siedzimy (my-firma) na nowym miejscu, nie moge powiedziec, ze juz teraz wszystko wyglada tak jak powinno.
W zwiazku z tym, ze jedna sekretarka jest "chora" a druga juz zupelnie powaznie ma chore dziecko, zajmuje sie sie dosyc niekonwencjonalna praca. A mianowicie:
– zamawiam wode
– zalatwiam montaz kuchenki
– szukam firme, ktora bedzie dla nas sprzatac
– wydaje chipy do drzwi
miedzy tym przyjelam do pracy nowa sekretake i wyrzucilam redaktora.
Proceder wyrzucania kogos z pracy nie jest bliski memu sercu.
Wiadomo, wszystko przebieglo w spokoju i profesjonalnie, razem 5 minut.
Ale martwilam sie potem caly wieczor.
Za 27 minut zacznie sie zwolala przeze mnie narda. Umielbiam takie zabawy, no ale coz ludzie musza sobie uzmyslowic, ze czasy sie zmieniaja i musime zaczac powaznie podchodzic do sprawy.
Generalnie to przepraszam, ze tak nudno, ale u mnie teraz nic porywajacego. Do piatku byla tylko praca, w ciagu weekendu napisalam artykul na jakas konferencje (Pan Boski go przetlumaczyl na angielski – chwala mu za to, tlumaczy szybciej niz ja) a potem znow praca.
Wczoraj lazilam po gorach. Pan Boski usmiechniety, a ja dotrwalam do wieczora. Jedyny pozytywny element na lazeniu po gorach to to, ze ja jednak mam zupelnie zdrowy kregoslup wiec moge latac jak koza. Czyli tak jak Pan Boski z niezupelnie zdrowym…
Aaa winda dziala! totalny zachwyt z mej strony:))