CZY SIE NUDZE?

w niedziele pisala kolezanka z Warszawy, ze musi do mnie zadzwonic, bo jak czyta to mam wrazenie, ze sie nudze.

Nie, nie nudze sie. To inna choroba. Czuje sie samotna. Jak jestem w Pradze to jeszcze jest ok. Mam duzo znajomych i zawsze moge komus glowe pozawracac (staram sie nie powtarzac zbyt czesto, zebym delikwenta nie zanudzila:), ale jak jestem w Bratyslawie to dupa blada. Jestem ja i wieczorem Pan Boski, ktorego staram sie nie ograniczac, wiec chodzi na squash, wycieczki rowerowe itd a ja siedze sama albo laze gdzies po okolicy.

W ciagu dnia mam sporo pracy, bo w koncu zaczelam robic cos do szkoly. Przede mna duzo do zrobienia a jesli mam prace napisac, to musze sie skoncentrowac na pisaniu a nie szukac stalego zajecia.

Mam tez fure ksiazek, ktore z radoscia czytam. Ale ja jestem z zasady dosyc stadna a nagle stada brak. I smutno.

Nie no, moglabym isc na aerobik albo do sklepu, ale nie jestem typem aerobikowym specjalnie, wiec nie spodziewam sie, ze wlasnie tam spotkam przyjazn mojego zycia.

Siedze wiec i smuciakuje. Nie ma sensu mnie pocieszac ani nic z tych rzeczy, te bitwe musze wygrac sama. Tyle, ze ostatnio jakby przegrywam 🙂 I to wszystko.

Groucho Marx’s dictum

I znowu nie wiem jak sie to nazywa po polsku :)) moze jakis psycholog pomoze?

Czytam taka ksiazke, nazywa sie "Wrog w moim pokoju" (Nepřítel v mém pokoji a jiné příběhy z psychoterapie), opowiada o doswiadczeniach Yorama Yovella, amerykansko-izraelskiego psychiatry i psychoterapeuty. W kazdym rozdziale opisuje problem jakiegos pacjenta i mozliwosci leczenia. Oczywiscie w popularno – naukowy sposob, tak aby laicy mogli sie bez problemu zorientowacw temacie.

Jeden z ciekawych problemow, ktory opisuje to tytuowy Groucho Marx’s dictum, ktory da sie ztrescic w zdaniu "dostaje drgawek na mysl o wstapieniu do klubu, ktory chcialby mnie przyjac za swojego czlonka" albo innymi slowy "bezwarunkowo musze stac sie czlonkiem klubu, ktory mnie odrzuca". 

Poznalam kiedys taka dziewczyne dla ktorej kazdy chlopak byl "tym boskim" tylko do czasu kiedy go zdobyla. Potem atrakcyjnosc szybko spadala. Ona sama nie miala najlepszego zdania o swojej osobie. Dokladnie tak jak opisana w ksiazce przepiekna striptizerka, ktora nie potrafila uwierzyc, ze czlowiek, ktory zakocha sie w niej, takiej "przecietnej" moze byc czegos wart. Jesli ja odrzucal, dala by sie pokroic. Jak juz ja chcial akcje szly na dno. A ona byla nieszczesliwa, nieszczesliwa, nieszczesliwa bo przeciez niechciana przez "tych wlasciwych".

Brr. Kazdy mamy swoje nieszczescia…

CZY TYLKO JA ZWARIOWALAM ? (spoleczenstwo edukacyjne)

Siedze w domu. W zasadzie nie mam zadnych obowiazkow a jednak nie jestem wolna. Oczywiscie kwestia wolnosci jest indywidualna i jest to moja wlasna decyzja, ze tak ja wlasnie odczuwam, ale jednak podjeta pod wplywem srodowiska i rzeczywistosci w ktorej zyje.

W jakim sensie nie jestem wolna? poniewaz jakbym sie nie starala kazdy dzien w ktorym nie przeczytam chociaz kawalka jakiejs "podrecznikowej" ksiazki, albo czegos w "egzotycznym" jezyku a nie podejme jakiejs konkretnej czynnosci zwiazanej ze szkola, uwazam za stracony.  Moge sobie tlumaczyc do nieprzytomnosci, ze moj czas nalezy do mnie ale i tak wracam do punktu wyjscia. Wyrzutow sumienia.

To chyba jest jakas dysfukcja mozgu, ze jednoczesnie jestem leniem patentowanym i pomylonym straznikem bezwarunkowej i permanentnej edukacji. Chyba pojde do pracy. Przynajmniej za obowiazki bede dostawac jakas kase 🙂

A tak na powaznie, wcale nie twierdze, ze to czytanie czy ogladanie czy inne uczenie nie sprawia mi przyjemnosci. Przeszkadza mi tylko ta obsesja, ktora spedza mi sen z powiek jesli pozwole sobie na dzien bezczynnosci (konkretnie ma pomyslenie o dniu bezczynnosci, bo jeszcze sobie na taki full wypas nie pozwolilam). Jestem swoim oskarzycielem i sedzia. Kazdego dnia skazana za niedostateczne starania o lepsze jutro. A co jesli juz zawsze bede breloczkiem do walizki Pana Boskiego?

Tak sobie mysle, ze za czasow naszych babc czy nawet mam do palpitacji serca doprowadzal je porzadek, doskonalenie kuchni czy robotek recznych ale nie czytanie ksiazek z psychologi naprzyklad. Kiedy zaszla ta zmiana? W ktorym momencie dalysmy sie zwariowac? Kiedy dalam sie przekonac, ze magisterium i podyplomowka to za malo, zeby odejsc do cywila?

Paradoksalne jest to, ze i tak w koncowym efekcie wiejcej czasu spedzam na zmuszaniu sie do "edukacyjnych" czynnosci niz na jakiejs rozsadnej czynnosci w tym kierunku. Jestem pomylona. Kiedys ten blog opublikuja jako pamietnik wariatki:)

80/20

Prawde mowiac nie mam pojecia jak okresla sie po polsku Paretuv zakon. W kilku slowach chodzi o to, ze ok  80% wynikow jest efektem 20% poniesionej pracy. Wlasnie przelatuje przez publikacje Richarda Kocha dotyczaca wykorzystania tej wlasnie zasady w pracy i zyciu codziennym i przytakuje jakbym z nim rozmawiala. Ma pan racje, Panie Koch, zgadzam sie.

Dla ekonomistow te sprawy sa oczywiste, ja ucze sie ekonomii na wlasny rachunek, moze dlatego niekonwencjonalnymi drogami.

Jest tam swietny kawalek mowiacy o tym jak general von Manstein wybieral niemieckich oficerow.

Leniwy i glupi –> zostawic w spokoju

Leniwy i inteligentny –> gwiazda

Pracowity i glupi –> wyrzucic natychmiast

Pracowity i intteligentny –> swietny oficer

Zaskoczeni? ja nie bardzo

Leniwy i glupi –> da sie wykorzystac do prostych, powtarzalnych prac. Tania sila robocza (wiz jedna ladna i niezmiernie glupia sekretarka w mojej bylej firmie)

Leniwy i inteligentny –> (mowimy tu o leniwej inteligencji nie o leniach smierdzacych) to czlowiek innowacyjny, ktory szuka jak tu zarobic a przy tym sie nie napracowac. Takich ludzi potrzebuje kazda firma!

Dlaczego wyrzucac pracowitych ale glupich? bo zwykle wytwarzaja tyle niepotrzebnej pracy sobie i innym, ze mozna dostac zalamania nerwowego. No i te pomylki… A przy tym jeszcze odgrywaja role swietych. Nie nie, palka w lep i do wiaderka.

A pracowitych i inteligentnych organizacja bardzo potrzebuje, bo moze ich wykorzystac.  Jest duzo trudnej i potrzebnej pracy, ktora ktos musi wykonac. Niestety zwykle nikt nie docenia pracy takich ludzi. Wiesz cos o tym AW, co nie?

Dzisiaj na obiad: rizotto z owocami morza

FERRARI i ja

walne wprost: przejechalam cala Bratyslawe. Autem. Ja. ufff. duzo zawalow, bo mieszkamy w centralnym centrum. Ale przezylam. Auto tez.

Ostatnimi czasy Pan Boski znacznie podniosl swoje wlasne kwalifikacje jesli chodzi o jazde autem i nabral (zasluzonej) pewnosci siebie. Mialo to rowniez wplyw na zmiane strategi szkoleniowej wzgledem mojej osoby. 
Od lata (zakupu auta) pozwalal mi jezdzic max. 60 km/h po okolicznych wsiach obok domku wiejskiego jego rodzicow. Mimo licznych prosb najwieksza miejscowoscia jaka odwiedzilam za kierownica bylo Mnihovo Hradiste (wielkosc odpowiada powszechnej znajomosci nazwy). A tu wczoraj stwierdzil, ze z Devina do mieszkania powroce sama. 
No powiem szczerze, ze bohaterem Westerplatte to chyba nie zostane. Balam sie bardzo, mimo iz ze wzgledu na pore (19-20) i wielkosci miasta (Katowice) ruch nie byl oszalamiajacy. Ale wiedzialam, ze musze przezyc. Bylam niezwykle twarda. Pan Boski dzielnie spisywal sie jako pilot a ja musialam tylko nie przejezdzac przechodniow (zwlaszcza tych na pasach), nie wjezdzac do aut jadacych w okolicach mnie no i poczekac z zawalem az na po przyjezdzie do domu. Ojeje. Sama nie mialabym szans. Ale z nim sie udalo. Najgorszy byl wjazd na zjazd z mostu, ze tak powiem… najazd na pas ma ok. 30 m dlugosci a poza mna wtrynial sie rowniez autobus z pierwszenstwem ale nie przejechal mnie.
Nasze Polo najwyrazniej cierpi na cos w rodzaju syndromu stokholmskiego poniewaz pomimo niezbyt skoordynowanych polecen z mojej strony wspolpracowalo bez zarzutu. Zszokowana jestem ciagle. Ale musze sie nauczyc jezdzic bo w moim wielku to wielki wstyd nie umiec.
PS
Zeby bylo jasne, to nie jest prima aprilis! serio przejechalam:)

SZPIEG

Ciekawa jestem jaki procent kobiet musi przeprowadzac rewizje w szafach swoich mezczyzn w celu odkrycia "jeszcze zupelnie swiezych koszul"?

Ten moj miewa ataki sprzatania to owszem, bardzo silne… ale zeby tak odniesc koszule do kosza na pranie. hmmm

PELEN WYPAS

Siedzo-leze na fotelu z Ikei, katem oka ogladam telewizor (bo nawet nie wiem jaki leci program;) i napawam sie luksusem.

Ludzie! po 2 miesiacach mam telewizje, duuuuzo programow! Mam tez internet! Kabel sieciowy i Wifi!!! szybkie Wifi! Wypas!

Od wczoraj jestem, delikatnie rzecz ujmujac, wkurwiona na Pana Boskiego i nawet mialam w plane porzucic do na jakis czas i udac sie do Pragi. Ale w tych okolicznosciach przyrody to ja sie jeszcze zastanowie!  Juz nawet czuje jakas szczypte ochoty zaczac robic cos do szkoly. Nie powinnam tego przegapic.  No zobaczymy. Na razie ciesze sie, ze nastala jakas pozytywna zmiana. Nazwijmy ja przelomem (TV nie jest mi do zycia absolutnie potrzebne, ale jakis przelom jest witany jak sol! wiec przelom)

Dzisiaj rekami i nogami bede sie trzymac pozytywnych mysli i nawet zrobie porzadek w lodowce, bo w ciagu tyodnia mojej nieobecnosci Pan Boski chyba tam nie zagladal.

Sie odezwe. Teraz juz jestem on-line. Pss nie zapeszamy. Ludzie! ja mam programy w telewizorze a nie tylko DVD, czy to nie jest urocze? 🙂

A do tego swieci slonce, o!

BIGOS

Jestem na wakacjach w Pradze. Wakacje maja na celu odpoczecie od Pana Boskiego (ktory w czasie swiat doznal silnego ataku epilepsji sprzataniowej) oraz odpoczynek od Bratyslawy (czytaj: dobrowolnego wiezienia ze specjalizacja garkuchnia i wycieczki do sklepu) 

Ciagle jakos nie potrafie przyjac do wiadomosci, ze teraz port mam w tym smiesznym miescie, w jeszcze zabawniejszym kraju. Licze na to, ze przyzwyczajenie zrobi swoje.

Dusza z powodow tych lub innych (i nie pytajcie sie jakich, bo nie powiem nawet na torturach) ciagle jeszcze jest rozpadla na atomy. Atomy dyndaja. Bez ladu i skladu. W zasadzie ciesze sie, ze nie odpadly hurtem. W takich sytuacjach nigdy nie wiadomo. Zdaje sobie sprawe, ze niezmienie pocieszam sie tym samym faktem, ale dziala wiec napisze znowu: nawet na fotelu dentystycznym mozna przetrwac godzine, dlaczego nie akurat z wydepilowana dusza? Ja- prosze panstwa- jestem niezniszczalna. Mozecie mnie zabic, ale jak kot mam jeszcze 9 zyc. NIe ma co sie meczyc. Siostra TY tez sie nie pytaj, choc Cie kocham jak Smoka!

Bedzie dobrze. Stara zasada mowi: jak bylo gorzej, bedzie lepiej. I zawsze jest, tylko czasem wczesniej jest jeszcze gorzej ale nie ma sensu pamietac o tym pesymistycznym. Stara jestem, moge sie skupic na tym co wazne. Niby dlaczego mialabym miec pecha, skoro postanowilam byc dzieckiem szczescia? Jestem i tyle. Nie widac? 

W zasadzie zdaje sobie sprawe, ze bredze, ale trzeba to potraktowac za ciemniejsza strone mojej osobowosci. Dyndanie atomow nie pomaga w konstruktywnym formuowaniu mysli.

Wczoraj spedzilam fantastyczny wieczor. Przyszly 3 znajome Baby i byly. Nie reklamowaly jakosci mojej zupy, mowily bardzo z sensem i zupelnie szczerze (przynajmniej dobrze udawaly, jesli nie) i jeszcze sluchaly wtracanych (bez sensu, powiedzmy sobie szczerze) cytatow z mojej ulubionej ksiazki.

Podejrzewam, ze niektore atomy wystawaly (s?)zpod ubrania i dlatego zdobywaly sie na szczyty tolerancji wzgledem mojej osoby, ale intencje sa mi obojetne. Byly fajowe. Inteligentne, czasem uszczypliwe, usmiechniete, dociekliwe. No przyszly tam razem z glowami calymi. Strasznie to mile. W sumie dlatego je zaprosilam. Kocham je niezmiernie (te 2 co nie mogly przyjsc tez)

I dlaczego niby nie chce mieszkac w Bratyslawie?

SENSACYJNA WIADOMOSC!!!

Kwiatek, ktory mial pelnic funkcje fury blyszczacych, zielonych lisci, zakwitl!
Poczatkowo myslelismy, ze cos na niego spadlo (biala skarpetka?), bo ta kuleczka z daleka wygladala dosyc nierozpoznawalnie (zwlaszcza jak ktos oczekiwal wszystkiego tylko nie kwiatow) a tu szok! kwiatuszek. Po obadaniu okazalo sie, ze na kwiatku jest wiele paczkow, wiec mozemy spodziewac sie nastepcow. Dumnie prezentuje… kwiatek skarpetkowy!

(tak tak, wiem, ze jakbysmy wiedzieli cokolwiek o kwiatkach byloby to oczywiste, ale my nie wiemy nic, tym przyjemniejsze zaskoczenie:)

LITERATURKA

dla paniczek domowych…

Wieczorem skonczylam "Jak zabit manzela (a dalsi sikovne tipy pro domacnost)" K. Lettove, teraz jestem na 89 str. "Hanby" Coetzee.

Niebo i ziemia. Gdybym miala kiedys napisac ksiazke bardzo chcialabym pisac jezykiem podobnym do Coetzee. Jasno, przejrzyscie, zwiezle. Temat "Hanby" jest przygnebiajacy a ja ostatnio staram sie przegladac wesola literature, ale najwyrazniej Coetzee mozna czytac dla samego jezyka. Lubie pisarzy, ktorzy nie uzywaja zbyt wielu slow. Normalny czlowiek nie uzywa miliona przymiotnikow, zeby wyrazic swoje emocje. Zostawiaja przestrzen na mysli.

Ksiazka Lettove, choc w zasadzie adresowana mnie – gospodyni domowej, az tryska (wymuszonym) humorem. Kazde zdanie jest tak zabawne, ze czytelnik nie wie czy ma teraz odlozyc ksiazke i chwile sie posmiac czy czytac nastepne i znowu wybierac perelki. Innymi slowy: mozna lubic bita smietane, ale nikt nie zje jej 5 litrow. Czyli swietna chalturka, da sie.

Z wiadomosci domowych: za oknem swieci slonce, kupilam kwiatuszky (ktore widac na przylaczonym obrazku). Ugotowalam przepyszna zupe kalafiorowa i  tocze ze soba wojne, zeby nie zjesc jej calej przed przyjsciem Pana Boskiego ok godziny 18.