DWOJE LUDZI, DWA SWIATY

Mieszkamy tak sobie (jeszcze 40 minut) z macocha. A ona do rozmownych nalezy. Wiec slucham. I mowie, jesli nie wytrzymam tylko sluchac. O cudownych wlasciwosciach diety opartej na grupie krwi, ze nagle spadki poziomu cukru we krwi nie maja nic wspolnego z praca trzuski i wydzielaniem insuliny a skoro pan w telewizji tak mowi to to na pewno jest prawda itd itd. Chodzace zrodlo wiadomosci niezmiennie roznorodnych.

Staram sie byc cicho, bo doceniam, ze jednak obca kobieta poswieca swoj czas i sily i przyjedzie ze Slaska zebym ja mogla pojechac na weekendzik do Londynu. Ale zabki czasem poskrzypia.

Przezabawne sa rowniez opowiesci dotyczace niby mojego dziecinstwa, czy Siostruni, ktore jej ojczym naopowiadal. Ze tez nie zauwazylam w jakiej to bajcie przyszlo mi zyc, otoczonej miloscia i troska :)) To bylo humorystyczne juz podczas urodzin Matyldy. Jak to mowil, ze dzieci wpadaja w narkotyki przez nieuwage rodzicow. Ze jemu by sie to W ZYCIU nie stalo. Pozwol, ze umre ze smiechu. Od 6 klasy widywalam rodzicow o godzinie 23 bo wczesniej byli w pracy. Chyba bym sobie musiala strzykawke wbic w czolo, zeby zauwazyli, jakbym fetowala. Probowalam nawet twierdzic, ze mam zle oceny zeby sie jakos zainteresowali i tak dupa. Powiedzieli, ze poprawie.

Szczegolow jej oczywiscie nie mowie, no bo co mi tam. Ale trzymam sie zebami 🙂

No. Ide. Za pol godziny czeka autko i jade. Do poniedzialku!

 

CHWILA SPOKOJU PRZED KOLEJNA PODROZA

Od czwartku do niedzieli bylismy w podrozy. Wszystko przebieglo bez komplikacji a zgodnie z planem. Dzisiaj krolewna wrocila do przedszkola po przerwie wyjazdowo – swiatecznej a ja w koncu mam troche czasu. Fajnie.

Musze nadrobic zaleglosci w pisaniu recenzji na TripAdvisor i Booking.com. Zdecydowalam, ze skoro sama kieruje sie zawartymi tam recenzjami, to powinnam sie postarac i tez pisac o miejscach w ktorych bylam. I tak powolutku robie z tego zwyczaj.

Jutro lece do Londynu, dlatego juz od poniedzialku jest u nas moja hmm… macocha, ktora bedzie sie zajmowala Gosia do naszego powrotu. Coz, podobnie jak moja Mama jest to swieta kobieta, ze tak sobie zyje z moim nielatwym w obsludze Ojczymem. Sama tez nie jest idealna, ale kto z nas jest?

DAWNO NIGDZIE NIE BYLISMY

No to w droge!

Jutro wieczorem wyjezdzamy do Oswiecimia. Czwartek rano Boski spedzi w Muzeum Oswiecimskim (bo ja juz bylam duzo razy a Mloda jeszcze tego nie musi widziec) a potem huzia na Juzia do Krakowa. Konkretniej zobaczyc wieczorny Krakow i odwiedzic Wieliczke w piatek rano.

W piatek wieczorem zaparkujemy u Siostruni na Slasku i tak nam zostanie az do niedzieli. W sobote wielki dzien – nasza malutka Matylda obchodzi 18 urodziny!!! W nastepny poniedzialek (albo juz niedziele?) Boski wyfruwa w podroz sluzbowa a ja byc moze dolacze do niego w czwartek. 

Wszystko to trzeba spakowac i zorganizowac. To tyle w kwestii nudzenia sie w domu 🙂

Dzisiaj Bosciunio idzie sam do kina na Bogowie. Skoro juz mieszkamy w Polsce to chociaz cos powinien zobaczyc. My z Kungisem mamy babski dzien. Jak cudnie, ze sie skonczyly wakacje i dzien zabawowy zacznie sie  dla odmiany o 16 nie o 8:20 slodkim: maaaamo, wstwawaj, ja sie chce bawic 🙂

Btw myslalam o tym jak to przyroda fajnie wymyslila. Gosia ma alergie, ktore w okresie oblizonej odpornosci (na przyklad w czasie kataru) przejawiaja sie durem plamistym, zlokalizowanym glownie na nogach. Pewnego dnia kapala sie w wannie a ja sie tak patrzylam na te jej suche nozki i myslalam: Ta kobietka jest doskonala. Po prostu najsliczniejszy czlowieczek na swiecie. I nie ma znaczenia czy poza mna ktos dostrzega jak sliczny i sympatyczny jest kazdy centrument tej kobiety. Ja ja uwielbiam. I pewnie kazdy rodzic tak uwielbia swoje cudne, madre i najsliczniejsze dziecko. Madra ta przyroda.

Milego dnia! Ide pakowac 🙂

MORDERCZY LIZACZEK

Odzywianie dzieci, a prawde mowiac odzywianie jako całość, to temat rzeka. Teori jest tyle co uczestnikow dyskusji, polowa stoji w blokacj startowych, zeby tej drugiej polowie skoczyc w razie potrzeby do gardla. W ramach prezentacji jedynej slusznej racji.

Niedawno czytalam wpis na blogu mamy Laury chorej na klatwe Odyny (jak usypia to musi byc podlaczona do respiratora bo podczas snu sama nie oddycha) i chorobe hirszprunga (jelito grube trzeba bylo zastapiac operacyjnie cienkim, ktore po czasie przejelo funkcje grubego).

Laura poszla w zeszlym tygodniu na 1 dzien do przedszkola a jej Mama, opetana na punkcie wlasciwego odzywiania (czesciowo ze wzgledu na chorobe corki, czesciowo dlatego, ze jest walczaca perfekcjonista), dziw, ze nie podala przedszkole do sadu, bo na sniadanie daja dzieciom NUTELE!!! z – o zgrozo – BIALYM !!!! chlebem. Pod wpisem ponad 200 komentarzy z czego polowa podlizuje sie mamie Laury lub rowniez uwaza, ze dziecko ktore zje pare misiow Haribo jest wydane na pewna smierc w terminie do 2 dni, druga polowa albo ziew, bo jednak lekko zbyt dramatyczny wpis po jednej wizycie w przedszkolu, albo juz sie rwie do bitki uwazajac, ze autorka przegina. 

Zeby bylo smieszniej 3/4 komentujacych oczywiscie ultra zdrowo odzywia swoje dzieci, ktore kajzerke widzialy tylko przez okno a do przedszkola nosza wlasnorecznie upieczony chleb z maki orkiszowej z ekoligicznym serem i rzezucha (ze tez takich cudow on-line nie widac). Fajna lektura. 

Do tego wczoraj odwiedzilam sklepik u nas w bloku z misja zakupienia LIZAKA dla Kugiska. Wlascicielka, ktora znam i generalnie lubie, zrobila mi wyklad jak to ona nie pochwala takich zachowan a dzieci nie powinny jesc cukru a ona w zasadzie niezdrowych rzeczy nie prowadzi. Taa. Trafila kosa na kamien. Cukier mowi. Z usmiechem przeszlam jej skromny (bo sklep maly) asortyment mowiac ile w ktorym produkcie ma weglowodanow prostych i zlozonych, a ktore maja wysoki index glikemiczny i ze jednak taki maly lizaczek od czasu do czasu ma pod wzgledem ilosci cukru dallleko do soczkow z rurka dla dzieci (przeciwko ktorym tez zasadniczo nic nie mam, ale sama baba chciala), czekolady mlecznej, ciastek, wedlin itd itd. Wszystko zalezy od ilosci. Pani powiedziala: ach tak, i stwierdzila ze zamowi pare morderczych lizaczkow, zeby jednak byly. 

Jak powinno byc z tym jedzeniem? Trudno powiedziec. Dzisiaj mowia, ze w szpinaku jest duzo zelaza, jutro, ze sie pomylili. Dzisiaj mowia pic duzo wody, jutro ze duzo to jednak za duzo i trzeba tak z 2 litry.

Ja sie staram, zebysmy jedli (prawie) wszystko. Wtedy wieksza szansa, ze trafimy na cos zdrowego. A jak czasem pochloniemy jakies E albo inny tluszczyk to tez nie ma tragedii, sobie mysle. W kazdym razie nie mam w planie poswiecic 3/4 zycia na poszukiwanie i produkowanie zdrowej zywnosci. Houk!

ZIMNOSC I KARTKA DLA JAGODY

Ale zimnosc zawladnela swiatem. Bylysmy z Kungisem na ”wycieczce” w centrum i energii nam starczylo na dojscie od metra Ratusz Arsenal na starowke, oblezienie starowki i powrot do tegoz metra. Sily mialysmy obie jeszcze na 2 godziny lazenia conajmniej, ale ja i bez tego wrocilam w stanie lekko zmarznietym z kurtka. 

Podczas wizyty na starym miescie kupilysmy wazna kartke, Kartke dla Jagody – takiej mojej malej kolezanki z Tychow, ktora niedlugo skonczy 18 lat i bardzo by chciala dostac na urodziny duuzo widokowek.

Widokowke wypisywala Gosia. Napisala: wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Gosia, Agradabla i… na tate juz jej zupelnie zabraklo energii, musialam dopisac ja:)) W kazdym razie gdyby ktos mial wolne 2,5 PLN albo innej waluty, ktora operuje to goraco zachecam do poslania Jagodzie kartki na urodziny 🙂

Jagoda ma urodziny 14 listopada, wiec spieszcie sie prosze, zeby jej radosc byla conajwieksza!

O RELIDZE, CO (NIE) BYL BOGIEM

Obejrzalam film Bogowie z Tomaszem Kotem w roli glownej. Przeczytalam ksiazke Religa D. Kortko i J. Watoly. Obie pozycje goraco polecam!

Film jest porywajacy. Siedzialam jak przybita i co chwile mowilam sobie w duchu ”o kurwa” komentujac akcje na ekranie. Nie byla wartka za to niezmiernie wciagajaca. Bardzo mi sie podobalo prowadzenie postaci Religi. Nikt z niego Boga nie robil. Wrecz odwrotnie. Czlowieka z wszystkimi wadami i zaletami. Wlasciwie taka esencje czlowieczenstwa. Szalenca, opetanego swoja misja uratowania tych, ktorych nikt wczesniej ratowac nie mial odwagi (poza jednorazowa proba prof. Molla). I wcale nie stracilam do niego szacunku, bo pil. Wszyscy wiedzieli, ze pil jak mu umarl pacjent i wszyscy wiedzieli, ze nie pije przed wejsciem na sale. Odwrotnie ciesze sie, ze na sile z niego nie zrobili czlowieka z brazu, bo to byl jednak film biograficzny a nie beatyfikacyjny.

Z informacji, ktore mam wynika, ze Religa zdecydowanie nie uwazal siebie za Boga. Osoby mi bliskie, ktore poznaly go osobiscie twierdza, ze byl otwartym, normalnym czlowiekiem, ktory znal swoja cene, ale nie mial potrzeby sie wywyzszac. Pacjentow do operacji kwalifikowal wylacznie na podstawie ich karty przebiegu choroby. I tym sie moze roznil na przyklad od krakowskiego profesora Antoniego Dziatkowiaka, ktory tez jest swietnym kardiochirurgiem.  Ten, z tego co opisuje ksiazka, codziennie sprawdza czy mu sie aby aurola nie przekrzywila. Prof. Dziatkowiak rowniez osobiscie kwalifikuje pacjentow do przeszczepu. Najpierw wybiera najciezej chorego ale ma byc chory tylko na serce a potem tego, ktory jest lepiej wyksztalcony, ma dzieci, nie ma nalogow, itd… Niby spelniam te wszystkie kryteria i w zasadzie zgadzam sie z jego opinia, ze lepiej dac serce czlowiekowi myslacemu bo sa wieksze szanse, ze przezyje, tylko… mysle sobie na przyklad o moim ukochanym Dziadku, ktory nie mial znowu tak szalowego wyksztalcenia a do tego chory zoladek i mysle sobie… chcialabym zeby jakis ”Bog” roscil sobie prawo do decydowania czy ewentualnie nalezalo by sie mu zycie? Mysle, ze bezpieczniej bedzie jak nikt z nas nie bedzie sie stawial do roli Boga. Wystarczy, ze zostaniemy ludzmi, to dostatecznie trudne.

Co do ksiazki to trzeba jeszcze wspomniec o szacie graficznej. Przepiekna, rzucajaca sie w oczy okladka. Odpowiednia wielkosc liter w srodku. Sporo, choc nie za duzo, zdjec. Cudo. Mysle, ze gdyby bylo wiecej tak pieknie opracowanych ksiazek, mialo by to pozytywny wplyw na poziom czytelnictwa w Polsce. Brawo dla Agory SA.

No to co? Zapraszamy do kina i ksiegarni. Kolejnosc dowolna. Naprawde warto!

CZŁOWIEK ORKIESTRA czyli PYCHA NAS MOZE ZGUBIC

Koleżanka* poszukuje pracy po urlopie macierzynskim. Niedawno byla na rozmowie kwalifikacyjnej na stanowisko asystenta dyrektora w jednym z najwiekszych polskich szpitali. Opowiadala mi o tym nieomal z rumiencami na twarzy.

Dyrektor to mlody, czarujacy, trzydziestoparoletni czlowiek, z tytulem profesora. Jest swietnym chirurgiem, naukowcem a teraz postanowil, ze zostanie dyrektorem szpitala. No ludzie, Leonardo zmartwychwstal, bo nie potrafie sobie tego inaczej wytlumaczyc!

Jestem przekonana, ze kondycja polskiej sluzby zdrowia i bardzo wielu firm zwlaszcza w Polsce jest taka jaka jest (czytaj; dramat) wlasnie dlatego, ze kazdemu sie wydaje, ze managerem, szefem setek ludzi moze byc czlowiek, ktory jest swietny w jakiejs swojej konkretnej dziedzinie.

Dlaczego nikt nie ma watpliwosci, ze Warren Buffett czy inny Gates nie jest w stanie przeprowadzic operacji na otwartym sercu, ale jakos kazdemu sie wydaje, ze jak sie troche postara to spokojniusko moze pokierowac kolosem organizacyjnym?

Ja nie twierdze, ze lekarz czy muzealnik nie moze byc dobrym szefem czy managerem. Owszem moze, ale jak kazdej innej profesji na swiecie i byciu managerem trzeba poswiecic jakis czas. Najpierw kierowac malymi zespolami (nie w sensie siostro skalpel, ale w sensie: siostro prosze wykorzystac 2 dni urlopu do konca miesiaca bo przepadna), potem wiekszymi zespolami – tak zeby umiec polaczyc przeciwstawne interesy kierownikow roznych dzialow a potem mozna sie brac za szpital.

Zeby przejsc te droge od 2 osobowego do 2000 osobowego zespolu potrzebne sa lata! Bo tak jak w mlodosci wydaje nam sie, ze w wieku 20 lat jestesmy mistrzami swiata a tu za pare lat okazuje sie, ze jednak nie, tak w pracy na wysokim stanowisku managerskim potrzebne jest DOSWIADCZENIE. Nawet zeby skrecac dlugopisy trzeba troche pocwiczyc. Co dopiero, zeby kierowac tak ogromnym organizmem jakim jest gigantyczny szpital! A praca managera – jesli myslimy o tej fukcji powaznie, to praca na pelen etat, wiec nie ma takiej opcji, ze pan do tych swoich trzydziestu paru lat zycia mial CZAS i na prace naukowa i na prace na sali a do tego kierowal wielkimi zespolami.

Z reszta, moze zagial czasoprzestrzen i jednak mial (ja to miedzy bajki wloze), ale na pewno nie jest to standard, natomiast standardem jest stawianie do wysokich fukcji managerskich blyskotliwych specjalistow bez doswiadczenia w zarzadzaniu ogromnymi projektami i zespolami. 

Tymczasem trzeba sobie uswiadomic, ze kazda praca wymaga jakichs specyficznych predyspozycji. Jak mawial jeden moj szef: to ze ktos jest dobrym handlowcem nie oznacza, ze bedzie dobrym szefem handlowcow a to ze ktos jest najlepszym dyrektorem handlowym nie oznacza, ze bedzie najlepszym dyrektotem generalnym (jesli nie mowimy o firma handlowej sensu stricte).

A jak daleko jest polityk od dyrektora generalnego rafinerii? Co maja wspolego kompetencje przecietnego konsultanta z kierowaniem firmy IT? Albo rzeczonego profesora nauk medycznych z wymiana okien albo strajkami pielegniarek – a to jest wlasnie chleb powszedni dyrektora wielkiego szpitala!

Dobre checi to za malo. Zeby zarzadzac ludzmi trzeba poza szczerymi checiami miec rowniez doswiadczenie i pokore, zeby nie skakac wyzej niz aktualnie mozemy doskoczyc. Niestety to czesto tylko teoria, bo jak ktos jest sprytny i ma plecy to zawsze przeciez moze blysnac. Tylko dlaczego placimy za to wszyscy i dlaczego sie dziwimy, ze tak wiele firm (a zwlaszcza spolek i organizacji rzadowych) nie dziala?

_________

* bez opisu, bo kto wie, moze jeszcze kolezanka prace ”w firmie” dostanie a ja jej nie chce zamykac drogi do szczescia 🙂

KONIEC SWIATOWYCH ZASOBÓW JOGURTÓW

Od wtorku do piatku bylam w Pradze. Coby moja rodzina nie umarla z glodu zrobilam im zakupy, ktore dotarly do domu w srode wieczorem. Do tego na sobote i niedziele miala dotrzec kolezanka z Lodzi z rodzina co rowniez musialam uwzglednic robiac liste zakupowa. Wyszla nieco dluzsza.

Sroda wieczorem, dzwoni Boski: – masz jakies potwierdzone informacje, ze niedlugo skoncza sie swiatowe zasoby jogurtow?

ja: ??

On: – kupilas tyle, ze ich nie moge wcisnac do lodowki! Wlasnie zjadlem 4 na kolacje, bo nie mialem pomyslu co innego moge z nimi zrobic 🙂

….

KUPIE CI DUZY PREZENT

Czesciowo w zwiazku z przeprowadzkami, czesciowo ”od przyrody” kupujemy z Boskim malo rzeczy. Cokolwiek mamy nie kupic, nawet jesli to jest jakas glupia rameczka albo podkladki pod goraca herbate, to sie zastanawiamy tygodnie. Lampy do duzego pokoju w Pradze nie kupilismy od 8 lat (czesciowo dlatego, ze tam pomieszkujemy nie mieszkamy). I tak ogolnie malo przedmiotowi jestesmy. Podobnie jest z ubraniami. Siostrunia mi zawsze mowi: no fajnie, ze sobie kupisz ladne ubranie tylko dlaczego chodzisz w nim do czasu kiedy sie rozpadnie… Nie chodzi nawet o skapstwo, tylko bardziej o taka odpowiedzialnosc w stosunku do tej rzeczy. Bo jak juz kupimy to mamy i dluugo nie kupujemy nastepnej rzeczy, no to musi sie nam podobac, co nie?

Oporow przed kupowaniem nie ma natomiast mama Boskiego. W niedziele przywiozl mi 3cia pare cudnych getrow z bazarku w brazowo- bezowe pisy, brazowa (?!) pizame w rozmiarze M (o tym jeszcze napisze) i uwaga: cos w rodzaju pierzyno-narzuty z lidla… Jest chociaz niebiesko granatowa, ale nie mam odwagi jej tak zupelnie odpakowac.

Chyba powinnam jakies smsowe podziekowanie poslac za te piekne dary. No moze wieczorem jak bede w Pradze, musze sie psychicznie przygotowac. Na 30 urodziny dostalam grafike, droga pewnie, przedstawiajaca dziewczynke na rowerku. Troche sie jej boje bo wyglada jak karlica, ale dzielnie wisi w przedpokoju. Gdyby wisiala w Bytomiu, to by mogla spac przy tapnieciu ale w Pradze nie mam co na to liczyc 🙂

Co do rozmiaru to mama i siostra Boskiego ustalily sobie, ze mamy rozmiar M. Boski ma 185 i milo iz nie ma roslych barow to i tak w kazdym ”M” wyglada jakby byl walczacym fryzjerem – homoseksualista. Ja natomiast malo kiedy w M-ku nie plywam. O ile u bluzy z kapturem to jeszcze mozna przezyc o tyle w przypadku bluzki wyjsciowej M wyglada raczej jak plaszcz przeciwdeszczowy. I nie ma sily zebysmy ich przekonali, ze mamy inne rozmiary. Ustalili sobie tak to tak mamy.

W kwestii swiat i urodzin staramy sie umawiac na prezenty ( w sensie: czajnik bezprzewodowy firmy XY). Ale co zrobic z niespodziankami? No nic, bardzo sie nam podobaja.

ON AWANSUJE. ONA SIE PAKUJE

Kolezanka poslala mi wczoraj bardzo fajny artykul na temat zycia expatow opublikowany w Wysokich obcasach. 

Nie moge powiedziec, ze dokladnie opisuje nasza sytuacje, bo my (niestety) nie jestesmy expatami. Na pewno jednak znajduje wiele analogii.

Bardzo ciekawe i warte przeczytania sa rowniez komentarze pod samym artykulem (choc dosyc ciezko sie z nimi zgodzic:)

Moze wytlumacze jakie sa roznice pomiedzy Boskim a typowym expatem.

Typowy expat przyjezdza do danego kraju na czas okreslony, zazwyczaj 3 albo 5 lat. Firma placi za wynajem jego mieszkania (albo calosc, albo jakas dostosowana do danego panstwa kwote), placi rowniez za (zazwyczaj) prywatne szkoly dla dzieci i samoloty do domu (raz albo kilka razy do roku).

Boski expatem nie jest, To znaczy, ze nikt nam za nic nie placi. Z drugiej strony pensje ma rozsadna a kontrakt na czas nieokreslony. To jednak oznacza, ze mozemy sie przeprowadzac czesciej niz raz na 3 do 5 lat, jak najpewniej bedzie to mialo miejsce tym razem, albo zostac na dlugo.

O jakie problemy ludzi ”w drodze” artykul zahacza (z mojego punktu widzenia):

WYRWANIE Z KORZENIAMI – zeby przezyc ciagle w nowym i nowym kraju trzeba byc nomadem. I ja jestem troche nomadem. Jak przychodzi czas, dostaje pudelka i systematycznie pakuje wszystko co mamy, bo lubie w tym miec jakis system. Potem przychodza panowie, pakuja to czego mnie sie nie chcialo i Boski rozpakowywuje to na nowym miejscu.

Jestem nomadem. Nowe miejsce mnie nie przeraza. Powsciekam sie po informacji o nowej destynacji a potem jak czolg sokojnie wymysle logike przedsiewziecia. 

Tylko, ze jestem nomadem autystycznym. Poznanie nowych ludzi zajmuje mi miesiace jesli nie lata. Na Slowacji spotykalam sie moze z 5 osobami. I to osobami, ktore znalam z czasow pracy dla slowackiej firmy. Potem znalam juz panie ze sklepu i targu a nawet jakas pania z parku, ale to nie przyjaznie to znajomosci. Dzis juz nie wiem jak wygladaly. Gdzie bym nie byla, to do Pragi jade sie nagadac. 

Inna sprawa (tym razem pozytywna), ze takie nomadztwo bardzo domyka rodzine. Gdybym nie LUBILA Boskiego to bym na pewno nie wytrzymala. Na szczescie my sie nie mozemy nagadac. Mowimy ze soba conajmniej 3 razy jak jest w pracy i pol wieczora. Po czasie nie za bardzo nam trzeba osob trzecich. Choc jak sa, jak tutaj w bliskosci Lodzi, to jednak milej.

W nowym kraju wszystko jest inne. Inaczej robi sie zakupy, inaczej idzie do lekarza (a to istotne jak sie ma dzieci), inaczej podrozuje. I wszystkiego trzeba sie nauczyc. To co ”u siebie” jest oczywiscie, nagle zaczyna zabierac 3 razy wiecej czasu i stresu.

I nie ma komu sie wyplakac w rekaw, albo chocby ponabijac z codziennych trudnosci. Bo przyjaciele z miejsc, ktore zostaly daleko sa niedostepni i wiezy stopniowo sie rozluzniaja, a ci na miejscu (jesli sa) nie bardzo czuja blusa.

STRATA PRACY – bo przeciez tylko jeden przyjezdza do nowego kraju robic kariere. A ten drugi (zwykle kobieta) nagle zostaje wyciagniety z wiru zadan i wlozony do prozni. Zaraz sie odezwa glosy, ze przeciez ona, pewnie wyksztalcona, moze sobie znajezc jakas prace. Tylko, ze ona nie miala przed odjazdem JAKIEJS pracy. Ona czesto byla szefem dzialu, albo firmy. Bo umowmy sie ten expat zwykle nie jest glupi i nie ma glupiej zony. Wiec ona nie chce znalezc jakies pracy, bo sie tam nie bedzie realizowac a z glodu raczej nie umra. Kariere mozna oczywiscie wybudowac od poczatku, tylko ile razy chce sie budowac wszystko od poczatku? Do tego w innym srodowisku kulturowym, w innym jezyku i co 3 lata? itd itd

Jest jeszcze oczywista obawa. Co jesli jego z jakiegokolwiek powodu nie bedzie. Dam rade wstac (w kwestii pracy) jak fenix z popiolu?

STAGNACJA – w komentarzu pod artykulem ktos pisze, ze nie moze znalezc empatii dla tych kobiet, bo przeciez ona biedna ma 26 lat a mieszka w malutkim mieszkanku i nie stac jej na nic. Za to ma tyle niezrealizowanych pasji. Oczywiscie tylko dlatego, ze nie ma czasu i/lub kasy. I gdyby ona miala tyle czasu i srodkow to by zrobila tyyyyle fantastycznych rzeczy i kursow.

Coz, gratuluje. Jak mialam mniej wiecej 26 lat mieszkalam z Boskim w czyms pomiedzy mieszkaniem i piwnica a nasz jedyny majatek stanowi: materac, gitara i wieza, ktora dostalam na 18 (nie przesadzam!). I wlasnie pakowalam sie na staz do Nevady, zeby pracowac na recepcji w hotelu i w koncu doprowadzic angielski tam gdzie chcialabym go widziec. Taki wiek.

Teraz nie mam juz niestety 26 lat, mam za to Gosie i rzeczywiscie 6 godzin czasu pomiedzy zaprowadzeniem jej do przedszkola i odebraniem z niego. Rzeczywiscie moglabym ten czas wykorzystac na nauke gry na skrzypcach, doskonalenie sie w 3 jezykach i chodzenie po linie. Niestety jakos tego nie robie. 

Czytam ksiazki, sprzatam, gotuje, robie zakupy, piore, prasuje, komunikuje z bliskimi – z kazdym momencik, bo przeciez jest zajety. Zawsze tak mam przez jakis czas po przeprowadzce do nowego kraju (poza Czechami). Zanim posune sie gdzies dalej musze sie rozkokosic. Musze sie poczuc u siebie. Teraz juz znam pania z piekarni, kiosku, pana z warzywniaka, recepcjoniste, ksiegarza i to jest dobry moment, zeby wyjsc ze skorupki. Tylko, ze za chwile sie przeprowadzamy… 

Goraco podziwiam tych, ktorzy od dnia D w nowym miejscu potrafia czerpac z zycia garsciami. Kochana 26 latko, z perspektywy paru lat pozniej napisze: powaznie czym dalej w las tym mniej ci sie chce zaczynac wszystko od nowa, zamiast tego zaczynasz wytwarzac wlasny swiat, albo zasady, ktore z zewnatrz moga sie wydawac troche nudne i malo aktywne. Ten swiat czasem jest cudowny a czasem (zwlaszcza na poczatku) depresyny. I powaznie nie ma co oceniac odczuc 40 letniej Francuski w Warszawie, bo ona zyje w bardzo innej bajce.

ZALETY:

Zeby nie bylo zycie expata czy nomada ma rowniez wiele zalet! Mozliwosc poznawania nowych kultur, jezykow (dzieci!), po czasie kokoszenia rowniez nowych ludzi. Czlowiek staje sie taki jakis wewnetrznie spokojniejszy. Juz go tyle rzeczy nie dziwi. Artykul w wysokich obcasach mowi jednak o slodko-kwasnym zyciu wiecznych emigrantow i do tego chcialam nawiazac w dzisiejszym wpisie.

Czasem mam wrazenie, ze pisze ciagle ten sam wpis adresowany do czytelnika ale nie mniej i do mnie. Wpis o tym, zeby nie oceniac czegos czego nie mozemy zrozumiec, bo wiekszosc rzeczy na tym pieknym swiecie zalezy od perspektywy z ktorej sie na nie patrzymy.