JELCZOVA ZJADLA OBIAD

W bloku Boskiego mieszkala dziewczynka, nazwijmy ja Jelczova. Jej mama kolegowala sie z mama Boskiego a sama dziewczynka byla w wieku jego Siostry.

W czasie naszego wspolnego zycia wiele razy slyszalam od Boskiego, albo jego mamy nastepujace zdania:

Jelczowa jako dziecko byla zupelnie niewychowana. Jak Siostra jadla obiad to Jelczowa zawsze wybierala jej z talerza.

Na co ja niezmiennie odpowiadam: to nie Jelczova byla niewychowana tylko Twoja mama. Jak przychodzi dziecko w odwiedzimy w czasie obiadu to powinno dostac to samo co domownicy, chocby na maly talerzyk.

Potem nastepuje ostra wymiana zdan na temat tego co wypada i komu i jak bardzo inaczej widzimy niektore kwestie.

Taka mala, ale istotna roznica kulturowa. A moze wlasne doswiadczenie? Nie wiem ile razy zjadlam obiad u Zuzi (jej mama robi najlepsze kopytka we wszechswiecie), nie wiem ile talerzy zupy Zuzia zjadla u mnie (grzybowej/fitki/barszczu mojej babci nie dalo sie przestac jesc). I nie mialo znaczenia czy nasze mamy za soba akurat przepadaja, czy jem u Zuzi 3 dzien po sobie. Jak juz przyszlam i bylam glodna to dostalam. Albo ona dostala.

Moze mama Zuzi do dzisiaj mysli, ze jestem niewychowana? (z talerza jej nie wybieralam nie bylo trzeba, ale brzusia napychalam chetnie). Nie wiem. Wiem natomiast, ze gemba mi sie smieje jak mysle o kopytkach polanych maslem i posypanych cukrem. 

PODROZ Z DRWALEM

Odezwala sie moja ulubiona firma. Musialam zrobic zdjecie dyplomu. Tylko, ze taki czeski dyplom jest wielkosci malego obrazu i zwiniety w rulon wiec nie bylo latwo. A potem sie okazalo, ze jeszcze chca widziec oceny. Drobny problem … na studiach doktorskich (na UK) nie ma ocen tylko zaliczyl/nie zaliczyl, wiec znowu robilam zdjecia tym razem dodatkow do dyplomu. 

Jak dobrze pojdzie wyniki calego procesu kwalifikacyjnego bede miala 26.5. Jak dobrze pojdzie. A jak pojdzie to nie wiem i pani rektuterka nie wie, bo w marketingu to maja zawsze jakies niestandardowe procedury (po 9 rozmowach kwalifikacyjnych cos o tym wiem).

Bylam w Pradze dwa dni i bylo fajnie. A za 1,5h ide odebrac Kungiska z przedszkola i juz sie bardzo ciesze, bo ostatnio widzialam ja w poniedzialek. 

Mam tysiac tematow o ktorych chce pisac na blogu a potem podchodze do komputera i wszystkie uciekaja. Jestem jakas taka melancholijna ogolnie, choc obiektywnie powodow nie ma. 

W drodze do Pragi spaly ze mna jedna ”Chinka” i jedna Polka. Chrapaly tak strasznie, ze w nocy przeczytalam z polowe nowej ksiazki Grocholi. Fajne czytadlo, ale takie lekkie, ze az naiwne, do pociagu czemu nie.  Tym razem panie nie chrapaly, ale jedna bardzo smierdziala. Zobaczymy co bedzie nastepnym razem. Zabawne jest to, ze jesli kupujemy bilet na samolot dluzej niz 2 tygodnie przed odlotem to jest tanszy niz bilet kolejowy a podroz trwa 1,5h zamiast 11h. Niestety zazwyczaj nie wiem, ze bede musiala pojechac do Pragi i potem sie kisze i kisze w pociagu bo ceny samolotow lataja w oblokach. 

Zawsze jestem wstrzasnieta jak kobiety chrapia. Czasem przygotowywuja sie do podrozy, myja, czesza przebieraja, wklepuja kremy, ot eteryczne kobietki a potem zamyka oczy i za 2 minuty zmieniaja sie w DRWALA. 

No nic. Chyba pojde uspac moj humor na jakos godzine, bo sama ze soba nie moge wytrzymac a potem wyrusze po Krolewne. Do przeczytania!

 

W OCZEKIWANIU

… na wyniki rozmowy kwalifikacyjnej. Dziewiatej rozmowy kwalifikacyjnej u tego samego pracodawcy, nadmienie.

Z jednej strony oczywiscie bardzo bym chciala, zeby mnie wybrali, bo firma to jest luxtorpeda. Podobnie jak w przypadku poprzednich pracodawcow nie bede podawac nazwy, ale WIEM, ze ja znasz. Dobrze placa, dobrze zajmuja sie pracownikami, czego chciec wiecej. W mojej branzy na pewno jest to rodzaj mety. 

Z drugiej strony to korporacja. Wielka, wielka firma. A ja nigdy nie pracowala w tak duzej firmie. Bo tych naszych 400 osob z poprzedniej to ciagle jeszcze niezbyt wiele jak sie okazuje. No i praca teoretycznie w marketingu, praktycznie to sprzedaz – bo takie duze firmy zajmuja sie tylko i wylacznie zarabianiem pieniazkow.

Oczywiscie mam obawy czy ja jestem dostatecznie dobra zeby nagle stac sie takim korporacyjnym szczurem.

No zobaczymy. Los jak zwykle zdecyduje dobrze. A jaka bedzie to odpowiedz poinformuje. 

JAK SIE POZBYC RYBIKOW Z LAZIENKI I KUCHNI

Do folkloru naszego warszawskiego mieszkania od poczatku nalezaly rybiki.

To sa takie male, nieszkodliwe lazienkowe zwierzatka, ktore lubia jak jest cieplo, ciemno i najlepiej nie za czysto.

Pomimo usilnych staran wyglada na to, ze u mnie w lazience i kuchni caly czas bylo nie za czysto, bo mielismy stala populacje kilku rybikow.

Postanowilam wydac im wojne. I okazuje sie, ze bylo to bardzo proste. Zamiast plynu do mycia naczyn do mycia podlogi zaczelam uzywac domestosa i… gotowe. Zniknely po pierwszym myciu. Teraz mamy ok miesiac pozniej i nadal ich nie ma.

Tak wiec: na klopoty Bednarski, NA RYBIKI – DOMESTOS 🙂

WIELE HALASU O PIEWSZA KLASE

Polskie media wiele miejsca poswiecaja na roztrzasanie szalonego problemu a mianowicie jesli nasze dzieci powinny isc do szkoly w wieku 6 czy 7 lat.  Nie przestaje sie dziwic dlaczego jest to taki trudny temat. Gdybym miala na sile szukac problemu zgodze sie, ze dziwnym rozwiazaniem jest wlozenie 6 i 7 latkow razem do jednej klasy, ale poza tym? Ktos mi wytlumaczy o czym jest to cale szalenstwo?

Dzisiaj na przyklad czytalam artykul w Polityce wedlug ktorego w klasach 1-3 nie ma dzwonkow a czas jest podzielony na 15 minutowe bloki, zeby dzieci sie nie nudzily. Do tego musza bawic sie na dywanie, nie uzywa sie stopni, sa male kibelki itd.

Zaczynam sie zastanawiac jak my przezylismy nasza edukacje (a mam wrazenie, ze w dobrym zdrowiu). A bylo to tak:

Do szkoly podstawowej zawitalam w wieku 6 lat (bo nie chodzilam do przedszkola) i z racji urodzenia 23 grudnia zawsze bylam jedna z najmlodszych osob w klasie. W zyciu bym nie pomyslala, ze mialam z tego powodu trudniej niz nieco starsi koledzy!

W zerowce to jeszcze to troche przypominalo przedszkole, ale od pierwszej klasy siedzielismy codziennie w lawkach od 3 do 5 godzin lekcyjnych, pooddzielanych dzwonkiem. Jak zrobilam blad na kartkowce to pani przyklejala czarna kropke na wagoniku podpisanym moim imieniem… a ze nie bylam specjalnie bystra z ortografii (co widac na moim blogu do dzisiaj), nie bylo tych czarnych kropek malo. Jakos przezylam. Tak jak wszystkie inne dzieci w szkole chodzilam do obsikanego kibla normalnej wielkosci a codziennie po drugiej lekcji zmuszano mnie do wypicia szklanki okropnego mleka (na ktore mam alergie, ale wtedy nikt nie znal tego slowa).

Lekcje trwaly 45 minut. Czasem bylismy grzeczni a czasem wchodzilismy pani na glowe. Nie bylo zadnych szalonych blokow tematycznych tylko polski, matematyka, przyroda, muzyka, ZPT, w-f i w wypadku naszej klasy duuuzo basenu.  Nie bylo ZADNYCH cudacznych zajec pozalekcyjnych, tylko swietlica a jak ktos chcial to chodzil do zuchow albo (w wyjatkowych wypadkach) na jakis straszny angielski. Na zbajerowane zajecia trzeba bylo leciec do osiedlowego domu kultury (i tez sie za nie placilo).

Pomiedzy 4 a 5 lekcja jedlismy obiad. W ciagu 10 minut trzeba bylo doleciec do swietlicy, wystac kolejke, zjesc albo tylko zupe albo od razu zupe i drugie danie i wrocic do klasy. Jak sie nie zdarzylo to po 5 lekcji (albo ze swietlicy) lecialo sie zjesc drugie danie.  Zadnych specjalnych diet ani innych cudow. Ale jak sie chodzilo 5 rok do tej samej jadalni to pani juz wiedziala, ze nie ma co mi dawac kurczaka skoro i tak go nie dotkne, za to chetnie zjem 4 talerze barszczu a jak zostanie to po szkole dobije do 7.

Krzeselka byly male, owszem, ale przypuszczam, ze nie ergonomiczne i to jest chyba jedyna rzecz ktora bym zmienila w mojej owczesniej szkole. Do dzisiaj sie garbie mimo iz niby bylam w klasie sportowej.

Mam wrazenie, ze program szkolny byl jednak nieco bardziej drastyczny niz teraz. Pomimo tego nie przypominam sobie NICZEGO co moim rowiesnikom ani mnie sprawialo by jakies ekstra problemy. Moze tabliczka mnozenia i ortografia to nie byly spacerki rozanym sadem, ale cala reszta zawarosci programu 1-3 to byly raczej same przyjemosci.

Jak moja dzisiaj 4 letnia Gosia pojdzie do szkoly… bardzo bym chciala, zeby sie UCZYLA. Zeby sie uczyla duzo na pamiec, bo bedzie jej latwiej na studiach. Chciala bym, zeby szkola byla na tyle ciekawa, zebym  jej nie musiala ciagac po 30 rodzajach zajec dodatkowych. Chcialabym, zeby w szkole wymagali od niej nie tylko umiejetnosci ale tez wiedzy. Byc moze nie bedzie prymusem, kto wie, ale lepiej zeby byla srednia w szkole o wysokim poziomie i duzym obciazeniu niz gwiazda w przecietnej grupie.

Tak w szkole podstawowej jak i w liceum wiele razy mowilismy ze znajomymi, ze gdyby nam sie kazali naczyc 2 razy tyle… to bylo by ciezko, ale prawdopodobnie dali bysmy rade. I troche sie smialismy, ze sie z nami caly swiat tak certoli. Ale teraz to juz jakas paranoja.

Zobaczymy jak zycie zweryfikuje moje poglady.

DLUGI WEEKEND

Zostalam na weekend w Warszawie. Sama. Wlasciwie to przypadkiem. Boski z Gosia pojechali na wycieczke do Bialegostoku.

Jak sie to stalo? To skomplikowane. Jak zwykle.

Umowa byla nastepujaca. Boski leci do Londynu a my z Gosia do Pragi. Wracamy w srode. Zmiescic sie z wszystkim w ciagu 2 dni to mistrzostwo swiata, ale Boski tak strasznie chcial na wycieczke.

No i rzeczywiscie… my wrocilysmy z Pragi w srode a on z Londynu… w czwartek o 15. Zanim powrocil to my (poza takimi drobnymi sprawami jak kapanie, usypianie, 30 razy kupa itd) wypralysmy 3 pralki, bylysmy na zakupach (1.5!!! otwarty sklep znalazlam), odkurzylysmy mieszkanie, wypelnilam jakis gigaformularz dla potencialnego pracodawcy a do tego razem z panem z recepcji walczylismy z wypadnietymi korkami.

A Boski wszedl i pierwsze co powiedzial po przyjezdzie to, ze ZA POZNO zaczelam robic salatke! OPOZNIAM! Ja?! Potem oczywiscie, ze jestem leniem a potem poprawial mi ten formularz w takim stylu, ze go malo nie udusilam. 

Wiec jak powiedzial, ze jesli jestem taka zmeczona to nie musze z nimi jechac… to zostalam. No i teraz mam czas do niedzieli. Ja i Warszawa musimy cos razem wymyslec. Tylko tesknie za ta mala dziewczynka. Dlaczego to musi zawsze byc czarno-biale.

Na razie ogladam Przyjaciolki. Fajne. Obiecalam sobie, ze zamiast jeczec wymysle jakis fajny plan na nastepne dni. To co… jak nie zmienie planow jutro zaczynam od Muzeum Powstania, bo jeszcze nie bylam.

CYGAN Z TAKSOWKI

Wczoraj musialam jakos przetransportowac na lotnisko nie tylko siebie, ale Gosie, wielka walizke, torebke i reklamowke. Zdecydowalam, ze raz kozie smierc, pojedziemy taksowka.

Wsiadlysmy do niej ponad godzine wczesniej niz powinnysmy dotrzec na lotnisko i byla to dobra decyzja bo Praga stala. Zamiast ok 20 minut sunelismy ponad godzine. 

Gosia usnela po 5 minutach a ja w tym czasie prowadzilam juz zywa konwersacje z panem kierowca.

Zaczelo sie jakies 20 metrow od domu. Pan kierowca zaczal mi opowiadac, ze jest nieszczesliwy, bo go zostawila zona. Byli razem 22 lata, on jej gotowal i podawal pod nos a ona nagle sie z nim rozwiodla. Wrocil do mamusi i jest zalamany. Maja 21 letniego syna. I on nie wie czy zycie jeszcze przyjdzie czy to juz koniec. Ale ze generalnie jest lepiej, bo rozwod byl 9 miesiecy temu a teraz zaczyna widziec swiatelko w tunelu.

Jakostam go pocieszalam. Pan opowiadal. Jednym z powodow dla ktorych sie rozwiedli bylo to, ze pan nie chcial sie zgodzic na adopcje. Mieli syna, zdrowego, madrego wiec po co.

a ja (madrze:) mowie,… no coz, w Czechach w wypadku adopcji dostali by panstwo do wyboru 10 malych cyganiatek a to nigdy nie wiadomo jak sie trafi (to jest fakt: 90% dzieci w czeskich domach malego dziecka to dzieci romskie!). Moze to byc cudowne dziecko, a moze nie byc.

Chwila ciszy.

Od tego teamu przeszlo do innego…a potem do innego… a potem pan zaczal mowiec, ze on jest Romem a jego byla zona jest kierownikiem romskiej stacji radiowej. O sic!

Potem pan sie rozgadal jeszcze bardziej o tym, ze w Czechach zla opinie robia slowaccy cyganie, ze czescy nie sa tak biedni i jednak juz sie przyzwyczaili do pracy, ale Slowacy to jakas tragedia. Ze jak umarla Iveta Bartoszowa (w poniedzialek) to cyganie napisali na jej profilu, ze uff przynajmniej jedna biala morda zdechla i ze on sie za to strasznie wstydzi. Pan sam swobodnie przechodzil od slowa cygan do rom i ewidentnie nie przejmowal sie moja zmieniajaca sie terminologia.

Zgodzilismy sie, ze niestety przesady nie biora sie z powietrza a przed czeskimi romami jeszcze sporo czasu, zeby wybudowac sobie jakies rozsadne PR.

Generalnie byla to bardzo przyjemna podroz a pan zywym przykladem tego, ze jak ktos sobie nie pisze na czole: Polak, Cygan, Transseksualista, Katolik tylko normalnie pracuje i robi swoja prace dobrze, to nie ma powodow zastanawiac sie jaka plakietke ma przyklejona na klacie. Nastepnym razem poprosze romska/jakakolwiek inna taksowke, byle z normalnym kierowca.

ZALETY WARSZAWY

Pare lat temu pisalam o zaletach mieszkania w Bratyslawie. Konkretniej rozpaczliwie szukalam jakichs pozytywow. Musze przyznac bez bicia, ze w Warszawie jest jednak latwiej znalezc cos na plus.

Wiec co na przyklad:

– tanie taksowki – nie zebym sie jakos rozbijala, jechalam na i z lotniska, ale jednak byly to bardzo tanie przejazdzki (w porownaniu do Pragi)

– mozliwosc zakupienia biletu z pomoca karty platniczej, tak w metrze jak i uwaga w autobusie!

– absolutnie kazde zarcie dostepne niedaleko – w Pradze tez sie da kupic, ale jednak trzeba sie bardziej postarac (mysle o takich dziwnych zarciach typu czerwone cury)

– sklepy z ciuchami – wiekszy wybor niz w Pradze, nie mowiac o cudownych cenach

– szerokie drogi dobrej jakosci

No i na koniec szokujaca wiadomosc: Boski – jak sam twierdzi – staje sie polakofilem! Nie myslalam, ze tego dozyje a to zasluga Warszawy.

Tak wiec jest lepiej niz w Blave, zobaczymy czy kiedys Wawa ukradnie moje serce Pradze?

STAY HUNGRY, STAY FOOLISH

Nie jestem fanka Steva Jobsa. Wiem, ze byl w zasadzie wariatem. Terroryzowal swiat wokol siebie. Apple po jego powrocie byl  Jobsocentryczny (to jakies szalenstwo, taki absolutny brak demokracji w zarzadzaniu).

Tak czy inaczej Steve Jobs byl wizjonerem. Wierzyl w to co robi, wierzyl w siebie i robil rzeczy niezwykle.

Kazdemu kto choc troche zna angielski goraco polecam wysluchanie jego przemowienia z 2005r. Na mnie zrobilo ogromne wrazenie. Dlaczego? Jak w tytule. Zeby osiagnac cos naprawde wielkiego trzeba byc sobie wiernym. Nie przesadzac z kompromisami, nie udawac, ze jestesmy kims innym. Z reszta kazdy sam decyduje co dokladnie znajdzie w tym przemowieniu. 

Stay hungrym, stay foolish. Staram sie ze wszystkich sil! 

HISTORIA

Mam Kolezanke w Pradze. Zadna wielka przyjaciolka, od dobra znajoma, taka z ktora mozna porozmawiac o wszystkim.

W lecie wyszla za maz. Gdzies w pazdzierniku rozmawialysmy o tym, ze jakos nie moze zajsc w ciaze i trwa to dosyc dlugo. Lekarz mowi, ze wszystko ok, ona nie jest przekonana, ale paniki nie ma.

Od slowa zamiast do swojego starego doktora wybrala sie do mojej pani ginekolog, skoro ja od lat nie robie nic innego tylko staram sie zajsc w ciaze, juz raz zakonczona sukcesem, to czemu nie sprobowac. Ta juz podczas pierwszej wyzyty zaniepokoila sie obrazem na USG. Kazala zrobic profil hormonalny.

W lutym juz bylo wiadomo, ze w Kolezance mieszka jakis dziwny guz. Byly konsylia i wielki szpital zadziwiony, ze taka rzcz moze sie przytrafic 30+ dziewczynie. Nikt czegos podobnego wczesniej nie widzial (wiem, bo moga druga lekarka byla czescia konsylium). Ze wzgledu na przemila, radosna osobe kolezanki lekarze bardzo chcieli zrobic jak najbardziej oszczedna operacje.

Nie udalo sie. Poszlo wszystko. Wyniki histologii mialy pokazac co dalej.

Dzisiaj na Fb Kolezanka pisala, ze chcac uniknac plotek pisze otwarcie. Tak, jest chora, tak, miala operacje, tak, bedzie chemioterapia, ale da rade, tylko prosi, zeby jej nie wspolczuc.

No to nie wspolczujmy, tylko trzymajmy kciuki. 

Kurwa, kurwa, kurwa!