Melduje poslusznie, ze sniadania nie zjadlam :(, ale mam Madryt. 50m2 za rozsadna cene w okolicach Puerta de Hierro. Dobrze jest! Teraz jeszcze tylko Wieden. Mam na to godzine, wlacznie z ustaleniem dokladnego adresu w Madrycie, zeby prawnicy mogli wpisac do wniosku (nagle mu sie przypomnialo:). No i jeszcze wysiadl mi telefon wiec przejechalam pol Budapesztu 😉
Lecceee:)
MIEJSCE CZYNU: BUDAPESZT
Jestem w Budapeszcie. Mam jeszcze godzine, ale chyba nie pojde na sniadanie, bo sie wstydze. Ja – hotelarz, bylo nie bylo, z wyksztalcenia. Zgadzam sie, jestem nienormalna. Poza tym nie mam czasu. Moze powinnam sie dokopac? Zrelacjonuje.
W pokoju hotelowym jest taki ukrop, ze chyba oszaleje. Patelnia w kropki. W nocy wstalam o 4, zeby sie napic i przejsc, bo nie wiedzialam czy mam goraczke, czy to swiat oszalal. Nie da sie zakrecic najwiekszego na swiecie kaloryfera. Nie da sie otworzyc okna – bo jak wiadomo klienci lubia popelniac samobojstwo. Probowalam okno rozebrac, ale zeby wlezc na gore okna (dol juz rozkrecilam) musialabym przemeblowac pokoj. Zrobie im na zlosc i popelnie samobojstwo przypiekajac sie na palniku (w hotelu *** sa male kuchenki w pokojach, ciekawostka). Zaczynam sie zastanawiac czy nie jechac jednak do biura. Diabel ma po mnie przyjechac do hotelu, ale nie wiem czy do pierwszej nie bede na twardo.
Ponadto dzwonil szefik z Pragi. A teraz uwaga. Do godziny 13!!! mam znalezc miejsce na oddzial w Madrycie i Wiedniu + mam miec ceny potwierdzone MAILEM… on nie ma “kapacity” zeby to zalatwic. Ponadto mam zmusic Wegrow, zeby oni zmusili firme, ktora potencjalnie moze zalozyc w Budapesztanskim biurze internet, zeby DZISIAJ przyszli sprawdzic czy sie da. To wszystko z hotelu, z praskim telefonem (zeby taniej) i do godziny 13. Przy czym 1 sztuka wegierska jest do tej 12 na Slowacji. Nigdy nie podejrzewalam sie o cudotworstwo, milo mi, ze szefik ma na moj temat cieple mysli. Na sniadanie nie pojde bo nie zdarze. Skupie sie na szukaniu biur w Madrycie. Dzwonil juz duzo razy… szukam.
IMPREZA BYŁA UDANA
Impreza udała się
znakomicie. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Ludzi było więcej niż
zarezerwowanych miejsc. Dużo aktualnych pracowników, ale i sporo starej
gwardii. Dostałam kolejne przewodniki po Hiszpanii także mam już 4 co mnie
trochę ubawiło, ale i rozczuliło, bo miło że myślą. Pan Boski był przyjemny.
Nie musiałam nieustannie koło niego siedzieć. Pogadałam sobie a potem
przyjemnie poszliśmy do domku. Udany wieczór. Ostatni w firmie…
No nic śmigam do Madarska:)
Szefik czeka!!! (a mięliśmy jechać za 15 min.) Mam nadzieję, że nie będzie przesadzał
z prędkością bo zawsze się boję:)
ROZLUČKA
Dzisiaj
rozlučka – czyli impreza z okazji odejścia z pracy, w tym wypadku: Davida –
maklera, Martiny – prawniczki, no i mnie.
Pojawią
się przedziwne osoby. Nawet jeden informatyk przyjedzie z Brna – co zrobiło na
mnie wielkie wrażenie. Będzie też sporo osób z całej historii naszej firmy.
Każdy z nas zaprosił tych, których lubił a odeszli. Przez moje 5 lat , Martiny
2 i Davida ze 4, parę osób się nazbierało. W fluktuacji firma jest wzorcowa.
Było nie było aktualnie jestem jednym z najstarszych stażem pracowników
firmy!!! … do piątku:)
Zaprosiłam też osobę, która przyjmowała mnie
do pracy a już dano jest szefem innej firmy. Przyjdzie. Nie mam pojęcia ile nas
będzie, ale zaczynam być podekscytowana. Przyjdzie też Pan Boski –
niegdysiejszy makler. Pochwalę go, bo dostał darmowe bilety na dzisiejszy
koncert Depeche Mode, a jednak wybrał moją imprezę.
Z
trudem, ale jednak przeżyłam konfrontację z rozjuszonym prawnikiem.
Konfrontację milczenia. Skończył ze mną – jak powiedział swoim podwładnym i
tego samego oczekuje od nich. Co za pech, że nie ma przesadnego autorytetu w
swoich szeregach 😉 Zadziałała psychologiczna zasada, że jak ktoś coś powie to
to stanie się prawdą. A to jeszcze powiedział on, nie ja. Tak się tego
bał, że powiedział i chyba dlatego tak boli. To nie jest dobry
człowiek (żeby nie napisać sk..), więc wszyscy boją się powiedzieć na głos, że
zawalił. Ze strachu powiedział sam. Teraz mnie nienawidzi. Prowokatorka
się znalazła.
Spodziewał
się, że ubiorę się w czerń i będę pochlipywać i przepraszać. Oj niedoczekanie!
Choć nie mówię, nie mówię, rano to musiałam ten uśmiech lekko przykleić na
buźkę, bo by o(d)padł… teraz już nie mam problemu. On owszem.
Jutro
wyruszam na podbój Węgier razem z szefem handlowego. 3 dni. Fajnie będzie. Ale
powinnam się pakować! Książki już
wyłożyłam na łóżko. Wygląda to naprawdę na książki + 3 skarpetki. Będzie zabawnie.
A MNIE KUSI …
Kusi mnie, żeby tak po prostu wrócić. Ot tak, ku zaskoczeniu wszystkich (ze mną włącznie lub na czele). Zamiast do Sewilli pojechać na Śląsk. W końcu mam swoje mieszkanie, na remont oszczędności dość, jakaś praca by się też pewnie znalazła.
A myślałam, że już się wyleczyłam z wybierania koloru ścian i kafelek jak coś mi się na południu nie układa jak bym chciałam. Tyle, że mnie się w zasadzie układa wszystko. Na przykład rezygnuje z pracy, ale na własne życzenie itd. Ciekawa jestem czy da się z tej chęci powrotu wyleczyć?:)
CHRUPKI KUKURYDZIANE
To jedno z zamówień, które otrzymałam przed przyjazdem do Polski. Zleciłam Tacie, żeby kupił po drodze z pracy. Mówiłam, żeby takie nie za duże, ale nie za małe.
No i kupił… jedyne 300g kukurydzianych chipsów, toż to maleństwo bedzie jadło miesiąc:))) Nie są za duże, są OGROMNE!!! Rozmiar akurat do plecaka 60 l. Ubawiłam się jak norka :))
HMMm
Może się zdarzyć, że Panu Boskiemu nie dadzą urlopu i będę musiała sama wyruszyć do Madrytu a potem Sevilli. Będzie miał jakiś szalony audyt i nie wiadomo czy pozwolą mu jechać na ten pierwszy tydzień ze mną.
Buu, trochę się boję, że tak będzie. Wiem, że nic by na to niemogł poradzić, gdyby w pracy zdecydowano, że musi zostać, ale buuu. Poradzę sobie (jakoś), ale z nim jednak czułabym się bezpieczniej na tym począteczku. No i te 20 kg bagażu mnie przeraża… tyle to mi wystarczy na słowniki, resztę książek i jakieś 3 skarpetki (pojedyncze).
Ale to jeszcze nie wiadomo na 100%, może się uda.
Tylko bez paniki… niemrawo napisała Agradabla.
W DOMU
Wczorajszy dzień pracy nie zakończył się specjalnie miło, bo mieliśmy z prawnikiem zupełnie odmienne zdanie na temat funkcji prawnika w firmie. Ja uważałam, że powinien wiedzieć gdzie są zapisane umowy a on, że nie. W końcu się dowiedział, ale do mnie się nie odzywa. Tyle lat się starałam być dla niego miła… ale wczoraj już byłam bardzo zmęczona. Trudno.
Podróż minęła bez problemów. Ukradłam sobie koc z sąsiedniej kuszetki, więc nie uświerkłam. Szkoda, że pociąg spóźnił się o 30 min, bo Tata lekko przymarzł. Na Śląsku – Syberia. Śniegu tyle, że po drogach osiedlowych trzeba się przebijać a auta muszą zapomnieć o wymijaniu. Za to w moim zaniedbanym mieście zrobiło się przepięknie. Zobaczę je znowu na Święta… może do tego czasu trochę stopnieje, śniegu jest tyle, że to nie zupełnie oczywiste.
Ty musisz pracować, ja tylko na chwile „zajrzeć” do spraw służbowych, więc dla pocieszenia duszy, ponoć prawdziwa anegdota, którą opowiedział mi Pan Boski przed odjazdem:
Na Wyspach Brytyjskich prawo – jak wiadomo – oparte jest na zasadzie precedensu. Czyli jeśli raz postanowiono w jakiś sposób, to w przyszłości powinno się postanowić podobnie.
Pewnego dnia, student przyszedł na egzamin pijany, więc oczywiście wyleciał z hukiem. Odwołał się, a w odwołaniu napisał, że w XV w. był podobny precedens a sąd zdecydował wtedy, że „student ma prawo przyjść na egzamin podchmielony”. Uczelnia napisała do niego… list z przeprosinami. „że to rzeczywiście prawda. Nie miała prawa wyrzucić go z egzaminu z powodu opilstwa, zgodnie z precedensem umieszczonym w odwołaniu. Przypomnina natomiast, że w XVI w. był precedens, który mówił, że „student powinien przychodzić na egzamin z mieczem”. Gdzie miał miecz?”
U ČERVENÉHO PÁVA
Wczorajszy wieczór postanowiłyśmy spędzić z koleżankami w
nowej, nieznanej restauracji. Konkretnie U Červeného Páva. Spojrzałam na mapę,
stwierdziłam fajnie, blisko mojej pracy, pójdę tylko główną ulicą w stronę
Rynku Starego Miasta potem małą przecinką i już jestem tam. Jedyna dróżka w
lewo poza ogromnym Rynkiem Owocowym, znajdę bez problemu. Wyruszyłam tak żeby
zdążyć na styk. No świetnie.
Idę idę tą Celetną i nic, nie ma ani śladu po możliwości
skręcenia w lewą stronę. Echo. Wróciłam i jeszcze raz do góry. Może należy
skręcić w prawo, żeby znaleźć tego Pawia? Obeszłam okoliczne pomniejsze
uliczki. Okazało się, że centrum Pragi to Zoo restauracyjne!!! Były restauracje
u Jelenia, Mrówek … a w okolicach:
Krčma U sedmi
Švábů (Karaluchów)
Černý kohout-restaurant (Koguta)
U SUPA (Sępa)
Restaurace Černý Orel (Orła)
Restaurant U Zlatého lva (Lwa)
Černý slon
(Słonia)
Restaurace U
Krkavců (Wron czy czegoś takiego:)
Bílá labuť
(Łabędzia)
i Bóg wie czego
jeszcze….
A
wyśnionego Pawia niet! Zadzwoniłam do koleżanek. Poza zasięgiem. Zadzwoniłam do
pracy… wszyscy już uciekli. A ja wiem, że to gdzieś między ul. Celetną i
Owocowym Rynkiem, ale za cholerę nie umiem znaleźć. Zapytałam się
pierwszego,… trzeciego…piątego przechodnia. Każdy powiedział, że gdzieś
tutaj. Że gdzieś to ja wiem. Spytałam się kolejnego Pana… co okazało się
uciążliwe, bo Pan postanowiłam się wściec, żeby znaleźć dla mnie tę
restaurację. Powiedział, że spać nie pójdzie jeśli nie znajdzie ulicy Kamzikove
no i mojego Pava.
Pytał
się wszystkiego co się ruszało. I nic. Gdzieś blisko.
Wiedziałam,
że się go nie pozbędę. Pozostało ostatnie koło rachunkowe – oderwać od pracy
Tajemiczą Polkę, która spędza dużo czasu przed komputerem. To był strzał w
dziesiątkę. 20 sekund i zostałam znawigowana tak, że do restauracji doszłam jak
po sznurku. W asystencji Pana oczywiście. Dziewczyny czekały jedyne 35 czy 40
minut. Cierpliwe Bestie:) Bardzo dziękuję. Było sympatycznie.
Wniosek: Nie trać nadziei. Zoo nie tak wielkie jak go malują:)
NOWOŚCI Z PLACU BOJU
Przed godziną triumfalnie
wydębiłam w Rektoracie List Nominacyjny! Czyli brnę w dobrym kierunku.
W ostatnim tygodniu
wymagało to ode mnie zaledwie 2 wizyt u Koordynatora,1 u Promotora, 2 w
Dziekanacie no i 1 w Rektoracie. Wcześniej i pomiędzy tym jakieś 5 listów do
banku (potrzebowałam numer IBAN) i na Uniwersytet w Sewilli, oraz parę
telefoników tu i tam. Ale jestem bliżej!
Dotarła też moja karta
studenta, która przez niedopatrzenie pomieszkała w Budapeszcie, więc jutro mogę ją
przedłużyć. Potem zostanie jeszcze tylko załatwienie i zapłacenie ubezpieczeń
(za taką kasę, że mi ciarki po grzbietku chodzą) i już mogę lecieć. W celu
lecenia muszę znaleźć termin (sic!!!) i kod odlotu bo mi się zapadł pod ziemię.
Ale wszystko przebiega w miarę bez zgrzytów. A że się trzeba trochę nabiegać?
Zachciało mi się studentowania, to mam:).
Wracam do obowiązków
sumiennego pracownika… Ty też, šup, šup ! :)))
XXX
17 (???!!!) dzień gołębiowania (z
kryzysem 13 w piątek:)