Pan Boski przeszedl samego siebie w milym zachowaniu w stosunku do mnie. Zeby sie cala sprawa nie meczyc zapomnialam telefon w pracy. Jak jest mi zle to mam ogromna potrzebe komunikowania. Zeby nie wykomunikowac komus dziury w brzuchu zostawilam potrzebny do tego srodek w pracy.
Wyspalam sie, zobaczylam Gotowe na wszystko, znowu sie wyspalam.
Przygotowalam mieszkanie na wieczorna inspekcje zwiazana z powrotem pastucha.
Pastuch powroci na dzisiejszy wieczor i bedzie sie darl, ze ja wroce dopiero ok 20, bo ostatnie spotkanie mam o 19. Bo on w ciagu najblizszych 3 tygodni bedzie w Austrii, Slowacji, na Wegrzech, na Ukrainie i w USA i moze w Polsce i ja powinnam jak ten pies warowac z kolacja. A ja smiem miec obowiazki sluzbowe w dniu jego powrotu przed wyjazdem! (oczywiscie Slowacy sie pytaja czy mam czas ustalajac narady:))
Albo… wariant 2, nie bedzie sie do mnie odzywal, bo zielone.
Zaczynam dzien pracy i ciesze sie na moment, kiedy dzisiejsza tragedia bedzie mi sie wydawala nieco mniej straszna. Co ciekawe, taki moment zwykle nadchodzi.