¡HASTA UN DÍA, SALAMANCA! BIENVENIDO MADRID!

To już dzisiaj! Odjeżdżam do
Madrytu! W piątek lecę do Pragi! Więc nie wiem dokładnie kiedy się odezwę, choć kto
wie, może napiszę parę słów z Madrytu:) A już niedługo Święta. Same dobre
wiadomości!

Salamanca jest przepiękna, to
dobre, przyjazne ludziom, historyczne miasto, pełne pozytywnej energii. Gorąco
polecam! Polecam wszystkie miasta, które widziałam, na razie, w prowincjach:
Castilia-León i Castilia-La Mancha, Madryt i Andaluzja. Ludzie są sympatyczni a szynka
świetna!
Teraz nadszedł czas lepiej
poznać Madryt.

Wszystko musi się kiedyś
skończyć, dlatego nie rozpaczam tylko czekam na nowe przygody! W ciągu nadchodzącego
miesiąca, w pracy, czekają mnie liczne wycieczki na Węgry, poza tym, na pewno, z
dwa razy, trzy razy będę w Polsce, chciałabym jechać na narty a potem, mam
nadzieję, znowu Hiszpania, tym razem Sevilla. Ponoć w Andaluzji najładniejsza
jest właśnie wiosna.

W Madrycie zamierzam zobaczyć
Prado (Museo del Prado) i Centrum Sztuki Królowej Zofii (Centro de Arte Reina
Sofia). Przede wszystkim Guernikę Picassa i obrazy Salvadora Dali. Nawiasem mówiąc, Dziadek Adam mówił, że Picasso zaczął swoje
kolorowe okresy, kubizm, impresjonizm itd, bo nie umiał porządnie rysować.
Pozwolę sobie, wyjątkowo, nie zgodzić się z Dziadkiem. Widziałam wczesne rysunki
Picassa i były świetne, a jak raz postanowił ponabijać się z Salvadora Dali, też
uchwycił wszystkie cechy charakterystyczne dla jego twórczości (podobny numer
jak Słowacki wywinął Mickiewiczowi w Panu Beniowskim: „Czymże jest ból? Jedną
chwilką! – Jak mówią w Dziadach Mickiewicza chóry”). Choć rozumiem, że kubizm i
dalsze izmy nie musiały Dziadza zachwycić.
No nic, to całusy i lecę! O 15:00
autobus. O 17:30 powinnam być w Madrycie.
Tylko jak ja przeżyje te półtora
miesiąca bez „siesty”??? No nie wiem, nie wiem!

P.S.
HASTA UN DÍA – a nie hasta
luego, albo hasta pronto, bo to ponoć przynosi szczęście i naprawdę się wraca,
albo spotyka jeśli mówimy o osobie. Przynajmniej tak twierdzą wszyscy
mieszkańcy ameryki południowej, których tutaj poznałam. Bez wyjątku przesympatyczni,
wykształceni ludzie! Nic, tylko wierzyć 🙂

NOWY DOMEK

A wiec przeprowadzilam sie. Mieszkam teraz z Hiszpanka (ok. 40 letnia) i jej coreczka – ma 4 lata i nieustannie gada, jak Niedzwiadek, wiec mam trening. Mysle, ze to bedzie ciekawe doswiadczenie na te 2 dni, ktore mi pozostaly. Nieomal darmowe nieustanne konwersacje (malej buzia sie nie zamyka). Poza tym na prawde czuje sie lepiej jak nikogo nie oszukuje, a gdybym zostala w mieszkaniu szkoly tak wlasnie by bylo. Pan Boski wlasnie napisal, ze prawie spoznil sie na lotnisko, ale jak dotarl to sie okazalo, ze samolot na 1,5h spoznienia… za to on ma tylko plecak i kase, bo zaspal. No to bedzie smiesznie. Pewnie mysli ze w Hiszpanii jest cieplo a tu -3C. Lece na nastepne zajecia. Buziaki!

P.S. Bez polskich liter, bo szkola jakos nie dysponuje polska klawiatura a domu dzio(u?)rki na wtyczke sa za male, wiec nie moge wlaczyc komputera.

P.S.II Wczoraj bylam z Niemka na mszy. Lekko mnie zdziwilo, ze tak chciala na msze a nie wie o co chodzi. Juz wiem, jest Luteranka. I teraz ciekawostka – o dziwo ich koscielne "zasady" sa duzo bardziej liberalne niz nasze. Np. ze spokojem udala sie do komunii… bez spowiedzi. W moim wypadku 15 letnia indoktrynacja zrobila swoje… moge nie chodzic regularnie do kosciola (albo nieomal wcale) ale zasady znam i kropka :))

TAJEMNICZE ŻYCIE SŁÓW

„La vida secreta de las
palabras” (The Secret Life of Words), 2005, scenariusz i reżyseria Isabel
Coixet.
Na polskich stronach
internetowych nie znalazłam żadnych informacji dotyczącej powyższego filmu,
więc przypuszczam, że jeszcze nie wszedł do kin. Mam nadzieję, że się pojawi.
Smutna perełka. Kolejna dobrze wykorzystana godzina z kawałkiem.

Akcja filmu toczy się powoli, na
początku nieomal bez słów, momentami przypomina obrazy Larsa von Triera
(„Tańcząc w ciemnościach”), ale nie ze względu na szalejącą kamerę czy muzykę,
ale raczej szarość, codzienność opisywanych dni. Momentami ma się wrażenie, że
są czarno-białe choć kolorowe.
Główne postacie to: Hanna (Sarah
Polley), której historie poznajemy małymi kroczkami, bo ona te słowa bardzo
oszczędza, żyje tak jakby jej, w jej życiu, właściwie nie było i Josef (Tim
Robbins), którym Hanna opiekuje się w ramach „wakacji”. Josef, który uległ
wypadkowi, bo chciał uratować przyjaciela, którego w pewnym sensie zgubił, jest
przejściowo niewidomy, więc chce mówić, żartować, słyszeć, może usłyszeć, że
nie jest winny. Hanna nie może mówić, bo wydaje jej się, że milcząc ucieknie
przed wspomnieniami, przed przeszłością, dlatego odzywa się tylko wtedy, kiedy
uzna to za absolutnie konieczne. A wszystko to dzieje się na wymierającej
platformie wiertniczej, w warunkach nieustannego szumu maszyn, pustki, morza, z
gęsią w tle.
Główni bohaterowie powoli
znajdują nić porozumienia, jaką tajemniczą empatię, pomimo tego, że ich
przeszłość jest skrajnie inna, krok po kroku zdradzają temu drugiemu, co tak
bardzo ich boli, że obojgu wydaje się, że dalej nie mogą żyć.

Być może nie było to zamiarem autorów, ale na mnie największe wrażenie
zrobiło te niewiele słów, które mówiły o wojnie na Bałkanach. O tym co czują
ludzie, którzy przeżyli. Bez najdrobniejszej drastycznej sceny nauczyłam się
więcej niż z wszystkich reportaży czy dzienników, jeszcze w czasie trwania wojny.
To jest tajemnica, która film wyjaśnił mnie.
Chociaż myślę, że „La vida secreta de
las palabras” spodoba się każdemu, kto nie oczekuje w kinie fajerwerków. Na
filmie byłyśmy cztery: Agnes – 18 letnia Francuzka, Christie – 19 letnia
Niemka, Rosa – 27 letnia Brazylijka i ja. Młodsze dziewczęta były po wyjściu z
kina były trochę zawiedzione, że nie „działo się więcej” . Dla Rosy i dla mnie
żadne „więcej” nie było potrzebne. Więcej każdy musi znaleźć w sobie.
Następnego dnia w szkole Agnes i Christie opowiadały jak film wieczorem rósł w
ich głowach. Bardzo nas to ucieszyło. Także chyba jest dla wszystkich, choć dla
niektórych dopiero po chwili. Myślę, że warto zobaczyć.

LAZY CHICKEN – czyli ja :)

Bo niestety nie FAT LAZY CHICKEN.
A takie miałam świetlane plany na te 12
tygodni! Ale nie! Jak ktoś chce schudnąć to nie schudnie! A jak chce zgrubnąć
to za cholerę się nie da! Ten świat jest jednak trochę „na złość” poukładany:) Można
jeść jak prosiak i nic. Niedawno dostałam list od rozzłoszczonej koleżanki, która
napisała, że zawsze moim głównym zmartwieniem było bycie szczupłą. Uśmiałam się
jak norka. Bo miesiące, a w zasadzie lata, bardzo się staram…ale
zgrubnąć!!!:) Ale koleżanka mieszka daleko, deleko to nie może wiedzieć. Ale
jak wielu (ze mną włącznie;) z radością wydaje oceny na temat spraw o których nie ma pojęcia. Tyle, że ta jej
akurat wyszła zabawnie. A że
widzę chudych i grubych, no widzę. Od bycia chudym
generalnie się nie ślepnie.

Ale nie dlatego jestem lazy
chicken. Jestem, bo podjęłam męską decyzję. W związku z tym, że skoro nie
zapłaciłam za ostatni tydzień w „studenckim mieszkaniu”, to się wyprowadzę,
choć na 90% nikt by nie odkrył, że jestem tu nielegalnie. Wszyscy uważają mnie
za wariatkę. Ale ja się dziwnie czuje jak przechodzę przez światła na czerwonym,
co dopiero takie świadome oszustwo. Taki staroświecki cykor jestem, a co!?! Oczywiście
będę musiała wysupłać na to odpowiednią ilość kasiorki.
Jak się
okazało
, Kurczak jest w tym wypadku silniejszy niż Wąż w kieszeni. No dobra, przyznam się do
okoliczności wspomagającej podjęcie takiej a nie innej decyzji. Dzisiaj jest
niedziela. Wydawało by się, że nie może to mieć zasadniczego wpływu na końcowe rozstrzygnięcia. A jednak może. W każdą niedziele, moje aktualne współmieszkanki,
robią "uroczystą" kolację. W związku z tym, że gotowanie, a już na pewno robienie
zakupów i szacowanie potrzebnej ilości jedzenia, nie jest ich najmocniejszą
stroną ugotują zawsze dla pułku wojska, a potem większość wyrzucają. Także taka kolacja
wychodzi na jakieś 10 EUR na łebka, czyli jak w porządnej restauracji.
Oczywiście musimy zapłacić za Miguela i podobnych wspaniałych, których zaproszą. W cenę wliczona
jest nieograniczona ilość alkoholu, który jak wiadomo uwielbiam. Do tego moje
ulubione rozmowy o Miguelu, o tym dlaczego Avory znowu się upiła itp. W związku
z powyższym Kurczak dogadał się z Wężem, że skorzystam z propozycji koleżanki
Niemki i przeprowadzę się do mieszkania w którym mieszka ona. Spędzę 2 dni z
hiszpańską rodziną. Przynajmniej na koniec będę zmuszona sobie pogadać:) Pan
Boski zapowiedział, że do Madrytu przyjedzie, także z głodu nie umrę.
Pisałam,
że awaria.
Ale o Świętach postaram się z nim nie mówić. Wolę mieć dobry humor
(ciekawe jak długo wytrzymam).

MATCH POINT

Nie obejdzie się bez kolejnej
recenzji. Bardzo lubię kino, to jedna strona medalu, druga to lenistwo. Zawsze
z nieskrywaną radością wybieram najbardziej „leniwe” sposoby nauki języka, do
których kino niewątpliwie należy. Film zrozumiałam cały, aż się przestraszyłam 🙂

A więc Match Point – nowy film
Woody Alena. Reżysera generalnie nie lubię (chyba jeszcze nie dorosłam), ale do
kina poszłam, bo słyszałam, ze film jest inny niż jego pozostałe filmy, co
okazało się być prawdą. 1. Nie był kręcony w NY – czyli standardowo, ale po raz
pierwszy w Londynie. 2. treść zadziwiła mnie prostotą, która również jak dotąd
moim zdaniem głównym przymiotem filmów Allena nie była. Film był prosty, ale ciekawy
moralnie. Wychodziłam z kina z poczuciem zadowolenia, że sprawiedliwości NIE
stało się za dość.

Match Point nie dotyczy gry w
tenisa, jak się przeważnie wszystkim wydaje, ale szczęścia.
Drobnych momentów w życiu, które
mogą je zasadniczo zmienić. Z pozoru absolutnie nie istotnych faktów, które
mogą zmienić nasze „być albo nie być” w bardzo definitywny sposób.

W rolach głównych: Brian Cox,
Matthew Goode, Scharlett Johansson (która jest piękna, ale jakoś jej nie lubię.
Muszę przyznać, że grała dobrze) itd…

Film trochę mnie przestraszył.
Że tyle jesteśmy w stanie zrobić dla zachowania wygody egzystencji jaką aktualnie
mamy. Tak tak. Złudne, ale bezpieczeństwo jest nam bardzo potrzebne.
Mnie na pewno. Nie, dla aktualnego ułudnego spokoju na pewno nie byłabym w stanie rozważać zabójstwa, na
przykład. Ale czasem zupełnie bez sensu trzymam się gałęzi na której wiesze, i
jest mi cholernie niewygodnie, a mogłabym odrobinę spaść i może tuż tuż pode
mną byłaby kupa liści… ale czy bez widłów w środku?

Film jest właśnie o ryzyku
skakania z wysokiego drzewa w kupę kolorowych liści, w których z dużym
prawdopodobieństwem będzie dużo grabi i siekier i jeży itd. Ale jeśli się nie
skoczy, skończy się kolorowe życie. Więc główny bohater skacze… Ja bym, mam nadzieję, nie skoczyła.

Jak głosi reklama: Pasión,
Tentación, Obsesión.
Myślę, że warto.

ŚWIĘTA, ŚWIETA I PO ŚWIĘTACH

Sprawa zakończyła się zgodnie z
oczekiwaniami, może tylko nieco wcześniej niż się spodziewałam. I to z mojej
inicjatywy, żeby agonia nie trwała zbyt długo.
Okazało się, że Pan Boski
planuje powrót na łono rodziny w 1 (Pierwszy) Dzień Świąt, pociągiem o godzinie
12:00 ( w południe). Więc podziękowałam mu za współpracę jeśli chodzi o Święta…

Kilka tygodni temu napisał czy
powiedział, że „z radością spędzi Święta Bożego Narodzenia w domu mojej Siostry
ponieważ wie, że to dla mnie ważne, a bardzo mu na mnie zależy”. Byłam
zachwycona, choć zastanawiałam się z której strony nadejdzie atak. Byłam raczej pewna że, nie wiedziałam kiedy.

We wtorek spytał się czy może
wracać już w pierwszy dzień Świąt. Odpisałam, że to szkoda, ale że Wigilia jest
dla mnie najważniejsza, i że spoko, jeśli odjedzie wieczorem.
Bardzo się śpieszył żeby kupować
bilety (wiadomo jak trudno dostać bilet na pociąg w dzisiejszych czasach,
trzeba kupować z 2 tygodniowym wyprzedzeniem), więc czułam, że coś nie gra.
Odnośnie drogi „tam” nie było problemu, uzgodniliśmy termin, ale nie chciał mi
odpowiedzieć kiedy dokładnie odjeżdża (pociągi z Petrovic, Karvine lub Ostrawy
jadą nieomal co godzinę). Po trzecim z rzędu pytaniu kiedy on zamierza wracać …
wyszło szydło z worka… „jadę o 12:00 w Pierwszy Dzień Świąt, to była w zasadzie
jedyna możliwość”. Rzeczywiście, spędzi ze mną Święta, bo to dla mnie takie
ważne. Nawet się uśmiałam. Odpisałam, żeby poinformował rodziców, że będzie w
domu całe Święta, bo jechać do Polski na 1 dzień jest niepoważne. Nawet nie
pipnęłam, że nie ma mnie od 3 miesięcy a Święta są tydzień po przyjeździe.
Odpisał, że „dla niego to była zasadnicza decyzja, w domu wszyscy są smutni, że
nie będzie z nimi, a ja mam zły humor
(ciekawe dlaczego? prip. autora) i wszystko psuję”. (W domu? po 4,5 roku mieszkania razem, w domu?). Odpowiedziałam, że sam obiecał, że Święta
spędzi ze mną, nie kawałeczek Świąt i że może już czas wydorośleć. 1 dzień to
nie Święta. No i że było nie było, wycofuje się z raz danej obietnicy (gdyby
zechciał po 4,5 roku nauczyć się polskiego i byłby to w stanie przeczytać,
powiedziałby, że on to tylko powiedział a nie obiecywał -standard).
A teraz jego respons, otóż: „Tego
właśnie się spodziewał. Święta spędzi z ludźmi, którzy mają dobry humor. A ja
powinnam udać się do psychologa, bo w innym wypadku całe życie będę
nieszczęśliwa. I że to jego ostateczna decyzja”… nie odpisałam, żeby
przypomnieć, że decyzja była jakby moja, szkoda kasy. A, że jestem wariatką
mówi/pisze zawsze jak odwala podobny numer (czytaj: często). Oczywiście jest to moja subiektywna opiniia, że nie zachowuje się fair w tym wypadku.
Może todo el mundo (cały świat) myśli, że to on
zachowuje się normalnie.
Ale to blog, mogę sobie pisać
własne subiektywne opinie. On może napisać swój lub dodać komentarz, jak mu się
podoba:)

Ciekawa jestem czy przyjedzie do
Madrytu. Jeśli nie i tak z chęcią zobaczę Prado i Muzeum Królowej Zofii (Dali,
Picasso itd.). Na spanie i jedzenie w Madrycie powinno mi wystarczyć (nawet po
tych 30 EUR za 2 noclegi tutaj – też jego pomysł, żebym nie była w szkole i płaciła
za noclegi do końca, bo on się będzie nudził!!! w Salamance). Jakoś te cholerne
rzeczy przeniosę jak będzie trzeba. Muszę uważać, bo w Madrycie bardzo kradną.
A na lotnisku zobaczymy, albo zapłacę nadwagę, a jak mi nie wystarczy kasy, to
coś zostawię (mam mały tygodniowy limit na czeskiej karcie i pierwszy raz w
życiu tego żałuję).

Muszę zacząć podchodzić do spraw
pragmatycznie.
Może jeszcze 16 razy zmieni zdanie. Spokojnie, to tylko awaria.

MARZENIA SPEŁNIAJĄ SIĘ PRAWIE ZAWSZE

Od wczoraj ciągle jeszcze myślę
o Rejsie. Czasem te myśli przychodzą i nie tak łatwo wyrwać je z głowy. Masz
racje. Życie po rejsie, nawet po tylu latach jest inne niż życie innych. Taka
niepełno albo nadpełnosprawność. Ale nie możesz zaczynać rozmowy z nowo poznaną
osobą od „jestem zimna a czasem zamknięta, bo nie wiem jakim jesteś
człowiekiem. Nie poznałam Cię w ekstremalnych warunkach, a ten teatrzyk teraz,
to nie dla mnie”.

Pewnie się nad tym nie
zastanawiasz, ale ludzie bardzo się zmieniają jak jest trudno.
Na morzu widzisz to ekstremalnie. A jak o tym
wiesz, patrzysz na wszystkich przez pryzmat tego odkrycia. Na przykład jak
miesiąc, codziennie widzą ciągle te same twarze i wodę i nic więcej. I słyszą ciszę. Wiatr
wieje tak równo i spokojnie, że ma się wrażenie, że nie wieje wcale. Albo
odwrotnie jest tylko woda, nawet powietrze chwilami zamienia się w wodę. Jest piekielnie
zimno, ale nie ma zmiłuj się. Masz zadanie i ograniczoną możliwość decydowania
o własnym losie. Wszyscy zależą od wszystkich. „Statek utonął, bo pudełko
zapałek nie było na swoim miejscu”. Wielu „kochanych”, „sympatycznych” ludzi na
lądzie, na morzu zmienia się w potwory. Wychodzą z nich „drugie dusze”, te
które tak ładnie ukrywają jak żyją tylko dla siebie. Często są to Ci
empatyczni, mili ludzie, którzy pierwsi podają Ci rękę… a Ty myślisz, czy aby
nie ZA szybko? Piszę o morzu, ale myślę
o próbach generalnie. Jak jest już bardzo źle, a ktoś musi ryzykować nie tylko
dla siebie. Mnie wzięli na ten Rejs między innymi dlatego, że poznali mnie rok
wcześniej. Wiedzieli, że nie jestem specjalnie łatwa we współżyciu, ani
przesympatyczna, jak wielu innych, którzy wysłali aplikacje albo nawet byli na
obozie kwalifikacyjnym, których nie wzięli. Wiedzieli też, że się nie zmieniam.
Że jakieś dziwne zasady, które sobie wymyśliłam są niezależne od warunków
zewnętrznych. Nie szukam wymówek, jestem.

Ciągle o tym myślę. Bardzo
chciała bym znaleźć Mastera, żeby wysłać do niego ten list. Ma teraz ponad 70
lat, więc w Internecie nie ma za dużo informacji o tym co porabia
(myślę, że ma syna, też kapitana, co nie ułatwia). Chciałabym,
żeby go dostał. Żeby wiedział, że potraktowałam jego słowa poważnie. Bo ten
list zaczynałam pisać już tysiąc razy. W myślach, na papierze, różnie. Spróbuje
go odnaleźć, może adres w książeczce żeglarskiej jest ciągle aktualny, albo coś
wymyślę. Nie będę o nim pisała, bo znowu by mi wyszło na strony i strony. Zna
chiński na przykład, nie wspominam o wielu językach europejskich. Jak mówi
Master słuchasz, po prostu. O mnie mówił, że mam wzrok wiedźmy i że jestem
jedyna, której boi się przeciwstawić, jeśli już coś chcę. Dlatego nawet jego
żona posyłała mnie za Masterem jak chciała jakąś sprawę załatwić szybko. Ale
może to dlatego, że nie chciałam zbyt często, tylko bardzo.

Siostra, wiesz, ja nie jestem
pewna kto jest lepszy i ważniejszy, ten co czeka na brzegu czy ten co płynie …
Każdy jest inny i każdy tęskni za przeznaczeniem drugiego. Żeby choć czasem
spróbować drugiej opcji. Dobrze wiesz, że chciałabym się zatrzymać, ale
jeszcze nie czuje, że mogę. Tak jak Ty nie czujesz, że możesz wyruszyć.
Przyznaj sama, nie chciałabyś być tułaczem, po prostu potrzebujesz czasem mieć
czas wędrówki, a nie być opoką dla całego okolicznego świata, który myśli, że
ma do Ciebie prawo. A ja robie dokładnie tak samo, wracam do Ciebie i paru
nielicznych:)

Ale zdradzę Ci jeden mój "sekret", potwierdziłam go ze 100 razy: marzenia
spełniają się prawie zawsze (choć niestety nie zawsze wtedy kiedy tego chcemy
najbardziej, ale to inna sprawa).
Tylko musisz wiedzieć czego chcesz. Także przyjdzie czas, że będziesz dużo
podróżować. I Ty będziesz pisać blog, a ja będę go czytać codziennie rano
(razem z oholismickiem:). Tylko, że to będzie za chwilę.

DO KPT.Ż.W. ANDRZEJA DRAPELLI

We wrześniu 1993 roku, dokładnie
rok po powrocie z Rejsu, nieomal wszyscy uczestnicy Columbusa na s/y „Zawisza Czarny”,
czyli dla nas na „Zawiasa”, spotkali się w Gdyni, żeby powspominać, pośpiewać,
pomarzyć. Nie było Marka Jabłońskiego, bo nie mógł wyrwać się z radia, a potem
już nigdy go nie zobaczyłam. Dwa lata później zginął w wypadku samochodowym.
Moja pierwsza, wielka platoniczna miłość…Wyłam pół dnia, jak Kuba zadzwonił, że
Marek umarł. A kochany Pan K. znosił to z wielką cierpliwością.

Właśnie, na spotkaniu był Kuba
Derech – Krzycki, „mój oficer”, nie wiem czy jeszcze ciągle poseł, ale zawsze
wspaniały żeglarz, człowiek o niesamowitej inteligencji a wtedy jeden z moich
najlepszych przyjaciół. Pisaliśmy do siebie, co najmniej 2 razy w tygodniu.

Podczas spotkania Pan Kapitan
Andrzej Drapella – dla nas Master, poprosił, żebyśmy napisali co zmienił w
naszym życiu Rejs. I że mamy odpisać do miesiąca. Kapitan jest pierwszy po
Bogu, rozkazy wykonuje się bez mrugnięcia okiem. Ale już wtedy wiedziałam, że
do miesiąca nie odpiszę, bo ciągle jeszcze nie znałam odpowiedzi na to pytanie.
Master, przepraszam, że kazałam Kapitanowi czekać tak długo.

Na dworzec w Katowicach
odprowadzała mnie Siostra i Zuzia, która jak już trzeba było zacząć machać,
filozoficznie stwierdziła „ Siostra! zobacz, ten pociąg jedzie do Ameryki”.
Jechał daleko dalej. Przejechał całe moje życie tam i z powrotem i pewnie nie
tylko moje. Minęło 12 lat. Może teraz potrafię powiedzieć już nieco więcej.


Master!
Kiedy po pół roku na Zawiasie
weszłam do swojego pokoju, stwierdziłam, że rodzice chcieli mi zrobić
przyjemność i zmienili łóżko i ustawienie pokoju. Powiedziałam „dobranoc”, była
jakaś piąta rano i zaczęłam ryczeć. Nie wiedziałam co się dzieje. Co ja robie w
tym dziwnym świecie w którym nie dzieje się NIC? Nie ma wacht, nie ma pracy „w
rejonach”, nie ma kambuzu, pentry, nie ma szorowania pokładu tak długo aż gumki
między klepkami będą białe. Za to jest pełno ludzi, którzy ciągle pytają się o
jakieś nieistotne sprawy.

Rano wstałam i poszłam do
szkoły. Na schodach przedstawili mi Kale, później najlepszą przyjaciółkę z
liceum, ale ja byłam ślepa. Potem zaczął się kołowrotek opowiadania. Ile
portów? 28. W jakich krajach? Trudno tak wymienić, 10? No to mapa i lecimy. I
tak na każdej lekcji. Maskotka sezonu. Z „ich szkoły” ktoś był na Columbusie.
Dziś to rozumiem, oczywiście. Ale wtedy byłam tak strasznie zagubiona. Nie, nie
miałam żadnych problemów w szkole czy w domu. Ale nie umiałam przestać myśleć o
rejsie, o ludziach, o oceanie, o wielorybach. Jeśli otwierałam usta, to tylko
po to żeby coś o tym powiedzieć. Nie umiałam zacząć znowu żyć w świecie w którym
problemem jest trója z maty. Problemem to jest jak pójdzie szew przez pół
bezana i trzeba szyć cała wachtę w ciemnościach, a wieje dziewiątka, więc Cię
nie zwiewa tylko dlatego, że jesteś starannie przypięty do żygliny (zwłaszcza
jak ważysz 50 kg).
Ale i to nie jest problem. To jest dopiero życie. Jak wieje, woda jest wszędzie
i zanim doniesie się herbatę na „oko” czyli jakieś 6 metrów, już jest zimna i
słona. Życie jest wtedy jak musisz skupić wszystkie nerwy, żeby wleźć do tej
przeklętej, brudnej zęzy, w której jest tak ciasno, że mieściłam się tylko ja,
ale nie mogłam się pomylić bo bym tam uwięzła. A wejść było trzeba, bo ziemniak
wpadł do wypływu wody. Boże, jak ja się bałam! Żyje się wtedy jak 3 tygodnie
pije się tylko sok grejpfrutowy, bo zalało zbiorniki słodkiej wody. Albo
passaty, dni i tygodnie ciszy i nieznośnego upału. Zaczęłyśmy z Dominiką robić
buty ze sznurka. Mechanik chodził ze szczoteczką do zębów – „pieskiem” na
sznurku. Naprawdę tylko dla żartu? Potem szkoła to była zabawka. Żadne ryzyko.

Ten rok, albo i dłużej
spotykaliśmy się co najmniej raz w miesiącu, nieomal wszyscy z Rejsu, w różnych
częściach kraju. Nie umieliśmy mówić z nikim innym, tylko ze sobą. Nikt nas nie
rozumiał. Byliśmy pomyleni. Żeby wrócić
na „Zawiszę” dalibyśmy się pokroić. Popłynęłam wtedy na jakiś weekendowy
rejsik, w ramach załogi stałej. Przychodzę na kolację a tam puste stoły. Więc
pytam się oficera: „Gdzie są wszyscy?” „Jest im niedobrze!” „Ok, a teraz jakiś powód
dlaczego nie siedzą przy stole?”.

I to jest pierwsza rzecz, której
nauczył mnie rejs. Nie ma „nie mogę”. Nie ma „jestem zmęczona”. Mogę nie
chcieć. Mogę wszystko. A już na pewno mogę spróbować. To dzięki rejsowi mogę
pracować tyle, ile trzeba, a jak to konieczne to nawet 17 godzin. Trzeba się
tylko skupić i mieć cel. Wewnętrzną dyscyplinę. A więc wewnętrzna dyscyplina.
Zabić się, ale skończyć, jeśli myślisz, że gra jest warta świeczki.
Po roku powiedziałam dość. Ja
jestem szalona, ludzie wokół za chwile zaczną mnie nienawidzić jeśli nie
przestane mówić ciągle i ciągle o Rejsie. A było o czym mówić. Prawie pół roku.
Ale wystarczy.

Zafascynowana Markiem zaczęłam
pracować w radio. Było świetnie. Dziewczyny mogą potwierdzić. Teraz żadna z nas
nie ma problemu z formułowaniem myśli, wystąpieniem przed dowolną ilością
słuchaczy.
Tematy Małej Kadry – czyli krótkie
prezentacje po których następowała zwalająca z nóg, bezlitosna krytyka ze
strony wszystkich skutecznie nauczyły mnie mówić tak, żeby ludzie chcieli mnie
słuchać. Żadne „eee” i „iiiii”. Wszystko ma znaczenie: dobór słów, anegdota tu
i tam, gestykulacja. TREŚĆ.
Nigdy nie pozbyłam się nawyku
oszczędzania wody. 1,5 litra na dzień, na głowę na wszystko z wyjątkiem picia
efektywnie zapadają w pamięć. Zawsze zakręcam wodę przy myciu zębów. Albo myjąc
garnki pod bieżącą wodą czuje zabawne wyrzuty sumienia. Co ja głupia robię?
Po tym strachu w wąskiej,
ciemnej zęzie, gdy najmniejszy nieskoordynowany ruch powodował, że się
„zacinałam” wielkim sztormiaku sprawił, że trochę boje się małych przestrzeni.
Ale poza nimi niezbyt wiele jest w stanie mnie przestraszyć. Poradzę sobie. Albo
inaczej, boję się wszystkiego i świadomie wybieram to „straszne”, żeby pokonać
samą siebie. I wygrywam. Nie ma innej opcji. Nawet przegrana jest wygraną, bo
otwiera następne drzwi.
A przede wszystkim rejs wysłał
mnie w drogę. Zmienił mnie w podróżnika, który szuka, kolejnej TAKIEJ przygody.
Już schodząc z trapu „Zawiasa” powiedziałam, że nie zgadzam się, żeby to był
rejs mojego życia. I nie będzie. Szmat czasu przede mną, dużo rzeczy do
zobaczenia. Ale mnie co jakiś czas wygania w drogę. MUSZĘ iść sprawdzić. Muszę
zobaczyć. Żeby żeglować nie jest potrzebne morze, ani nawet woda.

Choć chciałabym znów przeżyć
taki dzień, jak ten koło Nowej Finlandii, jak najpierw widzieliśmy górę lodową,
a potem nagle, na raz przypłynęły wieloryby i orki, i mnóstwo delfinów, które
bawiły się jak zwykle w szalone piruety. I latające ryby. Staliśmy jak wryci.
Jak z filmów Disneya! To nie mogło się dziać naprawdę. Ale działo się. I ciągle
jest w nas. Bo Master zdecydował, że weźmie nas – większe dzieci (no dobra, byłam
najmłodsza, Dominika płynęła z rodzicami) i pokaże nam świat.

I pokazał tak skutecznie, że
teraz nie umiemy przestać.
Ja nie umiem. Bo już niewiele
wiem o reszcie załogi.
Co Rejs zmienił w moim życiu? Wszystko
chyba. W dużym stopniu ukształtował mnie jako człowieka. Otworzył szerzej oczy,
osmagał wiatrem i kazał iść.
Dzięki Master!
Czuje się wyróżniona, że mogłam
być załogantem Pana Kapitana!
Łączę wyrazy szacunku,
Ewa

W JEJ BUTACH – wpis na zamówienie:)

Jak napisać o filmie, żeby nie
napisać o czym jest a człowieka zainteresować? Bądź tu mądry i pisz wiersze.

Byłam oczywiście w nowych,
przewygodnych butach, co się przydaje, bo film trwa jakieś 134 min + reklamy.

W rolach głównych: Cameron Diaz,
reszta w zasadzie nie istotna, dla mnie mało znana, choć jest jeden sympatyczny
przystojniaczek, o którym pewnie jeszcze usłyszymy.

Film bardzo mi się podobał. Nie
zabrałabym na niego Pana Boskiego, bo raczej (za) mocno stąpa po ziemi a
relacji między siostrami z przyczyn obiektywnych nie rozumie, więc pewnie nie
umarłby z zachwytu, ale prawdopodobnie by przeżył (co nie zawsze jest u niego standardem
w przypadku tego typu kinematografii). Ale taki Gucio, albo Diabeł, jak sądzę,
obejrzeli by z przyjemnością. Dla zabawy, ale bez odrazy, „że dla bab”.

„W jej butach” opowiada o skompilowanych relacjach między
siostrami. Trochę przesadzona rzeczywistość, bo TAKICH rzeczy to się jednak nie
robi. Ale generalnie o tym, że siostra to taki człowiek, któremu czasem bardzo
zachodzi się za skórę a on to jakoś przeżyje. Nawiasem mówiać, fajnie to natura
wymyśliła, że ma się takiego człowieka, którego się kocha na tyle, że nawet jak
się go z jakiegoś powodu bardzo nienawidzi, to za długo w tym stanie człowiek
nie wytrzyma. Słyszałam o wyjątkach, ale na szczęście nie znam osobiście.

Reasumując: polecam, przyjemny, nie za prosty, choć oczywiście
nieskomplikowany (Cameron Diaz) film, na ciemne, zimowe popołudnie. Lepiej z
koleżanką, ale „pan i władca” też powinien przeżyć i to raczej z uśmiechem.
Żadnego „dzieła” proszę się nie spodziewać, ale przyjemny wieczór zapewniony.

P.S.
Wszystkiego najlepszego z okazji
urodzin Pani A.!

IGNORANCI? NIE, DZIECI SZCZĘŚCIA * /**

* tych, których zdanie różni się
od mojego zapraszam do dyskusji. Wpis jest wierną relacją rozmowy
przeprowadzonej na zajęciach. Tytuł subiektywny i mój. Opinie moje są moje i
rozumiem, że nie muszą być łatwe do przyjęcia.

** nie
jestem amerykanofilem, większość Amerykanów, których miałam okazje poznać nie
prezentowała zbyt wysokiego poziomu intelektualnego, ale moim zdaniem to ich wybór,
nie kwestia kraju. Kraj daje możliwości. Kto chce ten bierze. Lepiej to niż
musieć emigrować. Ja nie musiałam, ale na wschodzie i południu Polski dużo
ludzi musiało. I wcale nie byli zachwyceni.

Kolejna lekcja hiszpańskiego, polemika
na temat możliwości jakie dają różne kraje, przede wszystkim Europa vs USA.

Uczestnicy:

Alexandra – 19 letnia Belgijka, córka przebogatego prawnika. Dom z
miejscem na basen i kort tenisowy (nie chcą mieć obu, a nie umieją się
zdecydować co wolą). Zna chyba z 4 czy 5 języków, ale maturę zdała już za
drugim podejściem, bo trzeba było jeszcze trochę ściślejsze przedmioty
absolwować. W szkole na rok, bo ma rok przerwy, aby się zdecydować co by
chciała w życiu robić.


Arno
– 22 (?) Szwajcar, syn bogatego lekarza, dom w Alpach. W
szkole na rok, bo ma rok przerwy… wyleciał z prawa.

Agradabla – 28 letnia Polka. Wykształcenie wyższe. Parę
lat doświadczenia w pracy w różnych krajach, rodzice nie mają możliwości
jakkolwiek pomagać jej finansowo. W szkole w ramach przygotowania do wyjazdu na
Erasmusa.

Javier – Hiszpan, nauczyciel, od czasu do czasu wtrącał
informacje o realiach hiszpańskich.

Zagadnienia:

Który kontynent daje większe
możliwości?, a bardziej konkretnie:
A) dostęp do edukacji i służby
zdrowia
B) rynek pracy i zajmowane
stanowiska v. problem segregacji rasowej
C) możliwość wybudowania
własnego domu

Generalnie
Alex i Arno (niezwykle zgodni):
Życie w Europie jest dużo
lepsze. Mamy tanią lub darmową służbę zdrowia, nikt nie umiera na ulicy. Nie
jesteśmy rasistami. Jest równy dostęp do edukacji. W Ameryce biedni nie mają
szansy się wykształcić, ani dostać dobrej pracy, dlatego np. dodatkowe punkty
za kolor skóry są zjawiskiem pozytywnym.

Agradabla:
Życie w Europie zależy od tego
gdzie się urodziłeś. Jest lepsze w bogatych krajach, ale już nie za długo… jest
twardsze w krajach, które nie miały 60 lat na gromadzenie zasobów. Białoruś to
też Europa. Możesz być wykształcony i nie mieć możliwości podjęcia pracy.
Dostęp do edukacji nie jest równy, bo darmowe uniwersytety są dla najlepszych.
W Ameryce kształcić może się każdy, tylko musi ciężko zapracować na czesne (nie
wspominam o dobrym systemie stypendialnym), ale jeśli się chce to się zdąży
zarobić na tańsze studia w ciągu wakacji. Pracy jest dużo i da się żyć, nawet
jeśli wykonuje się tę najpodrzędniejszą.

Javier:
W Hiszpanii jest ukryta
segregacja jeśli chodzi o szkolnictwo (np. w niektórych szkołach należy kupić
kosztowne ubrania i ksiązki). System szkolnictwa wyższego jest podobny do polskiego. Trudno dostać pracę nawet z wyższym wykształceniem a nawet jak się
ją ma, żyje się ciężko. Z USA dużego doświadczenia nie mam.

A) dostęp do edukacji i służby zdrowia

A&A: W Europie za szkoły płaci się mało, albo wcale, w
Ameryce dużo. Dodatkowe punkty za pochodzenie są pozytywne, pomagają wyrwać
murzynów z gett. 50 lat temu w tym kraju dyskryminacja była straszna!!!

A: Owszem, ale w Europie iść do szkoły wyższej może tylko
ten, który ma co jeść, a prace trudno znaleźć nawet wykształconym. W Ameryce
pracowity człowiek ma szanse skończyć studia, jeśli będzie chciał ciężko
pracować, inteligentny zdobędzie stypendium. Za $6000 rocznie można studiować,
tyle da się zarobić w wakacje…
65 lat temu pół Polski było w
gruzach, a nie dostajemy w Waszych krajach punktów za pochodzenie…

A&A: nie mówimy o Polsce
A: ok, to nie mówmy o historii
A&A: tam ludzie umierają na ulicy, jak nie mają
ubezpieczenia!

A: a czemu nie mają? bo nie pracują. A czemu nie pracują ?
bo im się nie chce. Z 5% bezrobociem wystarczy chcieć i nie kupować wszystkiego
w zasięgu wzroku. Oczywiście są wyjątki i w Europie niektórzy umierają na
ulicy, i w europie jest rasizm. Na przykład Polacy dostają w Waszych krajach głównie gorsze prace, niezależnie od wykształcenia.

A&A: ale w USA niewykształceni muszą pracować w beznadziejnych
pracach, bo wykształcenie jest płatne!

A: w Polsce możesz mieć doktorat i nie mieć pracy. ŻADNEJ.
Lepiej chyba mieć wykształcenie podstawowe i mieć co włożyć do garnka?

B) rynek pracy i zajmowane stanowiska v. problem segregacji rasowej

A&A: bo Ty pracowałaś po 15
h, ale Ci ludzie chcą żyć. A bez wykształcenia taki „murzyn“ nie będzie miał
nigdy dobrej pracy.
A: pracowałam nawet 17h, i co z
tego? Pracowałam bo miałam cel i dano mi szanse zarobić, której w Polsce nie
miałam. „Murzyni“ nie chcieli pracować nawet 6h, bo było im gorąco. Mnie też
było gorąco, i co z tego?

A&A: ale oni zajmowali tylko
podrzędne stanowiska!
A: a ja, jako „jakaśtam Polka” nie? Potem już nie, bo CHCIAŁO MI SIĘ PRACOWAĆ
pomimo całego mojego wykształcenia i beznadziejnej pracy. Gdyby pracowali tyle
co ja, zarobiliby na studia. Im się nie chciało. W przygłupiej pracy teraz…
która mogła dać im przyszłość!

A&A: tam biedne osoby nigdy
nie będą w stanie wykształcić swych dzieci!
A: wystarczy, że dzieci będą
chciały. Jest praca. W Ameryce z najbiedniejszymi rodzicami
miałabym takie samo wykształcenie jak tutaj. A zarabiałabym 5 razy tyle. Tylko chcieć.

C) możliwość wybudowania własnego domu

A&A: wiesz ile ludzi tam
pracuje w 2 pracach i nie widzi swych chorych dzieci? (widzieli na filmie)
A: fakt w Europie nie zdarzają
się tragedie, dobrze, że mi przypomnieliście.

A&A: to jest strasznie
deprymujący jak taki „czarny” może mieć tylko najgorszą prace!
A: nie, nie musi, musi się tylko
wykształcić – a więc pracować (mój szef był czarny i bardzo inteligentny). A jeszcze z tą najgorszą pracą kupi sobie dom. A tu z najlepszą po 100 latach mieszkanie na hipotekę.

A&A: ale te amerykańskie
domy! Są drewniane i jednopokoleniowe, bo oni tam się ciągle przenoszą. Nie
takie porządne jak u nas w Europie.
A: ale jednak stać na taki dom
nawet sprzątaczkę i to po 2 – 3 latach pracy. Tak z hipoteką, ale możliwą do
spłacenia.

A&A: ale w Europie masz dużo
większe możliwości !!!

No chyba mniej więcej tak się
skończyło.

XXX
Tak między nami. Nie chciałabym
nigdy mieszkać w Ameryce na stałe. Fascynuje mnie amerykańska przyroda,
bezkresne połacie niczego, zwłaszcza w środkowych stanach. Chciałabym mieć
możliwość zobaczenia wszystkich amerykańskich Parków Narodowych.
Ale doceniam możliwości jakie
Ameryka daje. Bo moim zdaniem daje. Jeśli tylko ktoś zatnie zęby i pracuje do
upadłego. W Polsce i okolicy nie bardzo ma się gdzie pracować. Mówię o
przeciętnych ludziach, nie o gwiazdach.
Rozumiem, że świat wygląda
inaczej z perspektywy dzieci bogatych rodziców, w bogatych krajach, w których
życiu większość rzeczy działa się sama, a tych złych bezkarnie.
Cały problem w tym, że Europa o
której oni mówią kończy się bezpowrotnie i w zastraszającym tempie. Szkoda dla
nich, że tego nie widzą. U nas nigdy się nawet nie zacznie. Ja będę na to
przygotowana, miejmy nadzieję, że oni też, albo wystarczy tego co zaoszczędzili ich
rodzice.
Ameryka jest bezlitosna, ale
daje możliwości. Tyle, że tylko tym, którzy są w stanie podjąć niełatwe
wyzwanie. Po tej rozmowie, mam wrażenie, że młodzi zachodnio-europejczycy nie
są w stanie tego wyzwania podjąć, gdyby zaszła taka konieczność. A zajdzie. To tyle na temat punktów
widzenia w świecie w którym aktualnie żyję.