KUPIE CI DUZY PREZENT

Czesciowo w zwiazku z przeprowadzkami, czesciowo ”od przyrody” kupujemy z Boskim malo rzeczy. Cokolwiek mamy nie kupic, nawet jesli to jest jakas glupia rameczka albo podkladki pod goraca herbate, to sie zastanawiamy tygodnie. Lampy do duzego pokoju w Pradze nie kupilismy od 8 lat (czesciowo dlatego, ze tam pomieszkujemy nie mieszkamy). I tak ogolnie malo przedmiotowi jestesmy. Podobnie jest z ubraniami. Siostrunia mi zawsze mowi: no fajnie, ze sobie kupisz ladne ubranie tylko dlaczego chodzisz w nim do czasu kiedy sie rozpadnie… Nie chodzi nawet o skapstwo, tylko bardziej o taka odpowiedzialnosc w stosunku do tej rzeczy. Bo jak juz kupimy to mamy i dluugo nie kupujemy nastepnej rzeczy, no to musi sie nam podobac, co nie?

Oporow przed kupowaniem nie ma natomiast mama Boskiego. W niedziele przywiozl mi 3cia pare cudnych getrow z bazarku w brazowo- bezowe pisy, brazowa (?!) pizame w rozmiarze M (o tym jeszcze napisze) i uwaga: cos w rodzaju pierzyno-narzuty z lidla… Jest chociaz niebiesko granatowa, ale nie mam odwagi jej tak zupelnie odpakowac.

Chyba powinnam jakies smsowe podziekowanie poslac za te piekne dary. No moze wieczorem jak bede w Pradze, musze sie psychicznie przygotowac. Na 30 urodziny dostalam grafike, droga pewnie, przedstawiajaca dziewczynke na rowerku. Troche sie jej boje bo wyglada jak karlica, ale dzielnie wisi w przedpokoju. Gdyby wisiala w Bytomiu, to by mogla spac przy tapnieciu ale w Pradze nie mam co na to liczyc 🙂

Co do rozmiaru to mama i siostra Boskiego ustalily sobie, ze mamy rozmiar M. Boski ma 185 i milo iz nie ma roslych barow to i tak w kazdym ”M” wyglada jakby byl walczacym fryzjerem – homoseksualista. Ja natomiast malo kiedy w M-ku nie plywam. O ile u bluzy z kapturem to jeszcze mozna przezyc o tyle w przypadku bluzki wyjsciowej M wyglada raczej jak plaszcz przeciwdeszczowy. I nie ma sily zebysmy ich przekonali, ze mamy inne rozmiary. Ustalili sobie tak to tak mamy.

W kwestii swiat i urodzin staramy sie umawiac na prezenty ( w sensie: czajnik bezprzewodowy firmy XY). Ale co zrobic z niespodziankami? No nic, bardzo sie nam podobaja.

ON AWANSUJE. ONA SIE PAKUJE

Kolezanka poslala mi wczoraj bardzo fajny artykul na temat zycia expatow opublikowany w Wysokich obcasach. 

Nie moge powiedziec, ze dokladnie opisuje nasza sytuacje, bo my (niestety) nie jestesmy expatami. Na pewno jednak znajduje wiele analogii.

Bardzo ciekawe i warte przeczytania sa rowniez komentarze pod samym artykulem (choc dosyc ciezko sie z nimi zgodzic:)

Moze wytlumacze jakie sa roznice pomiedzy Boskim a typowym expatem.

Typowy expat przyjezdza do danego kraju na czas okreslony, zazwyczaj 3 albo 5 lat. Firma placi za wynajem jego mieszkania (albo calosc, albo jakas dostosowana do danego panstwa kwote), placi rowniez za (zazwyczaj) prywatne szkoly dla dzieci i samoloty do domu (raz albo kilka razy do roku).

Boski expatem nie jest, To znaczy, ze nikt nam za nic nie placi. Z drugiej strony pensje ma rozsadna a kontrakt na czas nieokreslony. To jednak oznacza, ze mozemy sie przeprowadzac czesciej niz raz na 3 do 5 lat, jak najpewniej bedzie to mialo miejsce tym razem, albo zostac na dlugo.

O jakie problemy ludzi ”w drodze” artykul zahacza (z mojego punktu widzenia):

WYRWANIE Z KORZENIAMI – zeby przezyc ciagle w nowym i nowym kraju trzeba byc nomadem. I ja jestem troche nomadem. Jak przychodzi czas, dostaje pudelka i systematycznie pakuje wszystko co mamy, bo lubie w tym miec jakis system. Potem przychodza panowie, pakuja to czego mnie sie nie chcialo i Boski rozpakowywuje to na nowym miejscu.

Jestem nomadem. Nowe miejsce mnie nie przeraza. Powsciekam sie po informacji o nowej destynacji a potem jak czolg sokojnie wymysle logike przedsiewziecia. 

Tylko, ze jestem nomadem autystycznym. Poznanie nowych ludzi zajmuje mi miesiace jesli nie lata. Na Slowacji spotykalam sie moze z 5 osobami. I to osobami, ktore znalam z czasow pracy dla slowackiej firmy. Potem znalam juz panie ze sklepu i targu a nawet jakas pania z parku, ale to nie przyjaznie to znajomosci. Dzis juz nie wiem jak wygladaly. Gdzie bym nie byla, to do Pragi jade sie nagadac. 

Inna sprawa (tym razem pozytywna), ze takie nomadztwo bardzo domyka rodzine. Gdybym nie LUBILA Boskiego to bym na pewno nie wytrzymala. Na szczescie my sie nie mozemy nagadac. Mowimy ze soba conajmniej 3 razy jak jest w pracy i pol wieczora. Po czasie nie za bardzo nam trzeba osob trzecich. Choc jak sa, jak tutaj w bliskosci Lodzi, to jednak milej.

W nowym kraju wszystko jest inne. Inaczej robi sie zakupy, inaczej idzie do lekarza (a to istotne jak sie ma dzieci), inaczej podrozuje. I wszystkiego trzeba sie nauczyc. To co ”u siebie” jest oczywiscie, nagle zaczyna zabierac 3 razy wiecej czasu i stresu.

I nie ma komu sie wyplakac w rekaw, albo chocby ponabijac z codziennych trudnosci. Bo przyjaciele z miejsc, ktore zostaly daleko sa niedostepni i wiezy stopniowo sie rozluzniaja, a ci na miejscu (jesli sa) nie bardzo czuja blusa.

STRATA PRACY – bo przeciez tylko jeden przyjezdza do nowego kraju robic kariere. A ten drugi (zwykle kobieta) nagle zostaje wyciagniety z wiru zadan i wlozony do prozni. Zaraz sie odezwa glosy, ze przeciez ona, pewnie wyksztalcona, moze sobie znajezc jakas prace. Tylko, ze ona nie miala przed odjazdem JAKIEJS pracy. Ona czesto byla szefem dzialu, albo firmy. Bo umowmy sie ten expat zwykle nie jest glupi i nie ma glupiej zony. Wiec ona nie chce znalezc jakies pracy, bo sie tam nie bedzie realizowac a z glodu raczej nie umra. Kariere mozna oczywiscie wybudowac od poczatku, tylko ile razy chce sie budowac wszystko od poczatku? Do tego w innym srodowisku kulturowym, w innym jezyku i co 3 lata? itd itd

Jest jeszcze oczywista obawa. Co jesli jego z jakiegokolwiek powodu nie bedzie. Dam rade wstac (w kwestii pracy) jak fenix z popiolu?

STAGNACJA – w komentarzu pod artykulem ktos pisze, ze nie moze znalezc empatii dla tych kobiet, bo przeciez ona biedna ma 26 lat a mieszka w malutkim mieszkanku i nie stac jej na nic. Za to ma tyle niezrealizowanych pasji. Oczywiscie tylko dlatego, ze nie ma czasu i/lub kasy. I gdyby ona miala tyle czasu i srodkow to by zrobila tyyyyle fantastycznych rzeczy i kursow.

Coz, gratuluje. Jak mialam mniej wiecej 26 lat mieszkalam z Boskim w czyms pomiedzy mieszkaniem i piwnica a nasz jedyny majatek stanowi: materac, gitara i wieza, ktora dostalam na 18 (nie przesadzam!). I wlasnie pakowalam sie na staz do Nevady, zeby pracowac na recepcji w hotelu i w koncu doprowadzic angielski tam gdzie chcialabym go widziec. Taki wiek.

Teraz nie mam juz niestety 26 lat, mam za to Gosie i rzeczywiscie 6 godzin czasu pomiedzy zaprowadzeniem jej do przedszkola i odebraniem z niego. Rzeczywiscie moglabym ten czas wykorzystac na nauke gry na skrzypcach, doskonalenie sie w 3 jezykach i chodzenie po linie. Niestety jakos tego nie robie. 

Czytam ksiazki, sprzatam, gotuje, robie zakupy, piore, prasuje, komunikuje z bliskimi – z kazdym momencik, bo przeciez jest zajety. Zawsze tak mam przez jakis czas po przeprowadzce do nowego kraju (poza Czechami). Zanim posune sie gdzies dalej musze sie rozkokosic. Musze sie poczuc u siebie. Teraz juz znam pania z piekarni, kiosku, pana z warzywniaka, recepcjoniste, ksiegarza i to jest dobry moment, zeby wyjsc ze skorupki. Tylko, ze za chwile sie przeprowadzamy… 

Goraco podziwiam tych, ktorzy od dnia D w nowym miejscu potrafia czerpac z zycia garsciami. Kochana 26 latko, z perspektywy paru lat pozniej napisze: powaznie czym dalej w las tym mniej ci sie chce zaczynac wszystko od nowa, zamiast tego zaczynasz wytwarzac wlasny swiat, albo zasady, ktore z zewnatrz moga sie wydawac troche nudne i malo aktywne. Ten swiat czasem jest cudowny a czasem (zwlaszcza na poczatku) depresyny. I powaznie nie ma co oceniac odczuc 40 letniej Francuski w Warszawie, bo ona zyje w bardzo innej bajce.

ZALETY:

Zeby nie bylo zycie expata czy nomada ma rowniez wiele zalet! Mozliwosc poznawania nowych kultur, jezykow (dzieci!), po czasie kokoszenia rowniez nowych ludzi. Czlowiek staje sie taki jakis wewnetrznie spokojniejszy. Juz go tyle rzeczy nie dziwi. Artykul w wysokich obcasach mowi jednak o slodko-kwasnym zyciu wiecznych emigrantow i do tego chcialam nawiazac w dzisiejszym wpisie.

Czasem mam wrazenie, ze pisze ciagle ten sam wpis adresowany do czytelnika ale nie mniej i do mnie. Wpis o tym, zeby nie oceniac czegos czego nie mozemy zrozumiec, bo wiekszosc rzeczy na tym pieknym swiecie zalezy od perspektywy z ktorej sie na nie patrzymy.

BIAŁE. Zimna wyspa Spitsbergen

Autor: Ilona Wiśniewska

Niezbyt dluga (208 stron) ksiazeczka a trzymala mnie z tydzien. Nie da sie jej czytac szybko, za to bardzo dobrze.

Z gatunku tych reportazy w ktorych nie dzieje sie nic a jednak bardzo duzo. O to wiecej przy czytaniu dzieje sie w glowie. Nasuwaja sie wspomnienia, analogie, marzenia. Nie wiem czy zapamietalam wszystkie watki o ktorych opowiada ksiazka i nie ma to znaczenia. Znowu obudzila we mnie diabla, ciekawosc sprawdzenia co kryje sie za drugim rogiem.

Choc jestem zmarzlakiem patentowanym nie raz przez glowe przebiegla mysl “a moze jednak dostac sie jakos na ten Spitsbergen i sprobowac”. Zobaczyc lata w ktorym slonce nie zachodzi, zobaczyc zime bez najmniejszego promyka swiatla. Poznac tych wszystkich dziwnych ludzi o jeszcze dziwniejszych historiach, ktoryrzy przewijaja sie przez karty ksiazki. Nastawic samej sobie lusterko w wlasnych jekow i potworow, ktore w takich warunkach pokazuja sie na swiecie szczegolnie chetnie. Co jest wazne, co nie wazne? Ktoredy prowadzi droga?

Moim zdaniem ksiazka warta kupienia i przeczytania. Polecam!

GWAŁTOWNY SPADEK ILORAZU

W ubiegla srode dwukrotnie zanotowalam wyrazny spadek ilorazu inteligencji. Raz w konkurencji solowej, drugi raz w duecie.

SOLO:

Rano Gosia byla u lekarza. Ten obwiescil, ze w zasadzie nic jej nie jest, ale powinna unikac wiekszych zbiorowisk dzieciecych. No to po poludniu poszlysmy razem na zakupy.

Slonce swiecilo. Za jedna reke prowadzilam Kungiska, w drugiej dumnie trzymalam zakupy z mokpolu. Moja 10 letnia zielona bluzka z promodu wesolo powiewala. Ludzie usmiechali sie do mojej pieknej coreczki, milo spogladali na mnie. Zero podejrzen. Ach jakie zyczliwe miasto!

Wrocilysmy do domu. Przechodzac kolo lustra, doslownie katem oka dostrzeglam, ze z tylu mojej zielonej bluzki, na plecach ”ktos” mi przylepil 3 duze, okragle naklejki z napisem DZIELNY PACJENT. 

W TANDEMIE:

Ja nie pije kawy wcale, Boski raczej sporadycznie dla smaku. Dlatego zdecydowalismy sie kupic expres na kapsulki Nespresso Pixie. Jest bardzo latwy w obsludze, ale ja nawet nie wiem ile kawy wyjdzie jak sie przycisnie mala filizanke a ile ja duza. Nie uzywam. Pewnego dnia gdzies koncem sierpnia postanowilam zrobic Boskiemu niespodzianke i zrobic mu kawe. Wsadzilam kapsel do expresu i nie zadzialal. No to sie zaczelo. Oczywiscie okazalo sie, ze jestem morderca expresow. Boski duzo razy wpychal tam zielony kapsel a kawa nie robila sie i nie robila. Zadzwonilam na infolinie, powiedzieli, ze jak woda nie przeplywa przez kapsel to trzeba nam do warsztatu.

I w te srode pojechalismy. Expres i my. Weszlismy do warsztatu z takim golym expresem bez pojemnika na wode i zuzyte kapsle. Pan wsadzil pojemnik, kapsel, podstawil filizanke i tadam… kawa zrobila sie bez problemu. Akomplaniowana przez nasz wytrzeszcz oczu. 

Pan mowi: – pewnie panstwo probowali zrobic kawe z pelnym pojemnikiem na zuzyte kapsle, co?

My: – no, moze

Pan: – a potem ciagle wkladali tam ten sam, wygiety kapsel, zeby sprobowac czy moze juz dziala?

My: noooo

Pan: no, to by nie dzialal nigdy. Tamten kapsel zablokowalo, bo nie mial gdzie wypasc a przy nastepnych probach nie nie mogl zadzialac bo byl wygiety.

My: czesto sie pan spotyka z debilami takimi jak my?

Pan (taktownie): – ja tam wole, zeby kazdy sie zajmowal tym na czym sie zna. Ja sie znam na Nespresso, panstwo na czyms innym.  I tego sie trzymajmy. Ciesze sie, ze moglem pomoc

hmmm

Z ZYCIA MOTOROWEJ MYSZY

Wydawalo by sie, ze jak czlowiek nie pracuje to ma bardzo duzo czasu, a tu nie tak zupelnie koniecznie. Sila rzeczy ten drugi czlowiek przesuwa niepostrzezenie na osobe niepracujaca duza czesc zalatwiania rzeczy przeroznych i nagle sie okazuje, ze czasu brak. A dzieje sie, dzieje.

Krecimy sie ciagle wokol tematu przeprowadzki. Oczywiscie to jeszcze nic pewnego, to byloby zbyt proste. Jednak na tyle pewnego, ze przegladamy szkoly, dzielnice, mieszkania i tak ogolnie jestesmy czujni.

Gosia nagle zaczela czytac proste slowa. W szkole maja teraz zaczac laczyc litery typu: bi, pa, ga, de i podobne. No to napisalam jej pare takich polaczen i okazalo sie, ze ona juz to czyta. I dluzsze tez czyta. Zdania to by jeszcze chyba nie przeczytala a raczej nie zapamietala slow po sobie, ale Ala ma kota i podbne sprawy z dnia na dzien staly sie oczywiste. Za to za chinskiego boga nie potrafi sie nauczyc rozozniac 7 i 8. Juz jest lepiej, bo jednak w wiekszosci wypadkow to osemka wyglada jak balwanek, ale w piatek myslalam, ze ja zatluke jak jej sie jakis blok wytworzyl i nie potrafila przestac gadac glupoty na temat liczb. No to dalam sobie siana na weekend, zebym jej nie zrazila do matematyki. Do tematu wrocimy 🙂

Dlaczego w piatek? bo znowu zostala 4 dni w domu. Kolejny raz miala tylko jakis monstrualny KATAR, ogromna goraczke i nic wiecej. Dziewczynka z ktora bylismy na Kaszubach z podobnymi objawami wyladowala w szpitalu, ale nie z z naszym Fenixem te numery. Choc w sumie dobrze, ze zostala w domu bo w szkole pojawila sie szkarlatyna. Ze wzgledu na nia nie poszlismy na urodziny kolegi Gosi w sobote (lekarz powiedzial, ze zlapie wszystko). Slyszalam, ze byla super impreza. Zwlaszcza after party z mamami w roli glownej 🙂 Nastepnym razem sie zalapie, mam nadzieje. 

Zamiast na urodziny pojechalismy na Festiwal Światla do Łodzi. Ogladalismy prezentacje na placu Wolnosci, przepieknie oswietlone kamienice na Piotrkowskiej i parasolki na 6 sierpnia. W niedziele Boski pojechal ze znajomym na rower a ja z kolejna kolezanka ze studiow przygotowywalam obiad. Fajna ta Łodż, ze sie czlowiek moze umowic w sobote o 15, ze o 19 przyjedzie. Od tego wlasnie sa znajomi ze studiow. Łódź zmienia sie na lepsze zdecydowanie wolniej niz Warszawa, ale jednak zmienia. I ludzie tam fajni. Tacy troche lokalni szowinisci. Nie mozna zlego slowa o miescie powiedziec, ale to piekne przeciez, bo dzieki nim Łódź sie rozwija. 

W sobote i niedziele bylismy tez na zakupach. Niby mialy byc drobne, ale przeciez to byl ”ten tydzien” z obnizkami w Twoim stylu, wiec skonczylismy z 2 kompletami poscieli i jedna spora walizka (90l). Ja chcialam jeszcze wieksza i nawet ja kupilismy, ale Boski tak medzil, ze za duza, ze mu kazalam zawrocic i wymienilam ta 120l na 90l. Czasem sama siebie szokuje jaka jestem dobra, podporzadkowana zona. Cudowna zaleta walizki jest waga: a to 3kg, co przy takich gabarytach jest jednak mistrzostwem swiata.

Pierwsza polowa dzisiaj przebiegla pod znakiem ”kawy z mamami z zerowki”. No no. Dobrze, ze naciagnelam Pania Motylkowa, bo bym tam siedziala sama z obcymi osobami. Ja wiem, ze to miala byc integracja ale z mojim entuzjastycznym podejsciem do konwersacji z osobami ktorych nie znam, bylby to bardzo, ale bardzo powolny proces. Ci ktorych znam olali sprawe, nastepnym razem pewnie tez oleje. Chyba, ze znowy wyciagne Motylkowa.

Koniec zgloszenia. Musze zaczac robic zakupy. W przyszlym tygodniu od wtorku do piatku bede w Pradze i jesli chce, zeby dziecko jadlo cos innego niz mleko z kulkami to musze zalatwic aprowizacje. Od czasu odkrycia internetowych zakupow spozywczych nie tracimy wieczorow na takie przyziemnie sprawy. Wolimy kolorowac mega kolorowanki*:)

Kolorowanka

I tym optymistycznym akcentem…

______

* normalnie tak idiotycznie nie siedzi, ale do zdjecia tak bylo najwygodniej

KASZUBY DLA WYTRWALYCH

Na weekend znowu nas wywialo z Warszawy. Tym razem wraz z rodzina imienniczki z Łodzi wybralismy sie na Kaszuby i przy okazji do Gdanska.

Kaszuby byly bardzo ladne, ale bylyby jeszcze ladniejsze gdyby atrakcje turystyczne byly jakos sensownie oznaczone. Jaru Raduni nie udalo nam sie znalezc. Sama rzeke owszem, mielismy w koncu mapy i nawigacje, byly nawet oznaczenia wjazdu z drogi glownej… niestety dalej juz dupa blada. Zero oznaczonych szlakow, albo jakiejkowiek podpowiedzi. Poddalismy sie po 2h jezdzenia i obejrzeniu elektrowni w Rutkach.

Kartuzy poprawily nam humor a potem zaczelismy szukac Diabelski Kamien. Tym razem sie udalo, ale tylko dlatego, ze przez przypadek zatarasowalismy droge miejscowemu i poradzil. Gdyby nie to byc moze  jezdzilimysmy tam do teraz. Wieczorem odwiedzilismy jeszcze Kamienne Kregi w Wesiorach (stare cmetarzysko z poczatku naszej ery), ktore zrobily na nas duze wrazenie. No a dzisiaj Gdansk, gdzie bylo nieco latwiej, bo bylam tam po raz 50 w zyciu, ale zeby sie ktos certolil z opisem objazdow to tez nie mozna powiedziec. O dzieki, ze mamy Google!

Prawde mowiac nawet apartamenty Czarny Kos w ktorych spalismy byly oznaczone- nieoznaczone tak, zeby nie bylo za latwo je znalezc (te, ktore ktos mi polecal na blogu byly niestety zajete do listopada). Zawsze przy glownej drodze jest jakis znak a potem 30 rozwidlej i zakretow i babo radz!

Jak nam pani na recepcji w Czarnym Kosie zaczela tlumaczyc ktoredy isc na spacer to zgubilismy sie przy 5 zakrecie, czyli tak w 1/3 drogi. Innymi slowy Kaszuby sa dla wytrwalych albo dla miejscowych.

Tak czy inaczej pare zdjec zrobilam. Jak zwykle prezentuje bez obrobki, bo jestem leniwa (nie bede wymyslac filozoficznych i lepiej brzmiacych powodow:)

Zaczne od zdjecia, ktore podoba mi sie najbardziej. Prezentuje Gosie szczesliwa na plazy. Bardzo chciala zdjac buty, no to zdjela. A co 🙂

Gosia szczesliwa na plazy

I jeszcze jedno z plazy, jak sie cieszyc to sie cieszyc. Morza za bardzo nie zauwazala, za to muszelki! Owszem 🙂

Szczescie

Elektrownia, pierwsza turystyczna zdobycz:

Elektrownia Rutki

Z modelka w Kartuzach:

Modelka

Kolo kolegiaty (tej z trumnowym dachem) ktos sprzedawal obrusy. Podobne wzory haftowala kiedys moja babcia…

Obrusy Kartuzy

Znajdz jednego Kungisa:

Diabelski Kamien

z imienniczka i rodzina w tle (bo sie nie pytalam czy moge zdjecia wiec tylko takie)

Gosia

Las byl pelen grzybow:

Boski i grzyb

ja tez znalazlam:

I ja mam grzyba

Nie bylo zbyt cieplo, za to slonecznie. Weekend reklamowy dla zlotej, polskiej jesieni 🙂

Jesien

Jesien:

Jesien

Panorama Gdanska:

Panorama Gdanska

Gdanska uliczka:

Gdanska uliczka

Boski chcial zdjecie pod Zurawiem:) Prosze bardzo 🙂

Pod zurawiem

Udana wycieczka, piekna pogoda i swietne, polskie drogi. Czego chciec wiecej 🙂

APROPOS ZWIAZKOW I SLONCA W TOSKANII

Kiedys czytalam autobiograficzna ksiazke ”Pod sloncem Toskanii” Frances Mayers, ale tak od polowy musialam sie zmuszac do dokonczenia, bo z ciekawej ksiazki nagle zrobila sie ksiazka kucharska przeplatana opisami przyrody.

Wczoraj wieczorem obejrzalam film. Mile mnie zaskoczyl. Byl lekki, ale nie glupi i zdecydowanie poprawil mi humor. Z ksiazki pozostal glownie tytul, ale i najwazniejsze przeslanie, ze trzeba wierzyc, nie poddawac sie i cieszyc zyciem. 

Ostatnie 20 minut ogladalam na ipadzie w lozku, bo jeden Kungis reklamowal, ze juz pozno a ona tu nie ma zadnej mamy, ktora by mogla dotykac stopa w czasie snu. No to tak sobie romantycznie lezalysmy razem. Ona usnela w ciagu pikosekundy a ja patrzylam na ladne widoczki i przyjemna atmosfere i pozwalalam sie wciagac.

Pokazani Polacy byli oczywiscie odciagnieci od pluga, nie znali jezykow, non stop palili albo pili piwo. Coz, moglo byc jeszcze gorzej.

Apropos zwiazkow nasuwa mi sie jedna mysl, ktora czesto do mnie wraca…

Rozwody. Nie kumam po co jest cale, relatywnie dlugie i czesto oddalone w czasie postepowanie rozwodowe, zwlaszcza w wypadku ludzi, ktorzy nie maja dzieci i oboje chca sie rozwiesc. Albo nawet maja dzieci, ale oboje sa przekonani, ze ich dalszy zwiazek nie ma sensu. Przeciez ten urzednik co tam do nich przemawia nie ma szansy przekonac ich zeby zmienili zdanie. I po co mialby to robic? W przypadku skomplikowanych rozwodow zwykle bardziej potrzebny jest mediator niz sedzia, ktory najczesciej nie ma przesadnego przygotowania, czasu ani cierpliwosci, zeby szukac sensownego rozwiazania. Pol biedy jesli ma 50 lat i jakies doswiadczenie zyciowe, ale w czym moze pomoc 29 letni sedzia rodzinny to powaznie nie wiem.

Na szczescie w moim otoczeniu nikt za bardzo sie nie rozwodzi a ludzie podchodza do zwiazkow dosyc powaznie (mimo iz pojawiaja sie problemy), ale jak sie tak patrze na media to mam wrazenie, ze duzo ludzi zyje w takich 3-4 letnich inerwalach miedzy pierwsza randka a rozwodem z wystawnym intermezzo, w postaci slubu i wesela, gdzies po srodku. Troche slabo, zwlaszcza jesli wyprodukuja z 2 dzieci.

ZYCIE PI, OSKAR I PANI ROZA

W tym tygodniu widzialam 2 filmy. Pierwszy to nagradzane z lewej i prawej Zycie Pi, drugi to Oskar i Pani Roza.

Zycie Pi mnie rozczarowalo. Bylo dlugie i moim zdaniem relatywnie nudne. Owszem efekty specjalne byly niesamowite, cala estetyka filmu byla fantastyczna i oskarowa. Ale tresc… no nie wiem, chyba jestem nieco zbyt przyjemna na takie atrakcje. O czym jest ten film? no teoretycznie o chlopcu z bogatym zyciem duchowym, bla bla tutaj mozna przeczytac wiecej… ale przyznaje bez bicia, ze w przypadku filmu podobnie jak ksiazki musialam sie zmuszac zeby dokonczyc (ksiazki nie dokonczylam i po obejrzeniu filmu widac, ze nie bylo warto. To nie moja grupa krwi)

Oskar i Pani Roza to zupelnie inna historia. Historia, choc niespieszna absolutnie mnie uwiodla. A ostatnie kilka minut plakalam krokodylimi lzami. Oskar to 10 letni chlopiec umierajacy na raka a pani Roza to przypadkowa kobieta, ktora towarzyszy mu w ostatnich dniach jego zycia. Oskar i Pani Roza to film o zyciu, o umieraniu, o milosci, o wszystkich a to wszystko w estetyce szpitala dosmaczonej rozowymi kostiumkami Pani Rozy. 

JAK JUZ MYSLISZ, ZE FAJNIE TO ZAWSZE CHUJ!

Takie madre zdanie przeczytalam dzisiaj na Facebooku. Co by nie gadac jest to jakas madrosc zyciowa. Jak tylko wyrosna nam skrzydla w jakims aspekcie to zaraz dobry los nam je odpijuje na krociotko w jakims innym, zebysmy tylko nie przesadzali z tym entuzjazmem!

Co sie dzieje? A jeszcze nic na pewno. Negocjacje trwaja. Wyglada na to, ze sie znowu bedziemy przeprowadzac. Napisze wiecej jak bede znala szczegoly. 

Bo ja prosze pana nie bywam na zarkecie, ja na zakrecie mieszkam.