Szczyt spokoju. Kuzyn i ja :). Przystroilimy sobie duży pokój, zrobiliśmy jakieś jedzonko i czekaliśmy z „szampanem” w ręku aż wybije 24:00. Pan Boski spędzał ten miły wieczór wraz ze znajomymi w Dreźnie.
Dobrze, że nie chciałam jechać, bo w nocy miałam goraczkę i takie-tam, więc decyzja była słuszna. Było spokojnie i sympatycznie, zwłaszcza, że z kuzynem widzimy się raz na ruski rok.
Wczoraj wieczorem uczta dla oczu „Želary”. Przepiękny film o wojnie bez wojny, jak to w Czechach bywa. W 2003 nominowany do Oscara. Rezyseria Ondřej Trojan, w rolach głównych grają Czeszka -Aňa Geislerová i Węgier – György Cserhalmi. Kuzynowi najpierw opowiedziałam o czym mniej – więcej bedzie film a potem chwilami tłumaczyłam jak już widziałam, że zupełnie nie wie, która bije. W końcowym efekcie jemu też się podobał. A nawet Panu Boskiemu i to już drugi raz (byliśmy w kinie). Pewnie nawet nie pojawił się w polskich kinach, ale może będzie w jakiejś wideotece. Na prawdę świetny. Czesi mają dobrą kinematografię, ale ten film jest na światowym poziomie!.
A przed filmem przeczytałam jeden fajny artukuł w jakimś starym "Wprost", które przywiozłam od Siostry. Tak fajny, że dziś nie napiszę ani słowa więcej, ale wkótce wiele. Na prawdę warto… hi hi:)
DATA, KTÓRĄ MUSZĘ ZAPAMIĘTAĆ
Ostatni wpis w tym roku, 2005. Data, którą muszę zapamiętać.
2 kwietnia o 21:37 umarł Papież.
Byłam zaskoczona jak wielkie wrażenie wywarła na mnie ta śmierć. Był papieżem całe moje świadome życie. Całe lata w Pradze przechodziłam koło Jego zdjęcia za szybą dużego dziennika i codziennie go pozdrawiałam i życzyłam zdrowia. Tak sobie rozmawialiśmy w myślach. Jak już było bardzo źle chciałam tylko żeby był szczęśliwy, gdziekolwiek.
Dziwne to, bo właściwie nie chodzę do kościoła, mam jakąś swoją wiarę, ale swoją prywatną, bo nie wszystko w instytucji Kościoła potrafię zaakceptować. Ale jak umarł nie umiałam się pozbierać. Nie tylko ja, znajazłam wtedy powierniczkę duszy, która czuła podobnie. Pewnie wiele osób czuło podobnie.
Wiem, że teraz jest mu lepiej, wypełnił misję do końca, więc uśmiecham się z dołu, tam do góry, że mnie tak ładnie potrafił zmanipulować, a to nie za łatwe. Do tego pozytywnie zmanipulować. Chciałabym być lepsza, żeby też miał powody do uśmiechu. Chciałabym wiedzieć więcej i być lepszym człowiekiem.
POSTANOWIENIA NOWOROCZNE
Pisałam, że nie bedzie!
Sywestra spedzę z kuzynem, który mam nadzieję dotoczy się z Częstochowy przez zawieje i zamiecie (nawet w czeskiej telewizji mówią jaki to kataklizm w Polsce a to już jest coś!). Pisał, że się toczy. Będę (a nawet my) oczekiwać.
Pan Boski pojedzie do Drezna. Wykazywał oznaki zainteresowania zostaniem, ale nie chce potem słuchać jak to musiał „dla mnie”, więc niech jedzie… Wczoraj nawet sobie postanowiłam, że skończę z tym zgubym nałogiem, ale dziś jest milutki jak kotek i pewnie znowu nici z postanowień. A powinnam, co tak się tyoczyć przez życie z sobą a bez siebie? Ale w sprawach uczyciowych to jestem szybka jak błyskawica, wiec po 17 latach się z nim rozwiodę.
Oczywiście nie wierzy mi, że jestem chora, bo jeszcze mi nie wskoczyły plamy rozkładu. Humor mi się nie pogasza wprost proporcjonalnie do temperatury ciała (jak jemu), więc mi nie wierzy. On ma dwa stany: umiera albo idzie w góry. Ja mam jeszcze przechodni. Jestem troche chora, ale jak zaniedbam to bedę bardzo. A ja teraz nie mam czasu na chorowanie. Do wyjazdu zostało mi jakieś 30 dni, ma to być przyjemnych 30 dni. Wieczorem ma być –20C a oni z pewnością zapragną explorować Drezno, które już widziałam, co w kombinacji z autobusem, pociagiem, tramwajem tam i z powrotem już by śmiercią kliniczną groziło. A może tylko sama sobie tak gadam, bo nie chce mi się jechać? – tak twierdzi Pan Boski. Może. Ale w zeszłym roku chorowałam po Zurichu 2 tygodnie, bo musieli zwiedzać jak szleni, w tym nie mam czasu na takie fanaberie.
Tak więc jeśli „gdzieś idziesz” to baw się dobrze, jeśli zostajesz to baw się dobrze. A ja też będę.
A w Nowym Roku…. żeby było zaskakująco lepiej:)
PIESIA NIE BĘDZIE
Na Sylwestra chyba zostanę sama. Jestem trochę chora, kaszle jakaś drobna
gorączka itp. Postanowiłam więc, że nie pojadę do Drezna (autobusem, potem
pociągiem itd. przez śniegi przez pola pędzi fasola brrr), ale zostanę sobie sama w domu w Pradze i będę się kurować.
Była
drobna szansa, że Tajemnicza Pani porzuci Pieska u mnie w domu na weekend. Pan
Boski zaoferował, że zostanie, ale przypomniał by mi z 200 razy, że był tak
wspaniały więc zadowolę się własnym towarzystwem. Poza tym na początku był w
tym zostawaniu stanowczy a teraz już czuję, że chętniej nie.
Ale Piesek…już
sobie w myślach wyobrażałam jak oglądamy telewizję na niebieskim, rozłożystym
fotelu. Ja przykryta kocem, a obok mnie wielki, prawie 2 kg Piesio przykryty
mniejszym kocykiem (lub stojący na nim) i gapimy się…, tudzież pożywiamy
jakimś przyjemnym, słonym jedzonkiem. Czy to nie piękny obrazek?
Ale
Piesio jednak pojedzie na wycieczkę. Rada starszych zadecydowała, że jak cała
rodzina to cała. Rozumiem. Piesio też nie musiałby piać z zachwytu, że go tak
bestialsko zostawili ze mną. Ale ja bym chyba sobie sama zdjęcia zrobiła 3 ręką
z zachwytu.
P.S.
Wieczorem
myślałam jak wygląda Piesio. I wiem. Jest wielkości przerośniętego chomika
pokrytego sierścią długowłosego kotka, którego ktoś umył, rozczesał i wysuszył. Boski!
ZBIERAM ZAMÓWIENIA NA ZDJECIA
Jak ktoś
chce zobaczyć Pieska ze mną to proszę o posłanie maila albo wpis. Poślę link. Nie
zainteresowanych nie będę męczyć moją powalającą urodą, bo Piesek jest
fajniasek:)
TAJEMNICZA PANI
Poznałam
wczoraj tajemniczą Panią. Pierwszy raz w życiu znałam kogoś tylko przez
Internet, a wczoraj udało mi się poznać Ją
osobiście. Okazało się, że już ją właściwie znam, tylko głos sobie wyobrażałam inaczej.
Myślałam, że ma niższy niż ma. Bo generalnie jest zdecydowana i opanowana i
świadoma. Czyli spokojniejsza niż ja. Taka jak ma być kobieta w naszym wieku:) (ale to brzmi).
No i dlatego tak sobie sprytnie wymyśliłam, że będzie miała niższy głos a ona
miała swój. Dosyć wysoki, ale ciepły.
Rozmawiałyśmy
tak jak ludzie, którzy znają się już długo. Co w pewnym sensie jest faktem. Tyle tylko,
że nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy. Po prostu wsiadłam do auta i pojechałam jakby
to była najnormalniejsza rzecz na świecie, tak podejść, powiedzieć „cześć to ja”
i …kontynuować rozmowę. Fajnie jak tak człowiek czuje, że "musi" natychmiast
wszystko opowiedzieć, jakby ten drugi po prostu żyć nie mógł bez znajomości
jakichś faktów, albo myśli szalonych. Baby co się lubią, tak rozmawiają (no ja z moimi babami tak właśnie rozmawiam). I uważam to za niezwykle przyjemne.
Na
koniec popisałam się wychowaniem i wyniosłam 10 dużych, ślicznych pierogów w
pudełku, które skonsumowałam NATYCHMIAST po przyjściu do domu jeszcze zimne. No
co?! ręce mi się trzęsły z radości po pierwszym próbnym, więc musiałam
wypróbować pozostałe. Okazało się, że zachowały standard, tylko, że mało ich
jakoś było :))))
Poza
całą rodzinka (najmłodsza latorośl już spała) poznałam jeszcze psa. Zupełnie
niewielkiego. Pies był przezabawny. Mały, z 3 razy mniejszy niż sobie
wyobrażałam i zwinny jak kotek. Taki chudziak malutki. Bardzo sympatyczny.
Nigdy nie byłam fanatykiem maciupkich piesków, ale jak widać bywają wyjatki. Nie da
się nie uśmiechać jak się na niego patrzy.
Właśnie
tak spędziłam wczorajszy wieczór. I jeśli Tajemnicza Pani nie będzie (zbytnio;)
protestować, zamierzam męczyć ją regularnie.
SIMPSONOVÁ
Pamiętam
odcinek Simpsonów, kiedy Bart zrobił jakaś
totalną głupotę i obawiał się, że jego zdjęcie pojawi się w następnym
wydaniu Brytaniki jako przykład tłumaczący pojęcie „debil”. Od czasu piątkowej
podróży mam wrażenie, że w nowej edycji pojawią się dwa zdjęcia. To drugie
moje.
Ci,
który mnie od tego czasu widzieli już wiedza. Więc pobawią się tylko Ci,
których w czasie Świąt i okolicy nie męczyłam. Otóż. Kupiłam sobie w czwartek
bilet do granicy a dodatkowo przezornie
miejscówkę od Ostrawy, bo w Czechach nie jest, za to w Polsce jest obowiązkowa.
Kosztuje 30 CZK w Czechach lub 18 PLN w Polsce.
Byłam z
siebie bardzo zadowolona w ten czwartek.
Po
przypendolinowaniu do Ostawy, poczekałam z 20 minut i nadjechał pociąg z
Wiednia. Razem z nierozłącznym plecakiem wielkim i malutkim (tym razem
zostawiłam średni) oraz ciężkim pudełkiem z 2 winami dla Pana C. udałam się na
poszukiwanie „mojego” wagonu z miejscówką. Szukałam, szukałam, szukałam aż
zdałam sobie sprawę, że mojego wagonu nie ma, bo pani mi sprzedała miejscówkę
na pociąg, który jedzie 5h później. W tym momencie automatycznie zamknęły się
drzwi mojego pociągu, a mnie z wrażenia wypadło z rąk pudełko z winami… tuż
obok kół (spadły jakieś półtora metra, albo dwa, bo ja duzia jestem). No nie! Jedyny prezent
dla Szwagra musiałam uratować!!! Przycisnęłam guzik, drzwi jeszcze się otwarły.
Szup na kolana i wyciągać to pudło ciężkie jak skurczykrowa… wymyśliłam
sobie, że taki szalony pociąg nie odjedzie z otwartymi drzwiami. Jakby jednak
pojechał to chyba by już reszta też prezentów nie dostała… co wytłumaczyli mi
drukowanymi znajomi na urodzinach.
Abstrahując
od tego, że wina zwykle nie przeżywają upadków z 1,5 metra. Te przeżyły, chyba
z szacunku dla mojej głupoty.
Ale to
połowa sukcesu, bo drzwi znów się zamknęły. Więc ja znów na guzik i pcham się na górę, ale te drzwi już się
bardzo chciały zamknąć. Więc zamknęły mi plecak a ja zostałam w środku tylko
dzięki uprzejmości i usiłowaniom Austryjaków, którzy zaparci nogami wciągnęli
mnie do środka. No… a potem już dojechałam bez problemów. Austryjacy stali
tak jeszcze bez ruchu z 5 minut, bo ich strach zamurował. Ja nie miałam czasu
się bać, bo musiałam zrobić wszystko szybko, zaczęłam się bać dopiero w domu
jak mi znajomi łopatologicznie wytłumaczyli, że pociągi czasem jednak jadą, jak
nie mają. No więc miałam więcej szczęścia niż rozumu. Wieczorem samodzielnie
przyznałam sobie nagrodę Darwina, za najbardziej pomysłowe sposoby
odejścia z tego świata. Na szczęście nie udane.
Twoja
Simpsonová
TROCHĘ ZAGUBIONA
Siedzę przy komputerze już strasznie długo, przeczytałam ulubiony blog – sąsiadki – od pierwszych literek. Powinnam iść spać. Ale ciągle jeszcze chce przedłużyć te nierealnie miłe Święta, choć o chwilę. Nie chce mi się wracać do rzeczywistości, bardzo nie chce.
Siostra zadaje niewygodne, choć potrzebne pytania, po co mi ten wyjazd?, dlaczego nie umiem jakoś się zdecydować z Panem Boskim?, gdzie wrócę? a ja dokładnie wiem po co i jak i gdzie i ciągle ukrywam się za okruszkami nadziei, że może coś się zmieni, choć nie znam drogi w jaki sposób to zrobić. I szczerze, nie wiem czy chce. Ale nadzieja zawsze wygrywa.
Jutro wracam do krainy źle zasuniętych krzeseł, książek, które powinnam odkładać na półkę nawet, jeśli je czytam i szamponu, który znowu zostawiłam z otwartą klapką. Tak bardzo chciałabym to widzieć i móc zawsze pamiętać o tych wszystkich drobiazgach, które dla mnie nie mają znaczenia. Z ciekawości. Żeby dowiedzieć się czy to by coś zmieniło, bo on twierdzi, że tak.
Nie, jutro jeszcze będę sama. Wróci chyba w czwartek czy w środę nie wiem i chce, żebym miała dla niego wolny czwartek wieczór, ale mnie się nie chce dostosowywać mojego planu tygodnia do jego potrzeb, skoro on musi być do czwartku z „rodziną”. Ja, po ponad 4 latach, jeszcze nią nie jestem, choć za miesiąc wyjeżdżam na pól roku z przerwą na święta, a on o tym doskonale wie. Także już wiesz, nie przyjechał na Święta. „Rodzina” wygrała na całej linii. Ale nie mam powodu do smutku, Święta były/są ekstra. Z całym przekonaniem.
Mam szczęście do miłych, choć niezdecydowanych facetów. A jakoś nie mam siły czekać dłużej niż parę lat. Nawet jeśli, jak Pan Boski, twierdzą, że mnie kochają, ale…Czekam, bo wiem, że niestety nie jestem idealną partnerką. Jestem „trudna z zaletami”. Z gatunku „take it or leave it” . Można mnie kochać albo nienawidzić… albo trwać w zawieszeniu, jak teraz.
Ale choć wiem prawie na pewno gdzie wrócę, chyba już tam. Przyzwyczaiłam się. Może w końcu zdobędę się na odwagę, żeby jakoś uregulować moje życie, choć spróbować. Ale będę chyba już tam. Czas pokaże. Nigdy nie lubiłam noworocznych postanowień, zwłaszcza w Święta. A poza tym, cuda się zdarzają. A nastrój poprawia.
Teraz czuje takie dziwne rozdwojenie. Jest mi dobrze a jednocześnie patrzę w przyszłość z obawą, żeby nie napisać panicznym strachem. Pociesza mnie, że zawsze wszystko kończy się dobrze, tylko nie wiem, kiedy u mnie przewidziany jest koniec. No nic.
Dobranoc. Miłych snów. Tobie i mnie.
ZATRZYMAĆ CZAS
Czasem miewam dni, kiedy jest mi obojętne czy jeszcze trwają czy już się kończą, czasem nawet marzę o tym, żeby się skończyły, bo jest mi smutno, albo czuję się sama. Bywa, że te smutne dni wypadają w Święta i wtedy mam wrażenie, że cały rok czekałam bez sensu.
W tym roku tak nie jest. Jestem trochę chora i najchętniej osobiście odrąbałabym sobie głowę już od ramion, ale i tak delektuję się każdą minutą. Jest 18:52, do końca dnia 5 może 6 godzin, zobaczymy. Jest przyjemnie, dobrze. Tylko trochę smutno, że czas nieubłaganie biegnie do przodu. Nie robimy nic niezwykłego. Ktośtam idzie się zdrzemnąć, ktoś inny układa nowe lego z Niedźwiadkiem, gramy w Scrabble albo Uno, podjadamy. Nic specjalnego, ale bardzo specjalnie. Dawno już nie było takich przyjemnych Świąt w naszych rodzinie.
Jutro muszę wracać do Pragi, szkoda. Lubię Pragę, ale dzisiaj bardzo chciałabym zatrzymać czas. Dla wszystkich. Żeby nie musieli się śpieszyć i mogli tak trwać jeszcze długo. Żeby mogli delektować się rodzinna zwyczajnością, której ja już tak długo nie zażyłam. Wiem, że to dobrze, że czas biegnie, bo takie chwile, albo dni jak dziś można bardziej docenić, nie będzie kiedy zacząć się nudzić. Czas ucieka a ja staram się cieszyć każdą minutą. Nie wszystkie Święta były takie, może dlatego te są niezwyczajne.
Piszę o tym, żeby je zapamiętać i mieć co przeczytać jak kiedyś znowu będzie mi w Święta źle… może już nigdy, ale ja to – za Krasickim – miedzy bajki włożę. Na pewno zawsze trzeba mieć nadzieję, że dobre Święta jeszcze przyjdą. To piszę do każdego komu teraz jest źle i czuje się sam, nawet jeśli wcale mnie nie czyta, i sobie samej, jeśli (albo raczej jak) znowu przyjdą takie dni, których nie będę chcieć pamiętać.
Jeszcze raz Wesołych Świąt, albo choć nadziei, że będą.
ŚWIĘTA W DOMU
Jestem w domu. Nie moim, choć chyba bardziej moim niż mój. W końcu u Siostry, z rodzicami, Matylda i Niedźwiadkiem, Panem C. Po prostu całą rodzina. Jest mi dobrze, tak jak ma być w Święta. Jest rozgardiasz, ciągle jeszcze dookoła bałagan. Dopiero co pozbieraliśmy opakowania po prezentach. Rano pakowałam 4 godziny, wieczorem zdjęcie zajęło 5 minut, jak co roku… cud prędkości:)
Matylda tańczy w nowej koszulce i skarpetkach z palcami, obwieszona łańcuszkami, które właśnie zrobiła. Mama siedzi z torebka tak jakby była bardzo drogocenna, Tata już planuje jak Mama będzie przerabiać trochę za długie spodnie, Pan C ogląda szlafrok, „ale fajny, taki długi, że sięga nieomal do kostek”, Siostra już planuje pożyczenie mojego płaszcza, który BARDZO przyda się jej na Sylwestra. A kolczyki na szczęście pasują do sukienki. Niedźwiadek rozpracowuje nowe potwory „patrz, patrz jak to fajnie lata, ale patrz się na mnie! No teraz!”. Ja też się cieszę z prezentów. W końcu mam porządne słowniki do hiszpańskiego i całą masę innych upominków. Jestem zadowolonym słonikiem.
Co chwile dopychamy się jakimś losowo wybranym daniem… a to trochę zupki grzybowej, albo barszczyk z uszkami, potem pierożek, a w to wszystko wplatane jakieś ciastko. Groch z kapustą, choć tak na prawdę u nas to kapusta z grzybami.
Jest mi dobrze. Myślę, ze wszystkim jest dobrze i każdy jest na swoim miejscu.
Chociaż teraz pewnie jesteś ze swoją rodzina i na pewno mnie nie przeczytasz, życzę Ci, żeby Twoje Święta były dobre, normalne, proste, ciepłe. Żebyś czuł(a) się na swoim miejscu i wśród swoich. I dziś i przez resztę świąt i już zawsze. Dobrze mieć dom:)
Wesołych Świąt!!!