RADOSC

Kazdego dnia ciesze sie i jestem wdzieczna, ze mam dwa sliczne, madre, najukochansze Kungiski. Jasne, zawsze znajdzie sie jakis powod do narzekan.  Ale to sa wymysly. Wazne jest to, ze jestesmy zdrowi. Ze ciesze sie az Boski wroci z pracy (i nie tylko dlatego, ze pozwoli mi na moja rytualna godzine izolacji od mojej cudnej rodziny ::::). 

Nie ma nic, absolutnie nic wazniejszego niz to, ze jestesmy sobie w czworke i codziennie sie do siebie usmiechamy. Nawet jesli Zu akurat slabo spi, bo ida jej zeby numer 9 i 10, i nawet jesli Gosia bywa marudnym (my mowimy: megeroidnym) telemaniakiem. Kocham kazdy kawalek Duzego i Malego Kungiska.

Powaznie, kazdego dnia, nawet jak czasem padam na pysk, jestem wdzieczna, ze los dal mi taka cudna rodzine. Jestem swiadoma szczescia ktore mam. I bardzo intensywnie je doceniam (to chyba starosc?:)

Nie wiem czy mozna tak otwarcie sie cieszyc? Z drugiej strony jak sie tego nie mowi to jakby sie nie chcialo za to podziekowac. A ja bardzo dziekuje. 

LECH WALESA

Od kilku dni nieustannie mysle o Lechu Walesie. Jest mi go zal. Mysle, ze to co sie dzieje, jest wydumane i niesprawiedliwe.

Zeby bylo smieszniej Walesy od zawsze nie lubie, zeby nie powiedziec nie znosze. Inteligencja nie powala a do tego jest zarozumialym gburem. Czyli w zasadzie najgorsza kombinacja. Pomimo to jestem zbulwersowana a chyba jeszcze bardziej zasmucona, tym co sie dzieje.

Jakas nierozgarnieta, w sposob widoczny lekko niepoczytalna starsza pani, wyciaga z buta dokumenty i w ciagu 5 minut wszyscy maja jasno. Trzeba zwrocic Nobla, podeptac okulary Walesie a przy slowie Lech pluc na szafe. Nie, z tym Lechem to przesadzilam. Bo cala gra jest przeciez o tym, zebysmy uwierzyli, ze to Lech Kaczynski byl ikona Solidarnosci. I to przeciez jego zasluga, ze moge dzisiaj siedziec w Londynie i pisac te slowa na moim nowym Macku. 

Dowcip polega na tym, ze nie wierze, ze mamy szanse dowiedziec sie jak bylo naprawde. Przy wladzy jest aktualnie ekipa, ktora w roli expertow lotniczych prezentuje osoby, ktore maja doswiadczenia z latania w roli pasazerow a testy porownawcze robi na pekajacych parowkach (WTF?). Przeciez to do cholery nawet nie jest smieszne!

Jest jasne jak slonce, ze jesli grafolog A powie, ze wlasnie odkryli teczke podrobek to znajda grafologa B, ktory z cala pewnoscia bedzie mial doswiadzenie w recznym pisaniu, i taki ”expert” podpisze wlasna krwia, ze Bolek to Lech Walesa. Nie? a jak sie dzieje w sejmie? Jak w glosowaniu wyjdzie cos co sie nie podoba to glosuje sie jeszcze raz! Przeciez to rece opadaja. 

Walesy nie lubie. Nie byl moim prezydentem (choc w porownaniu do PADa to zaczynam miec sentyment). Ale  musimy pamietac, ze jest naszym towarem exportowym. Na calym swiecie slysza Polska, mowia Walesa. Po co taka ikone psuc? w imie czego? Co to komu zmieni? Teraz? Przeciez to jakis emeryt, ktory od czasu do czasu spelnia funkcje reprezentacyjne. Zlaszcza, ze gosc nigdy nie ukrywal, ze byl w kontakcie ze sluzbami specjalnymi! I ja to doskonale rozumiem. Sprobujcie sie dogadac nie rozmawiajac. A miedzy innymi dzieki niemu doszlo do obrad okraglego stolu! I nie mowcie mi, ze nie, bo przeciez w tym czasie Kaczynscy byli w jego swicie.  Teraz okazuje sie, ze wszyscy cos jakby czuli przez skore.

Mam wrazenie, ze ostatnich 100 dni nastala eskalacja zycia w przeszlosci. Gdzie sie nie popatrze to albo zolnierze wykleci (uwaga: prosze przyjac do wiadomosci, ze ta nazwa to romantyczny wymysl ostatnich kilku lat, nie jest to nazwa historyczna), albo emigranci (ile tych muzulmanow realnie dotarlo do Polski, co?) a teraz Walesa.

Powaznie nie mamy jako kraj wiekszych problemow? 

ZWYCZAJNE PAKISTANSKIE ZYCIE

autor: Joanna Kusy, 328s

Nie wiem czy ktos jeszcze pamieta, ze kiedys w zakladkach mialam link do blogu o nazwie “Zwyczajne pakistanskie zycie”. Jego autorka jest wlasnie Asia Kusy. W pewnym momencie Asia zamknela blog na klucz a ja jakos nie zebralam odwagi na to, zeby poprosic o dostep. Nie szkodzi, blog niedawno wyszedl w formie ksiazkowej. 

Na poczatek chciala bym podkreslic, ze to jest prawdziwa ksiazka. Przeczytalam “Chustke”, przeczytalam “Zorkownie” i nie zaluje straconego czasu, ale prawda jest, ze w tych ksiazkach zainteresowal mnie temat a juz nie sama forma pisarska. Co tu duzo gadac porownywac ksiazke Asi Kusy z “Zorkownia” to tak jakby porownywac dlugi, piekny list z telegramem. Obie formy pisarskie sa przydatne, ale raczej nie powinno sie ich ukrywac pod tym samym haslem. Nie wiem jak to lepiej opisac, zeby nie urazic zadnej z autorek. Ta ksiazke CZYTA sie kilka dni a nie przelatuje za 2 godzinki w wannie. 

Asia jest z wyksztalcenia etnologiem, i to widac, slychac i czuc. Mam wrazenie, ze nie tylko opisuje rzeczywistosc w jakiej przyszlo jej zyc, ale tez stara sie ja wytlumaczyc, nakreslic tak, zebysmy nie odrzucili jej zaraz po pierwszym zdaniu, ale starali sie zrozumiec. Czasem troche za bardzo wierzy w swoich czytelnikow, bo kaze nam czekac dobrych kilka stron zanim wytlumaczy znaczenie jakiegos slowa (pewnie dla niej oczywistego) w urdu. 

A teraz tresc. O cholera. Czytalam i co druga strone mialam ochote spakowac sie, poleciec tam i ”uratowac” autorke, zeby juz nie musiala mieszkac w Pakistanie. Musi BARDZO kochac swojego pakistanskiego meza, jesli byla w stanie przyzwyczaic sie do robakow w ryzu, karaluchow pod nogami, nieustannego smrodu i intensywnych dzwiekow. Nie, nie i jeszcze raz NIE z mojej strony dla takiego poswiecenia. Mialam chwilami wrazenie, ze Asia traktuje swoje zycie jak takie nieustajace badanie terenowe w czasie ktorego sprawdza jak daleko jest w stanie przesunac swoje granice. Z mojego punktu widzenia za daleko. Chocby dlatego, ze mieszkajac w Karaczi naraza na szwank zycie swojego syna, ktory jako Polak, moglby przeciez zyc w Polsce, Anglii czy jakimkolwiek innym kraju w ktorym kalasznikow nie jest dodatkiem do stroju rownie czestym jak torebka. Z drugiej strony autorka jest osoba bardzo religijna, co z cala pewnoscia bardziej pasuje do tamtego swiata niz do naszej zlaicyzowanej rzeczywistosci. 

Podsumowujac, ksiazke goraco polecam. Warto ja kupic i odgryzac po kawalku kolejne rozdzialy. Myslec przy tym na nasz dobrobyt i cieszyc sie, ze nie musimy, w imie milosci dokonywac wyborow i zmuszac sie do poswiecen. Bic sie z myslami co jeszcze bylimysmy w stanie przezyc a gdzie koncza sie granice. Bo ta ksiazka jest o granicach a konkretnie o tym, ze za granica naszej tolerancji zyja miliony ludzi w zupelnie inny sposob, ale z rownie wielkim potencjalem szczescia. Ksiazka Asi Kusy to opowiesc o Pakistanie. O kulturze, tradycjach, historii (zwlaszcza wspolczesnej) a przede wszystkim o zyciu w dalekiej, nieznanej nam kulturze, w ktorej autorka odnalazla sie calkiem dobrze. Bardzo ciekawa lektura. 

ANIOL STROZ

W drodze do Pragi maszyna losujaca wybrala dla nas miejsca w pierwszym rzedzie. Konkretnie 2D i 2E. Fajne, bo ma sie jednak troche wiecej miejsca na nogi. I nie fajne, bo jak jest uliczka to tym trudniej przekonac malego czlowieczka, zeby siedzial na kolanach. No i teoretycznie nie mozna niczego klasc na podlodze, a to przeciez niewykonalne jesli czlowiek ma celowo torbe pelna zabawek. W kazdym razie niedlugo po nas na miejscu 2F usiadl murzyn. Jak sie okazalo bardzo przyjemny czlowiek. Zu natychmiast wyruszyla na wedrowke w jego kierunku … i poza startem, ladowaniem a potem chwila na usypianie i spanie spedzila u pana na kolanach wiekszosc czasu. Nie wiem jak sie ten gosc nazywal, co robil ani w jakim kraju mieszka. Mowil dobrze po angielsku i slabiusko po czesku. Prawde mowiac to ze mna nie gadal, gadal tylko ze Zu. Mnie tylko powiedzial, ze za miesiac urodzi mu sie dziecko wiec z przyjemnoscia potrenuje chwile na moim. Moje dziecko 300 razy wlozylo i wyciagnelo broszuki z koszyczka na boku samolotu, 200 razy wstalo i wskoczylo panu na kolana, sprawdzilo czy ma zeby, potarmoscilo za wlosy i wyrazilo opinie na kazdy temat, ktorej nikt nie zrozumial. Ja mialam czas myslec o wszystkim co mnie czeka w Pradze i jakos to sobie ukladac w glowie. Do tego oczywiscie zajmowac sie Gosia, ktora chyba z wieczornego zmeczenia, tez byla bardzo marudna. Dolecielismy. Podziekowalam bardzo panu. I wyszlysmy z samolotu.

Wczoraj komputer pokladowy zdecydowal, ze bedziemy siedzialy na miejscach 7A i 7B. Chwile po naszym wejsciu do naszego rzedu podszedl nasz MURZYN! Co obydwoje skwitowalismy atakiem smiechu. Polowe drogi do Londynu Zu spedzila na rekach swojego znajomego, pokazala mu ksiazki, nakarmila ciastkami i mandarynka i znowu do mnie wrocila tylko na sen. 

Dla mnie bylo to wybawienie, bo zajac takiego malego kurczaka, do tego w komplecie z zazdrosna siostra (ktorej zazdrosc od tygodnia przezywa druga mlodosc) to nie lada sztuka. Pan byl mily, uczynny i jakos tak zaczarowal ta mala dziewczynke, ze bardzo chetnie siedziala u niego na kolanach. Potem jeszcze potrzymal Zu jak ja rozkladalam wozek pod drabina z samolotu a potem odszedl a ja nadal nie wiem kto to byl.

I niech mi ktos mowi, ze nie ma czegos takiego jak aniol stroz! Jest! Tylko czasem jest czarny, samozwanczy i nic o nim nie wiemy. Najwazniejsze, ze pomaga we wlasciwym momencie 🙂

SPRAWDZAM!

Szczesliwie powrocilismy z Pragi. To byl bardzo ale to bardzo intensywny wyjazd. Co sie udalo zalatwic?

– hurra podpisalam umowe kupna mieszkania. W koncu tego wielkiego, wymarzonego, wyczekanego. Mam nadzieje, ze wszystko skonczy sie dobrze. U samego prawnika spedzilam jakies 5 godzin podczas 3 roznych spotkan z osobami, ktore sprzedawaly nam mieszkanie i bez nich

– zalatalam  zeby. Po roku karmienia i podjadania w nocy musialam spedzic bite 2 godziny w krzesle dentystycznym. Nie, zeby sie nie psuja od karmienia piersia czy ciazy (choc moze troche odwapniaja), ale bardziej od tego, ze sie zje kanapeczke o 3 rano a potem bajtel sie zacznie drzec i nie ma kiedy umyc ich ponownie. Albo po prostu sily brak. Dziurki byly cale 3 i nie duze, ale zawsze. Moj dentysta jest pedantem, rozkladala te kofrdamy, sondy, rentgeny i tak to potem trwalo i trwalo. Te moje zeby biedne cale w latkach. 

– latalam po urzedach przeroznych, pozalatwiac/odebrac/odeslac wszystko co bylo trzeba

– Zu byla szczepiona, miala tez odebrana krew i na szczescie juz nie ma niedoboru zelaza

– dokupilam reszte urodzinowego prezentu Gosi (dzis skonczyla 6 lat!), a potem wszystkie te przyprawy i inne drobnostki, ktorych jeszcze nie potrafie kupic tutaj

– kupilam Zu pierwsze buty! W koncu juz jestesmy na etapie okolo 7-8 kroczkow. Buty sie naleza. Wiadomo i tak chodzi glownie boso i po domu, ale co jej bede zalowac :))

Zwlaszcza wtorek i sroda byly makabrycznie zawalone roznymi urzedowymi spotkaniami. Dotarlysmy do domu o polnocy a o 6:30 wstawalam, zeby zdarzyc wszystko zalatwic. Mialam wrazenie, ze caly ten maraton to taki test co jeszcze dam rade wytrzymac. Jakby ktos siadl do stolu z kartami i powiedzial: sprawdzam! Zobaczymy jakie sa twoje mozliwosci. 

Spore. Okazuje sie. Tylko bylo to cholernie meczace. Nawet organizm wystawil mi zolta kartke i wczoraj o 8 rano wyladowalam w przychodni lekarza rodzinnego z zapaleniem piersi. Chcieli mnie wywalic bo to nie ich specjalizacja, tylko bylo to dosyc nieefektywne, bo ja sie slaniam na nogach jak mam takie zapalenie. Pani doktor srednio kumata wiec nie wiedziala jaki antybiotyk, trudno sama sobie wymyslilam, pani w aptece pochwalila wybor 🙂  Jak to u fenixow bywa dzisiaj juz mam sie calkiem dobrze. Dziekuje za cala poslana dobra energie 🙂

O 7:30 wyruszylysmy w droge powrotna, ktora zakonczyla sie sukcesem okolo 14:00 czasu praskiego. Wszystkie, cale i zdrowe. Jutro opisze ciekawa przygode zwiazana z podrozowaniem. Mam wrazenie, ze w drodze towarzyszyl mi niecodzienny aniol stroz. Ale o tym w nastepnym wpisie…

MALA DUSZYCZKA

Jutro o 16:00 wyruszamy na 5 dni do Pragi. Panny i ja. Pierwszy raz bedziemy zupelnie bez pomocy leciec w obie!!! strony. Zeby tego bylo malo w Pradze czeka mnie koszmarny maraton spraw do zalatwienia. Do domu dotrzemy gdzies o polnocy, pierwsze sprawy mam do zalatwienia o 8 rano. Potem o 9, 11:30, (chyba 13:00) i 16:30 a w srode od poczatku. Miedzy tym bede musiala nakarmic dzieci itp.

Bagaz zminimalizowalam do 1 walizki i wozka. Nie biore nawet fotelika dla Zu, licze na to, ze bedzie w taxowce. Juz sie ciesze na rozkladanie wozka na plycie lotniska z Zu na rekach i Gosia przewracajaca sie z niewyspania 😦

Nie ma co gadac bardzo mnie ta ”wycieczka” stresuje. Musze zapakowac swoja mala duszyczke do formy przetrwalnikowej i cieszyc sie, ze czas bedzie mijal a ja musze tylko jakos to wszystko przeczekac przemieszczajac sie przy okazji z predkoscia swiatla. 

Boski zestresowany (praca?) wiec tez nie ulatwia. Przydala by sie jakas skuteczna technika pracy ze stresem. W chwili obecnej mam wrazenie, ze niedlugo imploduje. Do przeczytania …

COS SIE PANI POPIERDOLILO

Przeczytalam artykul na Fochu. Pani w wieku nieznanym napisala list do redakcji, ze nie rozumie dlaczego jej kolezanki decyduja sie na dziecko zamiast rozwijac sie zawodowo. Pani ma wrazenie, ze kobiety wokol niej nie maja pomyslu na zycie, albo nie potrafia sobie poradzic ze starzeniem, albo chca uzdrowic zwiazek i dlatego bac robia sobie dziecko. Bo przeciez latwiej jest rozmiawiac o cytuje “zupkach, kupkach niz walczyc o zamkniecie budzetu”. Jest nieszczesliwa, ze z jednej strony kobiety walcza o rownouprawnienie a zdrugiej porzucamy ambicje zeby rodzic dzieci i zajac sie rodzina. A macierzynstwo staje sie wymowka dla wlasnej biernosci.

Nie odmawiajac pani prawa do wlasnego zdania, odrebnego od mojego, mysle, ze jej na mozg padlo.

To mi przypomina jeden wieczor kiedy kolezanka zupelnie powaznie twierdzila, ze miec psa to zupelnie to samo co miec dziecko. Otoz nie to samo. W tym wypadku autorka listu chyba mysli, ze praca powinna byc dla kazdego sensem zycia. Ja nie twierdze, ze nie ma ludzi, ktorzy uwazaja, ze wlasnie tak jest, ale podejrzewam, ze wiedza, ze nie jest to zupelnie standardowe podejscie do zycia.

Jakby sie na to nie patrzec zyjemy przeciez po to zebysmy sie rozmnazali i zeby nam bylo milo. Biologia, no. A praca? praca moze byc bardzo wazna, przyjemna, ekscytujaca, napelniajaca, tylko ze potem bylo by fajnie moc gdzies wrocic i zaczac zyc. Zyc tylko praca to jednak wielka uluda. Bo praca jednak w najwiekszym stopniu powinna nam pomagac w realizacji marzen a nie byc marzeniem samym w sobie. Jak sie zastanowie nad kazda praca ktora mialam kiedys to z przyjemnoscia musze stwierdzic, ze ja bardzo lubilam. Tylko, ze wcale ale to wcale mi nie zal, ze posunelam sie do kolejnej ulubionej pracy.

Do tego w tej walce o rownouprawnienie chodzi o to zeby miec WYBOR. Zeby moc zdecydowac czy chce sie zostac w domu z dzieckiem czy isc do pracy. A jesli isc do pracy to na tych samych warunkach co maz. I nie sadze, ze powinno sie kobiety karac za to, ze maja taka dziwna fanaberie, ze chca miec dzieci. Jakby nie bylo ktos te dzieci musi jednak urodzic. Chocby poto, zeby ktos zarobil na emerytury dla tych, ktorzy dzisiaj musza pracowac. Pani (chyba) uwaza, ze jesli juz kobieta powinna urodzic a potem zostawic dziecko i leciec do pracy robic tabelki w excelu. Ja mysle wrecz odwrotnie. Jesli sie da to trzeba sie troche pastuchem nacieszyc. Nazajmowac. Czytalam, ze dla dziecka w wieku do 2 lat najwiekszym stymulatorem do rozwoju jest… milosc. 

A do tego. Jesli Pani ma ochote cale swoje zycie poswiecic pracy – niech ma. Ja tam pojde zmienic pieluche. Bo wole.

 

MILLENNIUM IV – Co nas nie zabije

autor: David Lagercrantz

Ksiazka nie jest zla, tylko troche przegadana. Jakby wyciac polowe przymiotnikow i wyjasnien tak dokladnych, ze chyba tylko dla policjantow, bylaby latwiejsza do przeczytania.

Lubie ksiazki w ktorych autor zostawia przestrzen dla mojej wyobrazni. Wystarczy, ze napisze “dziewczyna w niebieskiej sukience” a ja juz sobie wymysle jaka byla dluga, czy miala plisy i falbanke na dole. Przy czytaniu tej ksiazki wyobraznia nie ma zbyt duzego pola do popis. Albo wlasnie ma, bo oczy bezwiednie przesuwaja sie do nastepnego zdania z nadzieja na czasownik.

Fabula jest przewidywalna, wiadomo tez, ze skonczy sie dobrze, ale co i tak przeczytalam 500 stron w ciagu kilku dni. Pierwsze 3 czescu Millennium byly lepsze. Co nie zmienia faktu, ze chciala bym potrafic napisac taka ksiazke.

 

 

KURSY 2

 Mam zajebista stronke, na ktorej teoretycznie mozna zapoznac sie z oferta setek londynskich kursow. Praktycznie nie dziala polowa filtrow, co ciekawe, nie dzialaja zwlaszcza te, ktore mnie interesuja najbardziej (typu: odfiltrowac kursy on-line).

Po spedzeniu 2 wieczora na poszukiwaniu kursu (plus kilku prob z doskoku), dostepne kursy moge sklasyfikowac nastepujaco:

1. kursy na ktore mnie nie stac – sory, nie zaplace 1200£ za kus, ktory trwa 1 dzien

2. kursy, ktore nie maja nic wspolnego z filtowanym zagadnieniem – na przyklad chce kurs z psychologii a pokazuje sie angielski na poziomie podstawowym dla osob, ktore chca umiec napisac wypracowanie skladajace sie ze 100 slow (hee?)

3. kursy, ktore sa za krotkie – ja im pisze, ze chce dlugie kursy a oni mi pisza…. 2 dni, wtf?

4. kursy zawodowe – wyraznie napisalam, ze chce isc na kurs, zwykly kurs a nie stac sie na przyklad asystentka nauczyciela, ja juz mam papiery na to, ze moge byc belfrem i tysiac innych papierow, ale tym razem chce kurs nie cale studia

5. kursy, ktore mnie bardzo, ale to bardzo nie interesuja – nie chce zostac fryzjerem dla psow, ani masazysta ani florysta

Jak widac swiat mnie kursowo zle traktuje. Moze to kurs cierpliwosci na poczatek? Coz. Jak mawia moj kolega Wojtek: w walce miedzy toba a swiatem stan po stronie swiata. Nie poddaje sie 🙂

 

SPOTLIGHT – obowiazkowo!

Bylam wczoraj w kinie na “Spotlight”. Musze napisac, ze juz dawno zaden film nie zrobil na mnie takiego wrazenia. Swietny scenariusz, gra aktorska a przede wszystkim wstrzasajacy temat.

Tak, chodzi o ten film na temat pedofilii w kosciele katolickim. Temat znany, nigdy jednak nie spodziwalam sie jak GIGANTYCZNA jest skala problemu. Czlowiek sie zaczyna cieszyc, ze jakos przezyl dziecinstwo na tych wszystkich religiach, rozancach i roratach. Bez zartow.

Co ciekawe, mimo doskonalej obsady aktorskiej, film jest nakrecony tak, ze to wlasnie temat filmu a nie jednen z aktorow jest jego glownym bohaterem. Mistrzostwo swiata. Ciezko przestac myslec.

Film graco polecam, zachecam, przekonuje. Nie tylko warto, ale tez nalezy zobaczyc.