CZESALAM CIEPLE KROLIKI

Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską, autor: Dariusz Zaborek 

Wlasnie skonczylam czytac, kupilam woczoraj ok. 15. Cudne.

Bardzo ciekawa rozmowa z 92 letnia pania, ktora podczas wojny 4 lata spedzila w obozie Ravensbruck. Po wojnie skonczyla medycyne i od 62 lat pracuje (tak, do dzisiaj) jako pulmonolog a wczesniej rowniez anestozjolog. Matka 2 corek, przez ponad 50 lat zona jednego mezczyzny.

Ksiazka jest o tym, ze rozczulanie nie pomoze. W trudnych chwilach mozemy chwile siebie pozalowac a potem podniesc glowe i isc dalej, bo nie ma sensu sie certolic, strata czasu.

Nie moge powiedziec, ze zgadzam sie z wszystkimi wyborami zyciowymi starszej pani, pomimo to patrze z podziwem na dobrze przezyte zycie. 

Tak zyc to trzeba miec odwage. I nie mowie o pracy w konspiracji czy obozowych przezyciach, ale na przyklad o bardzo luznym stosunku do wiernosci malzenskiej czy sexu. Wazne, zeby miec szacunek do samego siebie i wiedziec co sie chce.

Ciekawa lektura. Pomimo tematu lekka i bardzo pozytywna.

PROMYK SLONCA

Pojechalam odwiedzic Boskiego w pracy (konkretnie razem szlismy na obiad). Wychodzac z autobusu zauwazylam, ze pani wciska do niego wielki wozek a na nim dziewczyne. Zaoferowalam pomoc, bo wydawalo mi sie to ciezko nierealnym zadaniem. 

Pomylilam sie. Pani wyciagala a nie wkladala wozek do autobusu i bez problemu dala rade. Tylko, ze dalej trzeba bylo zejsc z wiaduktu i oczywiscie nikt nie pomyslal o innym rozwiazaniu niz schody. Wiec znowu zaoferowalam pomoc a panie ja przyjely.

Z wozka wstala piekna, mloda dziewczyna mojego wzrostu. Prawdoporobnie cierpi na dzieciece porazenie mozgowe, stawiala niepewne kroczki a ja mialam przyjemnosc towarzyszyc jej na schodach na dol. Szla spokojne, ale samej chyba bylo by jej trudno, bo niepewne rece nie pozwalaly trzymac sie poreczy.

Dziewczyna miala przepiekne wlosy. Takie jak (moim zdaniem) miala Jagna. Grube jak piesc, dlugie conajmniej do pasa, przepieknego zloto-bezowego koloru, jakby ktos wpletl w nie pszenice. Oczywiscie powiedzialam: jejda, jakie piekne masz wlosy, zazdroszcze! A mama prowadzaca wozek usmiechnela sie i powiedziala: nie wolno niczego zazdroscic. No to sie poprawilam, ze podziwiam i zazdroszcze. Bo nie zazdroscilam zle, bardziej chcialam powiedziec tej dzieczynie, ze widze w niej powalajace wlosy a nie wykrzywione palce. 

Pani sie usmiechnela obie podziekowaly za pomoc, zyczyly mi szczescia i odeszlam. 2 minutowe spotkanie, ktore mnie powalilo. Obie maly tak niesamowicie dobra aure, ze mialam wrazenie, ze sie wygrzalam na sloncu. Jakby mnie owial spokoj. Jakbym spotkala dobre wrozki jedna opiekujaca sie druga.  Taki chodzacy znak: jest dobrze, tylko musisz otworzyc oczy, my je mamy szeroko otwarte. 

BO JA JESTEM MALO INTERNETOWA TERAZ

Stwierdzilam, ze za duzo czasu spedzam przy komputerze i powinnam to ograniczyc. Skoro akurat nie pracuje, to nie przebabie calego czasu w pozycji siedzacej. Lezaca z ksiazka niewiele lepsza, ale jednak troche.

W kazdym razie zyje, mam sie dobrze. Reszta inwentarza tez ma sie dobrze. Tylko mniej czasu spedzam w sieci. 

Melduje, ze sobote bylismy odwiedzic knajpe a raczej bar Du-Za Mi-Ha. Powiedzmy tak: w porownaniu do wczesniej odwiedzonych przybytkow lepsze, ale jeszcze nie dokladnie to o co mi chodzilo.

Po pierwsze micha byla wszystko tylko nie duza. Ta na zupe Pho jeszcze powiedzmy, ale moje smazone makarony z miesem z kurczaka to byly raczej wielkosci przystawki (jak na moje potrzeby a zwlaszcza przyzwyczajenia). Nie moge powiedziec, ze jedzenie bylo zle, ale zeby powalalo to tez nie. Jezeli chodzi o zupe, to mam troche zawyzone standardy bo pracowalam niedaleko wietnamskiego targu z buda znana szeroko daleko z najlepszej Pho Bo Ga w miescie i ta duzomichowa to taki slaby bulionik z makaronikiem. Ale spoko, da sie zjesc. Moje smazone makarony byly po prostu duzo za male jak na moj brzuch (zwlaszcza, ze mi Mloda tradycyjnie wyjadla 3/4 miesa) a do tego troche za slodkie. Niby moglam je sobie doprawic, ale makarony to nie zupa, wiec powinny sie troche posmazyc z przyprawami. Za to sajgonki byly DOSKONALE. Mikroskopijne, ale doskonale. Syfu nie bede komentowac, bo sie go spodziewalam, wiec za to punktow ujemnych nie przyznaje.

Nastepnym razem sprobujemy Bar Azjatycki.

Druga istona okolicznosc tego weekendu to zakup roweru dla Mlodej. Nie jest jakis cudownie lekki ani nic takiego, ale stwierdzilismy, ze na rok – dwa powiniej jej spoko wystarczyc… 

Mloda wsiadla i pojechala… Jak to ladnie ujal moj kolega wyglada jakby grala w pilke na rowerze tylko, ze bez pilki i innych zawodnikow. No dobra :)) daleko jej do doskonalosci, ale wczoraj jechala na normalnym rowerze z pedalami PIERWSZY RAZ W ZYCIU. No to chyba nie tak zle…

Acha, no i upralismy kanapy. Konkretnie to oblalam sie herbata lezac na kanapie tak ze zalalam cala siebie w bialej bluzce do tego 2 poduszki kanapowe. To musialam je wyprac. Jak je wypralam to sie okazalo, ze sa biale… a reszta kanapy nagle zrobila sie zolta. To wypralam reszte kanapy. I wtedy okazalo sie, ze cala kanapa jest biala za to ta druga jest zolta. I tak oto mamy dwie bialutkie kanapy. A nie spodziewalam sie, ze da sie wcisnac takie wielkie poszewki do takiej malej pralki. Da.

GDZIE NA CHINCZYKA W WARSZAWIE?

Bardzo lubie ”chinskie” jedzenie. Pisze w cudzyslowiu, bo z tego co wiem w Chinach ma jednak inny smak niz ten do ktorego jestem przyzwyczajona. Slyszalam nawet, ze w San Francisco sa specjalne szkoly, ktore ucza jak po amerykansku gotowac chinskie jedzenie zeby smakowalo lokalsom. W kazdym razie uwielbiam takie uzachodnionie chinskie zarcie.

Najlepsze chinskie jedzenie w zyciu jadlam w Atlancie w barze typu ”all you can eat”. Kosztowalo $6,99 i bylo nieziemskie. Chyba z 50 rodzajow dan, ktore mozna bylo jesc do oporu. Odwiedzalysmy je systematycznie, zawsze w srode, podczas naszego dnia wolnego.

Chinszczyzna podawana w chinatown w Sydney ani San Francisco nie powalala, ale byla zjadliwa. 

Wlasciwie wszystkie ”chinskie” restauracje w ktorych bylam poza granicami Polski maja pare cech wspolnych:

1. pracuja w nich Azjaci (nie potrafie ocenic z jakiego kraju konkretnie)

2. kuchnia jest otwarta takze widac przygotowywanie potraw

3. poza ryzem i ewentualnie salatkami i zupami wszystkie dania przygotowywuje sie na biezaco.

4. dania sa duze, takie, ze chlop sie spokojnie naje a do tego relatywnie tanie

I nie ma znaczenia czy mowimy o Nowym Yorku czy o ”chinczyku” w centrum handlowym w Pradze. Zawsze: tanio – swiezo- conajmniej zjadliwie.

Moje dotychczasowe doswiadczenia z chinskim jedzeniem w Warszawie niestety nie powtarzaja tych standardow. 

Przyznaje bylam tylko w 3 przybytkach tego typu, niestety wszystkie spelniaja nastepujace kryteria:

a) wszystkie dania byly przygotowane wczesniej i odgrzewane. W wypadku na przyklad makaronow ryzowych to jest totalna pomylka – sa w zasadzie niejadalne

b) obluga byla polska (i o dziwo niemila!)

c) pani sklepowa wazyla na wadze!!! 100g salatki i podobne zeby tylko mi nie nasypala o lyzke ryzu za duzo (i zebym sie przez przypadek nie przejadla!)

W zwiazku z tym, ze uwielbiam chinskie jedzenie i wierze, ze wielu Warszawiakow mysli podobnie prosze o pomoc! Napiszcie mi adresy jakichs porzadnych, niedrogich a smacznych ”chinczykow” w Warszawie!  Gdzies przeciez musza byc…

JELCZOVA ZJADLA OBIAD

W bloku Boskiego mieszkala dziewczynka, nazwijmy ja Jelczova. Jej mama kolegowala sie z mama Boskiego a sama dziewczynka byla w wieku jego Siostry.

W czasie naszego wspolnego zycia wiele razy slyszalam od Boskiego, albo jego mamy nastepujace zdania:

Jelczowa jako dziecko byla zupelnie niewychowana. Jak Siostra jadla obiad to Jelczowa zawsze wybierala jej z talerza.

Na co ja niezmiennie odpowiadam: to nie Jelczova byla niewychowana tylko Twoja mama. Jak przychodzi dziecko w odwiedzimy w czasie obiadu to powinno dostac to samo co domownicy, chocby na maly talerzyk.

Potem nastepuje ostra wymiana zdan na temat tego co wypada i komu i jak bardzo inaczej widzimy niektore kwestie.

Taka mala, ale istotna roznica kulturowa. A moze wlasne doswiadczenie? Nie wiem ile razy zjadlam obiad u Zuzi (jej mama robi najlepsze kopytka we wszechswiecie), nie wiem ile talerzy zupy Zuzia zjadla u mnie (grzybowej/fitki/barszczu mojej babci nie dalo sie przestac jesc). I nie mialo znaczenia czy nasze mamy za soba akurat przepadaja, czy jem u Zuzi 3 dzien po sobie. Jak juz przyszlam i bylam glodna to dostalam. Albo ona dostala.

Moze mama Zuzi do dzisiaj mysli, ze jestem niewychowana? (z talerza jej nie wybieralam nie bylo trzeba, ale brzusia napychalam chetnie). Nie wiem. Wiem natomiast, ze gemba mi sie smieje jak mysle o kopytkach polanych maslem i posypanych cukrem. 

PODROZ Z DRWALEM

Odezwala sie moja ulubiona firma. Musialam zrobic zdjecie dyplomu. Tylko, ze taki czeski dyplom jest wielkosci malego obrazu i zwiniety w rulon wiec nie bylo latwo. A potem sie okazalo, ze jeszcze chca widziec oceny. Drobny problem … na studiach doktorskich (na UK) nie ma ocen tylko zaliczyl/nie zaliczyl, wiec znowu robilam zdjecia tym razem dodatkow do dyplomu. 

Jak dobrze pojdzie wyniki calego procesu kwalifikacyjnego bede miala 26.5. Jak dobrze pojdzie. A jak pojdzie to nie wiem i pani rektuterka nie wie, bo w marketingu to maja zawsze jakies niestandardowe procedury (po 9 rozmowach kwalifikacyjnych cos o tym wiem).

Bylam w Pradze dwa dni i bylo fajnie. A za 1,5h ide odebrac Kungiska z przedszkola i juz sie bardzo ciesze, bo ostatnio widzialam ja w poniedzialek. 

Mam tysiac tematow o ktorych chce pisac na blogu a potem podchodze do komputera i wszystkie uciekaja. Jestem jakas taka melancholijna ogolnie, choc obiektywnie powodow nie ma. 

W drodze do Pragi spaly ze mna jedna ”Chinka” i jedna Polka. Chrapaly tak strasznie, ze w nocy przeczytalam z polowe nowej ksiazki Grocholi. Fajne czytadlo, ale takie lekkie, ze az naiwne, do pociagu czemu nie.  Tym razem panie nie chrapaly, ale jedna bardzo smierdziala. Zobaczymy co bedzie nastepnym razem. Zabawne jest to, ze jesli kupujemy bilet na samolot dluzej niz 2 tygodnie przed odlotem to jest tanszy niz bilet kolejowy a podroz trwa 1,5h zamiast 11h. Niestety zazwyczaj nie wiem, ze bede musiala pojechac do Pragi i potem sie kisze i kisze w pociagu bo ceny samolotow lataja w oblokach. 

Zawsze jestem wstrzasnieta jak kobiety chrapia. Czasem przygotowywuja sie do podrozy, myja, czesza przebieraja, wklepuja kremy, ot eteryczne kobietki a potem zamyka oczy i za 2 minuty zmieniaja sie w DRWALA. 

No nic. Chyba pojde uspac moj humor na jakos godzine, bo sama ze soba nie moge wytrzymac a potem wyrusze po Krolewne. Do przeczytania!

 

W OCZEKIWANIU

… na wyniki rozmowy kwalifikacyjnej. Dziewiatej rozmowy kwalifikacyjnej u tego samego pracodawcy, nadmienie.

Z jednej strony oczywiscie bardzo bym chciala, zeby mnie wybrali, bo firma to jest luxtorpeda. Podobnie jak w przypadku poprzednich pracodawcow nie bede podawac nazwy, ale WIEM, ze ja znasz. Dobrze placa, dobrze zajmuja sie pracownikami, czego chciec wiecej. W mojej branzy na pewno jest to rodzaj mety. 

Z drugiej strony to korporacja. Wielka, wielka firma. A ja nigdy nie pracowala w tak duzej firmie. Bo tych naszych 400 osob z poprzedniej to ciagle jeszcze niezbyt wiele jak sie okazuje. No i praca teoretycznie w marketingu, praktycznie to sprzedaz – bo takie duze firmy zajmuja sie tylko i wylacznie zarabianiem pieniazkow.

Oczywiscie mam obawy czy ja jestem dostatecznie dobra zeby nagle stac sie takim korporacyjnym szczurem.

No zobaczymy. Los jak zwykle zdecyduje dobrze. A jaka bedzie to odpowiedz poinformuje. 

JAK SIE POZBYC RYBIKOW Z LAZIENKI I KUCHNI

Do folkloru naszego warszawskiego mieszkania od poczatku nalezaly rybiki.

To sa takie male, nieszkodliwe lazienkowe zwierzatka, ktore lubia jak jest cieplo, ciemno i najlepiej nie za czysto.

Pomimo usilnych staran wyglada na to, ze u mnie w lazience i kuchni caly czas bylo nie za czysto, bo mielismy stala populacje kilku rybikow.

Postanowilam wydac im wojne. I okazuje sie, ze bylo to bardzo proste. Zamiast plynu do mycia naczyn do mycia podlogi zaczelam uzywac domestosa i… gotowe. Zniknely po pierwszym myciu. Teraz mamy ok miesiac pozniej i nadal ich nie ma.

Tak wiec: na klopoty Bednarski, NA RYBIKI – DOMESTOS 🙂

WIELE HALASU O PIEWSZA KLASE

Polskie media wiele miejsca poswiecaja na roztrzasanie szalonego problemu a mianowicie jesli nasze dzieci powinny isc do szkoly w wieku 6 czy 7 lat.  Nie przestaje sie dziwic dlaczego jest to taki trudny temat. Gdybym miala na sile szukac problemu zgodze sie, ze dziwnym rozwiazaniem jest wlozenie 6 i 7 latkow razem do jednej klasy, ale poza tym? Ktos mi wytlumaczy o czym jest to cale szalenstwo?

Dzisiaj na przyklad czytalam artykul w Polityce wedlug ktorego w klasach 1-3 nie ma dzwonkow a czas jest podzielony na 15 minutowe bloki, zeby dzieci sie nie nudzily. Do tego musza bawic sie na dywanie, nie uzywa sie stopni, sa male kibelki itd.

Zaczynam sie zastanawiac jak my przezylismy nasza edukacje (a mam wrazenie, ze w dobrym zdrowiu). A bylo to tak:

Do szkoly podstawowej zawitalam w wieku 6 lat (bo nie chodzilam do przedszkola) i z racji urodzenia 23 grudnia zawsze bylam jedna z najmlodszych osob w klasie. W zyciu bym nie pomyslala, ze mialam z tego powodu trudniej niz nieco starsi koledzy!

W zerowce to jeszcze to troche przypominalo przedszkole, ale od pierwszej klasy siedzielismy codziennie w lawkach od 3 do 5 godzin lekcyjnych, pooddzielanych dzwonkiem. Jak zrobilam blad na kartkowce to pani przyklejala czarna kropke na wagoniku podpisanym moim imieniem… a ze nie bylam specjalnie bystra z ortografii (co widac na moim blogu do dzisiaj), nie bylo tych czarnych kropek malo. Jakos przezylam. Tak jak wszystkie inne dzieci w szkole chodzilam do obsikanego kibla normalnej wielkosci a codziennie po drugiej lekcji zmuszano mnie do wypicia szklanki okropnego mleka (na ktore mam alergie, ale wtedy nikt nie znal tego slowa).

Lekcje trwaly 45 minut. Czasem bylismy grzeczni a czasem wchodzilismy pani na glowe. Nie bylo zadnych szalonych blokow tematycznych tylko polski, matematyka, przyroda, muzyka, ZPT, w-f i w wypadku naszej klasy duuuzo basenu.  Nie bylo ZADNYCH cudacznych zajec pozalekcyjnych, tylko swietlica a jak ktos chcial to chodzil do zuchow albo (w wyjatkowych wypadkach) na jakis straszny angielski. Na zbajerowane zajecia trzeba bylo leciec do osiedlowego domu kultury (i tez sie za nie placilo).

Pomiedzy 4 a 5 lekcja jedlismy obiad. W ciagu 10 minut trzeba bylo doleciec do swietlicy, wystac kolejke, zjesc albo tylko zupe albo od razu zupe i drugie danie i wrocic do klasy. Jak sie nie zdarzylo to po 5 lekcji (albo ze swietlicy) lecialo sie zjesc drugie danie.  Zadnych specjalnych diet ani innych cudow. Ale jak sie chodzilo 5 rok do tej samej jadalni to pani juz wiedziala, ze nie ma co mi dawac kurczaka skoro i tak go nie dotkne, za to chetnie zjem 4 talerze barszczu a jak zostanie to po szkole dobije do 7.

Krzeselka byly male, owszem, ale przypuszczam, ze nie ergonomiczne i to jest chyba jedyna rzecz ktora bym zmienila w mojej owczesniej szkole. Do dzisiaj sie garbie mimo iz niby bylam w klasie sportowej.

Mam wrazenie, ze program szkolny byl jednak nieco bardziej drastyczny niz teraz. Pomimo tego nie przypominam sobie NICZEGO co moim rowiesnikom ani mnie sprawialo by jakies ekstra problemy. Moze tabliczka mnozenia i ortografia to nie byly spacerki rozanym sadem, ale cala reszta zawarosci programu 1-3 to byly raczej same przyjemosci.

Jak moja dzisiaj 4 letnia Gosia pojdzie do szkoly… bardzo bym chciala, zeby sie UCZYLA. Zeby sie uczyla duzo na pamiec, bo bedzie jej latwiej na studiach. Chciala bym, zeby szkola byla na tyle ciekawa, zebym  jej nie musiala ciagac po 30 rodzajach zajec dodatkowych. Chcialabym, zeby w szkole wymagali od niej nie tylko umiejetnosci ale tez wiedzy. Byc moze nie bedzie prymusem, kto wie, ale lepiej zeby byla srednia w szkole o wysokim poziomie i duzym obciazeniu niz gwiazda w przecietnej grupie.

Tak w szkole podstawowej jak i w liceum wiele razy mowilismy ze znajomymi, ze gdyby nam sie kazali naczyc 2 razy tyle… to bylo by ciezko, ale prawdopodobnie dali bysmy rade. I troche sie smialismy, ze sie z nami caly swiat tak certoli. Ale teraz to juz jakas paranoja.

Zobaczymy jak zycie zweryfikuje moje poglady.

DLUGI WEEKEND

Zostalam na weekend w Warszawie. Sama. Wlasciwie to przypadkiem. Boski z Gosia pojechali na wycieczke do Bialegostoku.

Jak sie to stalo? To skomplikowane. Jak zwykle.

Umowa byla nastepujaca. Boski leci do Londynu a my z Gosia do Pragi. Wracamy w srode. Zmiescic sie z wszystkim w ciagu 2 dni to mistrzostwo swiata, ale Boski tak strasznie chcial na wycieczke.

No i rzeczywiscie… my wrocilysmy z Pragi w srode a on z Londynu… w czwartek o 15. Zanim powrocil to my (poza takimi drobnymi sprawami jak kapanie, usypianie, 30 razy kupa itd) wypralysmy 3 pralki, bylysmy na zakupach (1.5!!! otwarty sklep znalazlam), odkurzylysmy mieszkanie, wypelnilam jakis gigaformularz dla potencialnego pracodawcy a do tego razem z panem z recepcji walczylismy z wypadnietymi korkami.

A Boski wszedl i pierwsze co powiedzial po przyjezdzie to, ze ZA POZNO zaczelam robic salatke! OPOZNIAM! Ja?! Potem oczywiscie, ze jestem leniem a potem poprawial mi ten formularz w takim stylu, ze go malo nie udusilam. 

Wiec jak powiedzial, ze jesli jestem taka zmeczona to nie musze z nimi jechac… to zostalam. No i teraz mam czas do niedzieli. Ja i Warszawa musimy cos razem wymyslec. Tylko tesknie za ta mala dziewczynka. Dlaczego to musi zawsze byc czarno-biale.

Na razie ogladam Przyjaciolki. Fajne. Obiecalam sobie, ze zamiast jeczec wymysle jakis fajny plan na nastepne dni. To co… jak nie zmienie planow jutro zaczynam od Muzeum Powstania, bo jeszcze nie bylam.