cytuje kawałek:
"swietnie Cito ktos obmyslil – wszystko w przeciagu dwoch dni, dobrze ze nie przesuneli Nowego Roku na 25-go ;)"
Ona, ta młodsza siostra, też jest genialna :))
DOSTAŁAM LIST
I usmiałam się jak norka:) Uwielbiam takie listy:))) Przed tygodniem napisalam mu, że myślę nad prezentem (co chce), więc mi teraz odpisał, cytuje:
"to chyba na przyszle urodziny, no nie????
i co jaaaa mam ci kuuupiiiccccc????
no co?"
XXX
No i jak takiego nie kochac?:))) (to mój kolega z ławki z liceum napisał tak dla informacji:)
ŚMIESZNY DZIEŃ NA URODZINY
Tak, tak, to dzisiaj wskazówki zegara posuną się o ząbek do przodu. O 19 coś skończę 29 lat.
Powinnam chyba zmienić adres strony na bardziej odpowiedni … z soltera (panna) na solterona (stara panna). Na szczęście się nie da, ktoś to dobrze wymyslił.
Jakoże dzisiaj wszystkie moje życzenia muszą się spełniać (Ten na górze jest, mam nadzieję, tego świadom :), życzę wszystkim żeby:
– byli zdrowi
– mieli dużo powodów do radości
– żeby na ich drodze stawali tylko ludzie warci ich uwagi
– byli szczęśliwi, w zrozumieniu, które osobiście uważają za najbardziej stosowne:)
no i żeby i mnie kapło coś z tych życzeń:) (samolub – jak zwykle, ale z tego się z wiekiem nie wyrasta, jak zaobserwowałam u siebie i w okolicy:).
Dziś wieczorem moje Polskie Misie przyjdą jak zwykle nie zaproszone, choć z całego serca witane na moje urodziny w domu Rodziców. Jak zwykle będzie coca-cola i mandarynki (napiszę jeszcze Mamie na wszelki wypadek:). Wszyscy już się przyzwyczaili do mojego wykwintnego menu, także grzechem byłoby coś zmieniać lub dopełniać :). [Tradition, tradition… tradition! (kto pamięta z jakiego filmu?)] Za to mandarynek jest tyle, że zawsze się nimi rzucamy. Lubie tych moich gości wszystkich, co zawsze przyjdą, choć wcale nie muszą.
Żeby ich spotkać popędzę, polecę dzisiaj Pendolinem przez całe Czechy (1 raz w życiu:), potem mam nadzieję przymknie połączenie z Wiednia i o 19:30 powinnam zostać odebrana przez Ojca.
Już się cieszę! Oby następnych 29 lat było przynajmniej tak udanych jak dotychczasowe. Były lepsze i gorsze momenty, wiadomo. Ale nie było źle! Z taką rodzinka i znajomymi … się nie da 🙂
P.S.
A jutro imieniny, których tradycyjnie nikt nie potraktuje poważnie i Wigilia, też piknie. Najem się pierogów tak, że pękne, tak właśnie zrobie! (jak co roku, żadne zaskoczenie:). A teraz jeszcze trochę popracuję…
UCZTA PRZY FILIŻANCE HERBATY
Całe wczoraj było zupełnie poplątane. Najpierw umówiłam się z Panem G. Ale miał mało czasu więc pojechałam z nim na drugi koniec Pragi, żeby czasu było trochę więcej. Wysadził mnie pod drzwiami najlepszej koleżanki to zadzwoniłam, że orbituje opodal. Zostałam (z radością) przekonana, żeby wejść i pograć w UNO. Po chwili zadzwonił Pan G., że jego spotkanie jest odwołane, więc może mnie odwiźć do domu. Zamiast do domu został wciagniety w wir bigosu, herbatek i UNO. Spadłam im na głowe i to jeszcze z nieznanym gościem a tam wszystko jakby na nas czekali. Jak za starych dobrych czasów, gdy nie trzeba było się umawiać z tygodniowym wyprzedzeniem 🙂
Potem Pan G. odwiózł mnie do domu, pooglądałam książki, które dostałam od koleżanki (Życiorysy Papieży i dłuuuugi życiorys Wojtyły, wiem, wiem to nie jest zupełnie normalne czytać takie książki, ale historia Kościoła, jak się człowiek troche zagłębi, jest ciekawsza niż powieści Chmielewskiej:).
Oglądałam sobie książki, potem jakieś stare odcinki Ally i było sympatycznie. Ok 21 przyszedł Pan Boski, zadowolony, bo dostał ładny prezent z jakiegoś Banku, którego jest klientem i miły, bo obwieścił, że będzie u nas spał jego kolega. Nawet sie ucieszyłam. Kolega jest genialnym fizykiem, jednym z najinteligentniejszych ludzi jakich znam. Pan Boski twierdzi, że generalnie jest małomówny. Także po tym jak poszedł spać po 23, gadaliśmy jeszcze do 2 nad ranem, a moglibyśmy i dłużej, ale musiałam jednak wstać do pracy. Strasznie dobrze mi się z nim rozmawiało.
Fizyk jest dobry i uczciwy poza tym, że genialny. Jego świat jest ciagle czarno biały – choć jak to czasem przymiotem geniuszy bywa jest tolerancyjny dla ułomności drugich. Widzi, ale nie mówi niczego co mogłoby kogoś zasmucić. On lubi ludzi z całym dobrodziejstwem inwentarza, z wadami, przywarami. Bo wie, że i on sam ma ich sporo. Jest chory, czasem tak bardzo, że nie można z nim komunikować, ale wczoraj miał dobry dzień. Miałam szczęście.
Powiedziałam mu chyba o połowie wesołych i smutnych rzeczy w moim życiu, a on ani słowem nie nalegał, abym powiedziała o słowo więcej, ale na każde rozważnie reagował. Nie wspomniał o swojej chorobie, choć wie, że ja wiem. Pewnie jakoś tam go boli. A ja nie chciałam go zranić. To taki ptaszek, nie chciałam, żeby rozmowa go bolała, żeby się zmuszał. Ja jestem durną, płaczliwą babą, ale jestem silna. On jest genialny, ale dlatego słabiutki duszą, choć silny umysłem. Taki prawdziwy człowiek. Choć złośliwy jak osa, jak ma dobry humor 🙂 Znam go już lata, lubię jak się przestawia na system „teraz bedę wymyślał głupoty, zobaczymy kto zauważy”. Mnie zazwyczaj zajmuje długo rozpoznanie, że z naukowej dysputy przechodzi w zabawę. Chyba, że widzę jego twarz jak zmienia „tryb” , wtedy wiem od pierwszej chwili. Jest powalająco wykształcony, dobry i przezabawny, jeśli ma siły. Wczoraj miał. Starałam się to wypić do dna. Mogłabym niespać wcale, ale nie chciałam go męczyć. Pan Boski dał mi prezent. Swojego przyjaciela, z którym myślę rzadko rozmawiają tak bardzo i tak o wszystkim jak my wczoraj. Szłam spać uśmiechnięta. Człowiek. Powalająco mądry a nie widzi niedostatków drugich, to nie jest takie częste. Dziś wstawało mi się trochę gorzej, ale po takiej uczcie było warto. Życzę mu, żeby jak najszybciej był zdrowy, albo choć zaleczony. Zasłuży sobie. Jest dobry, bez wysiłku, taki jest.
RELATYWNIE
Mam wrażenie, że z wiekiem się łagodnieje. Jak miałam 18 czy 20 lat wszystko wydawało mi się czarno – białe, dobre albo złe, rozwiązania były oczywiste. Nie było zbyt wiele miejsca na kompromis. Istniały tylko rozwiązania moralnie właściwe, albo nie (oczywiście zupełnie subiektywnie i egoistycznie jak to u bardzo młodych ludzi bywa). Teraz wszystko zaczyna nabierać kolorów. Każdą rzecz oglądam z uwzględnieniem uwarunkowań. Kiedyś taka zdrada to było coś absolutnie niedopuszczalnego. Teraz gdyby któryś/aś z moich znajomych przyznał/a się do kradzieży albo nawet zdrady nawet nie starałabym się jej oceniać. A jeśli oceniać to po bardzo wnikliwej analizie uwarunkowań. No bo co ja wiem? To co widać jest czasem tak dalekie od tego co ukryte. Czym jestem starsza, tym częściej chodzę za sobą i powtarzam „nie oceniaj, nie rozumiesz, nie masz prawa, zostaw”. Oczywiście nie zawsze wychodzi. Tylko czasem się uda, trudno pozbyć się złych nawyków.
Czasem tesknie za takim ostrym spojrzeniem nastolatki, za dziecięcą prawdziwością, bezwzględną (choć subiektywną) czystością działań i poglądów, ale już nie bezwzględnością sądów, bo do tego nie powinnam dawać sobie prawa, choć czasem daje…
Świat "teraz" jest jakby trochę rozmyty. Kiedyś był ostry jak brzytwa. Lepiej mi, w środku, teraz niż kiedyś, ale trochę żal ideałów. Tej świadomości, że idealny czarno – biały świat (ciekawe, że ciagle sądzę jest bardziej idealny niż ten kolorowy) istniał tylko w mojej wyobraźni. Bo świat jest kolorowy.
Nie, nikogo nie zdradziłam nawet w myślach, nie, nie znam nikogo, kto zdradził.
Tylko tak, dorastam przed urodzinami:)
ROZWIJĄCE CZYNNOŚCI
Dzisiaj wiekszość mojego dnia pracy poświęcę (am) na niezwykle rozwijającą czynność a mianowicie kopiowanie i wklejanie adresów, nazwisk i podobnych danych dotyczących osób, którym będę w tym roku posyłać świąteczne życzenia. Dlaczego? Ponieważ Wielki Szef postanowił wytworzyć swoją listę a w ten sposób zmienił format w jakim zapisywane są adresy. No i pięknie. Wielki Szef adresów ma 19, bo jest poniękąd niekontaktowy, a ja się właśnie kontaktami zajmuję więc kopiuje 45: imię, nazwisko, nazwa firmy, ulica, inne informacje, nazwa miasta, nazwa kraju, kto ma kartkę podpisać. Kto ma doświadczenie w kopiowaniu z wykorzystaniem Excela, ten pewnie podzieli mój entuzjazm. W normalnej firmie zapewne robiłaby to sekretarka. Ale u nas to robi Wielki Szef, szefowie działów… ja itd. No ja się nie skarże, specjalnie mnie ta praca nie przemęczy, tylko trochę czasu stracę, niepotrzebnie.
W ramach innych rozwijających czynności bawiłam się dzisiaj (właściwie od wczorajszego wieczora) w detektywa. Przed końcem radosnej działalności w firmie powinnam zakończyć parę drobnych projektów. W tym celu muszę się dowiedzieć na jakim są etapie, bo kto wie, może coś się przez 3 miesiące zmieniło. Wydawało by się, że pójdę, zapytam się, dowiem. Oj, nie nie! Tak łatwo nie będzie. Chodzę sobie pomiędzy działami i pytam się szefa danego działu, co o danej sprawie wie i on mi mówi. A nastepnie udaję się do kolejnego gościa a ten przedstawia mi swoją wersję wydarzeń, odmienną. W końcu dowiaduje się, że każdy z nich myslał, że sprawą zamuje się ten drugi/kolejny. W ten sposób zaplanowałam Panom jutrzejszą poranną naradę, bo poniekąd się chłopcy pogubili w drobiazgach. Już się nawet nabijaliśmy z moim starym szefem z działu Rozwoju, że jak mnie nie było to nie było problemów. Jestem to NAGLE są. Dwa dni a już parę ładnych trupów z szafy wyciagnełam! Sprytna dziewczyna, widzi! Zawsze mnie zastanawia, dlaczego im się wydaje, że da się dokończyć jakiś projekt bez koordynacji? + osoby odpowiedzialej za całość??? Moim zdaniem nie da. Każdy udaje, że nie wiedział, że ma coś robić. Wie oczywiście, ale po kiego ma się przyznawać, jak nie musi? Ale oni głęboko wierzą, że załatwi się samo. Ciekawe kiedy wpadną na to, że samo robi się nie za często.
Aaa, jeszcze mam poprawiać broszurkę na słowacki rynek, po słowacku napisaną, też piknie. Ale może literackie piękno chociaż docenię… bo z literówkami to bym się nie przeceniała, nawet po polsku.
W domu spokojnie. Wczoraj wróciłam o 22:30, Pan Boski już spał. Zobaczyłam jakiś głupi filmik wojenny (ten był wyjatkowo głupi, ale jakoś mnie przykleiło do telewizora). I poszłam spać. Dzisiaj spotkam się z kolejnymi koleżankami. Też bedzie fajnie. Świat jest radosny. To lubię:)
PIERWSZY DZIEŃ W PRACY
Przeżyliśmy drogę, (choć tak powolną odpawę na lotnisku widziałam pierwszy raz w życiu) i dotarliśmy do Pragi. To w piątek o 23:10.
W sobotę Pan Boski miał lekki kryzys osobowości związany, jak sądzę, z wieczorną Polska Wigilią. Zdołał wstać, dojść do miasta i kupić choinkę. Ale chodzace nieszczęście.
Ta (Wigilia) była bardzo fajna, nawet on to przyznał. Poznaliśmy sporo nowych sympatycznych ludzi, niektórych bardzo zagramanicznych (Francuz i Kolumbijczyk) i dostałam świetny prezent! (On również) Ja poduszke – Kota, ale bajerancką.
W niedziele Pan Boski… zachorował. Ciężko. Może nawet naprawdę. Ok. 17 zdołał wstać, nie udało się wsadzić choinki do stojaczka, więc wyruszył kupić nowy. Wsadził choinkę. Ubraliśmy ją, ale nieomal musiałam skończyć rozmawiać z koleżanka, bo trzeba było ją ubierać NATYCHMIAST. I to tyle. Potem już zupełnie się popsuł. Jak jest chory to skaranie boskie. Wtedy już wszystko robię źle. Także czekam do szcześliwego wyleczenia. Intensywnie czekam. Przed wyjazdem pochorowywał 3 miesiące, teraz mnie nie było to szalał (narty, sklipky, wyjazdy, imprezy itp) I najprawdopodobniej mu się baterie wyczepały. No, nawet wyglada na chorego… ale niestety zawsze ma słaby humor jak jest chory. Jak jest chory robię źle absolutnie wszystko. Więc trzymaj za mnie kciuki, brrr
No a w pracy, dostałam 2500 maili + jakieś 2200 spamów. Jest sympatycznie. Szkoda, że już niedługo. Szkoda i nie szkoda. Wiadomo. Decyzji nie podejmowałam ze dnia na dzień. Ale grupy szkoda, bo fajna.
No a na uniwersytet nie udało mi się dodzwonić, więc na razie nie powiedziałam nikomu, że ciągle nie mam potrzebnych diokumentów. A muszę powiedzieć szybko, bo bilety kupione na 28.1. Ale w Sevilli już Świeta.Mają czas. Fajnie:)
KONIEC PROGRAMU M1
Wczorajszy dzien byl bardzo udany. Musialam sie niezwykle spieszyc z wpisem… bo wiadomo, ale jednak czekalismy przed Gielda 20 min, bo przyszlismy za szybko;) standardzik. Po budynku gieldy oprowadzala nas Teresa – kolezanka Olivera z Xetry, a wiec moglismy wlazic wszedzie, gdzie nigdy, nikt, pod zadnym pozorem. Gielda jest przepiekna, Warszawska moze sie dlugo i bardzo wstydzic. Ale oni tez maja sie przeprowadzic do nowoczesnego budynku, kto wie jaki bedzie. Obecna, zbudowana pod koniec XIX w. wlasnie w tym celu znajduje sie w centrum miasta (niedaleko Prado) i jest przesliczna. Moglismy robic zdjecia i ogladac wszystkie niedozwolone dla gawiedzi zakatki, czyli nacieszyc oczy do upadlego. To chyba taki bonus na koniec pracy;) a moze nie… znajomi na gieldach zostana, wizytowki tez ;))
Potem bylismy w Prado. Budynek oczywiscie ogromny. Zbiory… no troche szersze niz nasza Dama z lasiczka… zupelnie subiektywnie najbardziej podobaly mi sie obrazy Velázqueza, Goyi, Tycjana, a Panu Boskiemu Breughel. Tego bylo tyle, ufff dlugo by opowiadac. Co mnie zaskoczylo, bylo tam wielu kopistow, ktorzy na oczach turystow "falszowali" obrazy. Niesamowici byli. Oczywiscie polowe zdjec zrobilam wlasnie kopistom razem z oryginalami.
Nastepnie przyszedl czas na zakupy. Siostrunia (jego) dostanie suknie balowa z Zary + bluzke i spodnice ze sklepu, ktorego nazwy nie pamietam, ale podobnie drogiego. Tata koszule i krawat, mama spodnice + obydwoje zmywarke kupiona na spolke z Siostra. Ja mialam zapomniec co dostane, wiec nie pamietam.
Na Swieta moglby ewentualnie przyjechac, ale na warunkach podanych wczesniej. Ja zdania nie zmienilam. Na 5 minut nie chce. Powod: rodzina uwaza, ze skoro nie jest moim mezem, to powinien spedzac swieta z nimi. Takze Siostro (tym razem moja), masz mnie na glowie nastepnych X lat, bo jakos mi sie nie chce zmieniac stanu cywilnego, dla jednego dnia w roku. Fajnie to maja poukladane…obowiazki zony powinnam pelnic od wczoraj, ale przywileje "po slubie". Juz lece. Tak, tak jestem zbyt emancypowana.
Ale dzien byl generalnie fajny. Kupilam Matyldzie prezent na gwiazdke. Takze jeszcze, Pan C Niedzwiadek i Rodzice, Pan Boski…..duzo.
A dzisiaj lecimy. Do Pragi. Mnie jest zimno w Madrycie, wiec w Pradze chyba umre, nie mowie o Polsce za tydzien. brrr
Biegne sie pakowac! Do przeczytania!!!
DZISIAJ GIELDA I PRADO
Wczoraj bylo OK. Pan Boski musial zobaczyc chyba wszystkie sklepy w Madrycie w celu wybrania prezentu dla siostry – swojej. Ale na razie powstrzymal sie z zakupem…:) Poza nimi zobaczylismy Centrum Sztuki Królowej Zofii. Dziadzio mial racje, moze Picasso potrafi rysowac, ale w porownaniu do Salwadorka D. to slabizna (zwlaszcza z bliska). Za chwile lecimy na Gielde… juz mamy umowione spotkanie, a Pana Boskiego nie da sie przekonac, ze tu godzine spotkania traktuje sie bardzo dowolnie… a potem Prado, no i znowu zakupy… moze w koncu cos kupi 😉 Milego dnia! Leceeeeee
TU RADIO MADRYT
Dotarlam do Madrytu. Po wytarganiu z autobusu wszystkich placakow, plecaczkow, plaszczy itp i zawleczeniu ich na dworzec, pojawil sie Pan Boski :))) Mieszkamy w hostelu nawet w centrum miasta. Wszystko jest OK, poza mala drobnostka… jest tak zimno, ze sie trzese nawet pod 2 koldrami… a maja mi jedna zabrac… bo ukradlam z pustego lozka. Chyba umre. Oliver z Xetry zalatwil nam wejscie na Gielde w Madrycie, wiec pewnie pojdziemy. Poza tym plany bez zmian. Mysle, ze w pracy juz nie licza na to, ze wroce (i raczej slusznie, niestety), bo po powrocie bede siedziala w dziale prawnym, dla odmiany… moj "szef" wlasnie napisal, ze mi sie to przyda w pracy naukowej. Ha ha, bardzo smieszne. Musze konczyc bo "Pan i Wladca" stoi mi nad glowa, ze mam dzwonic na te gielde…, no rzeczywiscie 5 min stanowi ogromna roznice. Teraz, dla odmiany, obrazil sie i odszedl, bo mu powiedzialam, zeby moze jednak nie pytal sie o cos co 2 minuty, bo to nie przyspieszy tego co robie…ach jo