Udalo mi sie wczoraj zatrzasnac drzwi od biura. Nic wielkiego, tyle, ze zostalam przed drzwiami z kluczem (do domu) na szyi,bez torebki, bez plaszczyka, bez telefonu, bez korony na bilet, glowa tez troche zostala w tym biurze.
Na szczescie pietro nizej byla ksiegowa. Popatrzyla sie na mnie-sierotke, dala 20 CZK na bilet i sweterek na droge. I smiala sie do dzisiaj.
Ugoscila mnie tradycyjnie AW i nakarmila. A jak juz bylysmy tak spiace, ze sie nam buzie wywracaly na lewa strone, poszlam na recepcje przekonywac pania, zeby mnie wpuscila do bloku (oczywiscie karta zostala w plecaku za drzwiami)
Pan Boski nie stanal na wysokosci zadania i nie przybyl na bialym koniu w celu uratowania ksiezniczki. Powiedzial tylko, ze jakby mnie w metrze zlapali to zaplaci kare i jechal kopac pile z kolegami. Swinia zielona!
Wszystko dobrze sie skoczylo. Nowa office managerka zdobyla klucz jeszcze przed moim przyjsciem do pracy. Ja mowilam, ze jest dobra!!!