciłam do Dziadka, a obwieś zaczął się mu kłaniać w pas i przepraszał, że
pozwolił sobie być niegrzeczny względem Jego wnuczki. Dziadka Adama znali
wszyscy i wszyscy szanowali. 51(2?) lat pracował w jednej firmie. Ja nie wiem jak
on to robił, bo naprawdę miał swoje zdanie, ale doskonale potrafił dogadywać
się z wszystkimi. Niezależnie od ich opinii, zachowania i wieku. Promieniowało
chyba z niego, że po prostu ma szacunek do ludzi.
Najśmieszniej było w
tramwaju. Dziadek, wysoki, dobrze zbudowany, wchodził (miał reumatyzm i nie mógł długo stać), stawał koło
jakiegoś młodzieńca i ze spokojem mówił „Młody człowieku!” a młody człowiek
choćby miał na głowie irokeza a w uszach 17 kolczyków zaczynał przepraszać, że
śmiał 6 przystanków wcześniej nie pomyśleć o Dziadku i zająć ostatnie miejsce.
Zawsze się z tego z Siorą nabijałyśmy, no bo obciach, co nie?
Dziadzio świetnie rysował, mam w
domu wiele jego szkiców. Był humanistą, jego biblioteka obejmuje literaturę
piękną, historię, malarstwo, dzieje kościoła i wiele książek technicznych, związanych z pracą.
Teraz ja uzupełniam jego wielkie zbiory biblioteczne o moje zainteresowania.
Mogłabym tak o nim pisać i
pisać, Dziadek Adam to więcej niż pół mojego dotychczasowego życia…
Na jego pogrzeb przyniosłam
mlecze, tyle ile miał lat. Wnuczki nie noszą Dziadkom innych kwiatów niż mlecze
i niezapominajki, nawet jak mają 21 lat. Wypadały mi z ręki te mlecze, a cała
rodzina i wszyscy co tam byli, a były ich tłumy, zbierali je i nosili za mną
jak zaczarowani. Jakby to było najważniejsze na świecie. Miałam też w ręku
list, w którym opisałam jego ostatni zachód słońca, ostatniego dnia kiedy żył.
Byłam daleko, ale czułam, że jutro do mnie zadzwonią. Miałam przeczytać ten
list na pogrzebie, ale Mama i Siostra powiedziały, że mógłby wszystkich zabić, miały rację, z resztą i
tak nie potrafiłam mówić, co dopiero czytać. Więc mu go tylko dałam, razem z
kwiatkami.
Pamiętam jak widziałam go po raz
ostatni, obydwoje wiedzieliśmy, że to po raz ostatni. Nie umiałam odejść. Jechałam na jakieś
praktyki ze studiów, trzymaliśmy się za rękę, jak zawsze i bardzo chciałam, żeby skłamał, że na mnie
poczeka, więc skłamał. Boże, jak ja głupia, samolubna, chciałam, żeby
powiedział, że kocha mnie najbardziej, ale nie powiedział. Powiedział: „Kocham
Was obie najbardziej na świecie”.
Kocham go za to jeszcze bardziej…i mam jeszcze większy szacunek, jeśli się da.
My go też kochamy
najbardziej na świecie.
Mamy z Siostrą prawdziwe
szczęście, że mogłyśmy poznać naszych Dziadków.
ICQ niespodzianki…
Dzisiaj tylko króciutko, bo przygotowuję dłuższy wpis na jutro, na którym bardzo mi zależy. Także odpiszę tylko ICQ tło mojego codziennego pisania, na dzisiejszym przykładzie:
– Wczoraj w blogu narzekałam, że na ICQ odnajdują mnie tylko mężczyźni…więc dzisiaj rano na ICQ powitała mnie wiadomość: „Ahoj, nejsi cirou nahodou, Agradabla z Bloxu? Przepraszam za ten żarcik, ale skarżyłaś się na blogu, że nie piszą do Ciebie żadne kobiety.” No i w ten sposób poznałam nową Polkę w Pradze!!!! Juhuuu!!! Dziękuję, że chciało Ci się mnie znaleźć:)
– Odwiedził mnie ktoś o nic nie znaczącym nicku „Romeo” i zaczął (po hiszpańsku): „Jestem adwokatem, znam 10 języków, jestem bardzo bogaty”. Zapytałam: jakie języki? (co się będziemy męczyć po hiszpańsku, jeden z dziesięciu musi być słowiański…)… i już ze mną nie rozmawiał. Czyżbym była naiwna?
– Mój Hiszpan napisał znowu, od razu, raniutko: „Przyjeżdża. Zna świetną knajpę i w ogóle będzie extra. Jest inżynierem, 32 lata, od lat pracuje w lotnictwie. Jest już zmęczony pracą, sporo podróżuje… reklama, reklama, reklama – jego oczywiście. Poza tym jestem blondynem, niezbyt wysokim 170, szczupłym, włosy blond, niebieskie oczy. A Ty?”….. No, ja jestem trochę wyższa (tu w Hiszpanii kobiety są raczej niskie, konkretniej 95% jest niższa niż ja)…..a jemu nagle przestał działać Internet. „Wiesz, ten Internet, poza tym dzisiaj jestem jakiś zmęczony, to pogadamy kiedy indziej”, no dobra…
– Zwykle próbuje się ze mną skontaktować 10-15 osób. Większość pisze „Cześć, pogadamy?” w jakimś języku, a ja piszę „Cześć, dobra, a o czym?” i już nie chcą ze mną więcej rozmawiać:)
Mam Amerykankę! Avery. Nie wiadomo jeszcze na jak długo, bo miała być krótko, ale się w nas zakochała (sic!), a teraz uwaga. Skąd jest Amerykanka? Z Tahoe!!! Świat jest jednak malutki.