Dlugi weekend. Jutro swieto, mamy urlop i jestesmy w mieszkaniu rodzicow Pana Boskiego. Nie jestesmy w "malym domku na wsi" co jak sie okazalo jest wiekopomnym problemem, wartym gorzkich slow ze strony tego, co sie kapie.
Zaczelo sie smiesznie. Sam wlaczal zmywarke do naczyn, ktora nie dzialala jak ma, wyciekala, piana lala sie strumieniami. Przed chwila wyszlo szydlo z worka. Moj medrzec probowal umyc naczynia kostka do WC. Zadzwonil do Mamusi powiedziec co i jak i tak jakos hurtem Mamusia wylala na niego i inne zale. Bo glupi, ze ta kostke pomylil (no glupi, fakt.. i tak mysla, ze to moja wina:) i ze sie wyobcowalismy. W zasadzie tez troche fakt. I rzeczywiscie z mojej winy.
Przyjechalismy w piatek do domku wiejskiego, w sobote przyjechali rodzice z jedynej wspanialej Szwajcarii. W niedziele wieczorem, zgodnie z wczesniej umowionym planem, pojechalismy do L. Z mojej winy i decyzji.
Dlaczego?
Fakt, ze moge swobodnie decydowac o tym co bede jesc, czy bede czytac czy chodzic a moze ogladac telewizje uwazam za jedna z najwazniejszych zdobyczy doroslosci. Z reka na sercu kazdego dnia zachwycam sie mozliwoscia wyboru pozywnienia i tego czy bede sie kapac czy brac prysznic.
W ciagu tygodnia jestem smutnym wolem roboczym. Cale dni spedzam w pracy… nieomal doslownie. Nawet w lecie wracam jak jest ciemno. A jak mam wolne, chce robic co chce.
Rodzice Pana Boskiego sa w gruncie rzeczy zupelnie sympatyczni. Tyle, ze chyba nawet nieswiadomie, lubia kiedy ja robie to co chca oni. Czyli ja czytam a oni uwazaja, ze to dobry czas na spacer, albo ja ogladam film a oni akurat wtedy chca ze mna rozmawiac. Ja mam ochote na chipsy a oni wazaja (slusznie), ze niezdrowe. Jak juz umysla sobie, ze najlepiej by bylo robic rzecz X (jak ja robie Y) to conajmniej 4 razy (x 2 rodzicow) sie pytaja czy bym tego nie chciala robic… skoro jest ciemno, jasno, cieplo, zimno… Superfajnie, ze chca dla mnie najlepiej, ale ja juz jestem duza i zwykle wiem bardzo dokladnie, ze CHCE CZYTAC a nie isc 28 raz ogladac barany sasiada.
Do tego, przepraszam za szczerosc, potrawy pzygotowywane przez Mame Pana Boskiego, sa dla mnie czesto… niejadalne. Efekt: nie chce spedzac z nimi urlopu. Nie i juz.
Albo rozmowy. Wczesniej albo pozniej zaczniemy temat "polacy zwykle jedza cieple zupy owocowe" albo omawiana wielokrotnie kwestie wyprawy taty Pana Boskiego do Gdanska (Gdyni, Sopotu, Torunia, Chorzowa i Katowic gdzie sie upil) i tak spedzimy nastepna godzine. Lub tez delikatnie poruszane kwestie mojego balaganiarstwa ("gdybyscie mieli dziecko, to max. jedno… z wieksza iloscia nie dacie sobie rady") Itd itd. Zupelnie serio to sa w zasadzie przyjemne rozmowy, bo to sa sympatyczni ludzie i wiem i robia to z dobrego serca.
Powinnam to wszystko znosic z usmiechem. I zwykle znosze, ale cierpliwosci wystarcza mi na 36h godzin, potem zaczynam marzyc o pracy. Mam swoje biuro. Moge zamknac drzwi i moge miec balagan na stole, pod warunkiem, ze bede miala poukladane w glowie.
Jestem krnabrna. Ja wiem. Kazdy wie, kto mnie zna. Oni znaja, ale nie przyjmuja do wiadomosci… juz prawie 6 lat.
Z tego powodu przekonalam Pana Boskiego, ze przywitamy rodzicow a potem… jesli juz zupelnie koniecznie musimy codziennie isc w gory (musimy) … nasza baza wypadowa zostanie ich mieszkanie. To jest moj urlop. Chce odpoczac.
Wycieczki sa fajne. Dlugosc trwania dopasowana do moich mozliwosci, codziennie przepedza mnie ok. 10-12 km trasa, robimy zdjecia, ogladamy widoczki, zakopujemy sie w glinie, wdrapujemy na kamole.
Jest bardzo dobrze do czasu kiedy nie wrocimy do mieszkania rodzicow i znowu musze zaczac ukladac ksiazki rownolegle do krawedzi stolu a buty wzdluz kafelkow. Kwestia przyzwyczajenia, jedno zrobie, drugiego nie uslysze i jedziemy dalej.
I nagle: Pan Boski dzwoni do mamusi i ze zdwojona sila okazuje sie, ze jednak jestem felerna. O-D-O-S-O-B-N-I-O-N-A. Nie taka. To jaka jestem nie zupelnie rekompensuje ta moja dziwna indywidualnosc.
Argumentow jak zwykle brak, bo to przeciez zaden grzech, ze jemu dobrze w domu rodzicow. Ani on ani siostra nie wykryli konfliktu pokolen. Siostra spedza wakacje z rodzicami!!!! (28 lat!!!) a Pan Boski moze pasjami przebywac w ich towarzystwie.
Wyjscie z sytuacji znam (zaczac robic wszystko tak jak chca), ale zrealizowac nie potrafie. A jesli do 3 minut nie bede zwarta i gotowa przy drzwiach (Mamusia umowila krawcowa) to mnie znienawidzi doszczetnie. Wiec lece…