Siedze w Bratyslawie z blizej niesprecyzowana wielka iloscia wolnego czasu i staram sie cieszyc kazda chwila.
Wstaje ok 8:30, bo zal mi uplywajacych minut przyjemnej wolnosci. Dzisiaj od rana ugotowalam przepyszny rosolek, wypralam jedna prake i zwinelam wysuszona, wstawilam zmywarke, przeczytalam spory kawalek ksiazki, pogadalam ze znajomimi, walcze z wyborem odpowiedniego laptopa bo juz najwyzszy czas cos kupic i jest mi dobrze. Za chwile wyrusze na targ z nadzieja, ze znajde tam jeszcze jakies fajne kwiatki na stol.
Nie mowie. Lubie takie kawalki w zyciu kiedy nie musze wydawac z siebie dzwieku. Zaskakujace w przypadku gaduly patentowanej. A jednak.
Za oknem pada deszcz. Nie wiem dlaczego ale slowa "deszczowe lato" wywoluja we mnie zawsze pozytywne skojarzenia. Moze dlatego, ze jak padalo nikt nie wymagal, zebym latala po gorach albo w inny sposob tracila drogocenna (dla lenia) energie?
Dzisiaj tez lubie deszcz, ale troche mi utrudnia wycieczke po kwiatki. Bo niby dlaczego ktos by tam mial byc z tymi kwiatkami skoro pada? A moze jednak jest? hmm.
Ide.
Wczoraj dostalam mai, ktory mnie bardzo ucieszyl. Kolega z rejsu przeczytal list, ktory napisalam do naszego Kapitana (znowu nie wiem jak sie wklada link)
http://soltera.blox.pl/2005/12/DO-KPTZW-ANDRZEJA-DRAPELLI.html
i twierdzi, ze sprawil mu duza przyjemnosc. To fajnie bo to nadawca maila w najwiekszym stopniu przyczynil sie do organizacji rejsu.
Pada mniej. Ide!
