Pan Boski zaproponowal mi (nagle) weekendowy wyjazd na narty do Szwajcarii. A ja nie chce. Powiedzialam mu duzo powodow dla ktorych nie chce, on twierdzi, ze wymyslam i jestem nieaktywna. No troche racji ma.
Dlaczego nie chce?
– bo 2 lata nie bylam na nartach i nie chce od razu rzucic sie na Szwajcarie
– boje sie jechac do Szwajcu malym autkiem jego kolegi. Jezdzi jak wariat (kolega) a ja za bardzo lubie moje nogi, zebym ryzykowala wypadek
– po w ciagu tygodnia jestem zmeczona jak pies a nawet kilka psow. I kiedys musze odespac
– bo nie chce spac w siostry p. Boskiego. Pewnie tak nie jest, ale u nich w domu mam ciagle uczucie, ze przechodze test z wszystkiego š¦
– mam STRASZNIE DUZO PRACY W PRACY i nie chce teraz brac wolnego z powodu nart na ktore mi sie nie chce jechac bo wiz. pozostale punkty
– musze przygotowac referat na jakas miedzynarodowa konferencje, co mi pewnie zabierze wiecej niz 5 minut… wiec zostaja weekendy…
– dzien po ewentualnym powrocie mam rade dyrektorow na Slowacji i na nia tez musze sie jakos przygotowac
To chyba wszystko nie powody, ale we mnie jakos powoduja niechec do wyjazdu š¦
Pan Boski jest na mnie zly. W efekcie pojedzie sam (i zwali, ze to ja z nim nie chce spedzac weekendow) a do tego jeszcze bedzie moja wina i bede miala niekonczace sie wyklady na temat mojego lenistwa.
On ma zawsze przygotowana liste moich wad. Ja jego nie mam a jak cos wymysle to zawsze maĀ argumenty na wytlumaczenie tych swoich.